Strona:PL Čech - Pieśni niewolnika.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Innemu-m wokół przyglądał się światu,
Odkąd jak promyk słońca potajemnie
Z ust jej, podobnych do kwiecia granatu.
Na moje usta przylatał mi w gości
Długo nieznany ptak: uśmiech radości.

Raz przed jaskinią naszą siedząc razem
Paśliśmy oczy cudnym krajobrazem.
Pod nami wdole gór okolnych szczyty,
Wdół coraz niższym opadając grzbietem,
Pod przedwieczornej zorzy fjoletem
W szmaragd zmieniały się i w malachity.
Bujna ich zieleń, przez uskoków głazy
Pocięta w liczne progi i upłazy,
Spływała w jary tu gęstwą tak zbitą,
Że się tkaniną zdała jednolitą,
Tam pniami w niebo drąc się na wyprzodki
Podobna była do olbrzymiej szczotki,
Ówdzie przerwana urwisk nagłym spadem
I grań ich rzeźbiąc w chryzoprasów djadem
Rzucała w przepaść jak zwiski jarzęce,
Rozkwitłych pnączów festony i wieńce.
Tak porośnięty drzew palmowych lasem
Kraj się obniżał taras za tarasem,
Aż gdzie słonecznym toń się skrzyła lontem,
Zlewał się miękko z morza horyzontem.
Nad nim mgły złote śród wieczornej żarzy
Przędły obrazy zwiewniejsze od puchów,
Na których widok myśl stęskniona marzy
O rajskim bycie wyzwolonych duchów...

Nagle poczułem, że w uścisk mięciuchny
Szyję mą garną jedwabiste dłonie,