Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I wobec zbirów, co ze sercem lutem
— Jak do niedawna mnie — siekli ją knutem,
Uległem fali wzbierającej juchy
I z gromem gniewu w pałającem oku,
Zbrojny rzuciłem się na nich w poskoku.
Widno zdumieni nagłym napastnikiem
Przez krótką chwilę zatrzymali kroku,
A potem ku mnie rzucili się z rykiem.
Wtem mi cień Zajmy mignął między pniami...
Dotąd ją widzę jak nawpół przytomnie
Z rozwichrzonemi od pędu włosami
Nadbiega blada, zatrwożona o mnie.
Oczy jej płoną, — dorwawszy bierwiona
W pomoc mnie wznosi cudne swe ramiona.
Nie była to już słodka gołębica,
Jeno broniąca swoich kociąt lwica.

Podniósłszy tedy suchą gałąź w biegu,
Wręcz nią natarła na pierwszego z brzegu,
Ale za wiotka była i za słaba,
By taką bronią w proch powalić draba.
Ledwo draśnięty siepacz się pośpieszył
I nim nadbiegłem dzidą ją wskroś przeszył.
Padła bez jęku jak kwiaty pachnące
Pod sierpem żeńców padają na łące,
U stóp mych legła swem młodziuchnem ciałem...!
Niepomny starki i żem sam jest w matni,
Skroń jej dźwignąwszy z lic gasnących ssałem
Uśmiech miłości, słodki a ostatni...

Martwym kamieniom podobny i kłodom
Dałem się zbirom znowu gnać przez las,
Wszystko mi jedno było, gdzie mnie wiodą.