Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Że spływa po niej bujny włos mej druhny
I do mej skroni chciwie lgną jej skronie.
A gdym w twarz Zajmy popatrzył z ukosa
Przez rozsypanych włosów czarne sploty,
U rzęs jej łzawa migotała rosa,
A w oczach płomień spragnionej tęsknoty.
Wtedy i po mnie dreszcz przebiegnął słodki
I krew zagrała. Niby kwiatek wiotki
Drżącą w ramiona pochwyciłem swoje —
I tak na wieki zrosło się serc dwoje.

Odtąd mi miłość w raj zmieniła życie,
A czas mię mijał jak wieniec w rozkwicie,
Co każdodziennie nowym kwiatem prószy.
Nietylkom bowiem wielbił Zajmy wdzięki,
Lecz stokroć więcej kochał się w jej duszy,
Czystej i jasnej jak promień jutrzenki.

Razporaz jednak szczęście to zamącał
Cień uprzykrzony. Z początku nieśmiało
Rozradowaną duszę moją trącał,
Aż i nieznacznie opanował całą.
Znałem go dobrze oczyma pamięci...
Widziałem rzeszę mych wczorajszych druhów:
Z posępną twarzą szli pod jarzmem zgięci...
Słyszałem pobrzęk ich ciężkich łańcuchów
I świst batoga i klątwy i zgrzyty.
Głos jakiś szeptał: czyliż ci przystoi
Z lubą kochanką latać przez błękity
I spijać rozkosz z rozkosznych puharów,
Kiedy tam w jarzmie jęczą bracia twoi?
Nie jest-że życie twoje tutaj grzechem?
Takiem sumienie moje drgnęło echem.