Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeszcze nie przebrzmiał całkiem Zajmy śpiew,
Gdy niespodzianie rozległ się po lesie
Pośpieszny tupot nóg i łomot drzew,
Jak gdy zwierz dziki przez gąszcze się niesie.
Choć zbrojny byłem przebiegły mię ciarki.
A wtem pobliski rozstąpił się krzew
I puścił z głębi postać jakiejś starki,
Odzianej w łachman. Zmierzwiony na chróście
Włos bielił śniegiem jej zapadłe skronie.
Lepki od potu pył i stęgła krew
Rdzawiły ciało, zawiniętą w chuście
Drobną dziecinę tuliła na łonie
Jak ktoś, co skarbu najdroższego strzeże —
Był-że to człowiek czy uszczwane zwierzę?

W lot rozpoznałem: nie tak dawno jeszcze
Kark nam tesame do krwi gniotły kleszcze.
Znać mąk uchodząc i rozpaczą gnana,
Szuka tu schrony przed wściekłością pana,
Co zaślepiony chciwością kupiecką
Wszystko jej wziąwszy, chce jeszcze wziąć dziecko!
Bo oto draby wysłane tu po nią
Wybiegły z krzaków zziajane pogonią.

Ukryty całkiem za pniem sykomory
Mogłem napaści tej być niemym świadkiem.
Toć ten ich pościg, podobny do zmory,
Błahym-by z czasem wydał się przypadkiem,
Co zamąciwszy spokojność komyszy,
Przeszedłby obok i rozpłynął w ciszy.
Ale na widok nieszczęsnej staruchy,
Z którą pospołu nosiłem łańcuchy