Miłość (cykl)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Miłość
Pochodzenie Dzieła poetyckie Tom 5
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Miejsce wyd. Lwów – Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom 5
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 5 jako ePub Pobierz Cały tom 5 jako PDF Pobierz Cały tom 5 jako MOBI
Indeks stron


II
MIŁOŚĆ


1
L'AMORE DESPERATO
(Z ZAPISKÓW PRZYJACIELA)

Chè tanto dà nel Sol, quanto nel rezzo
Questa scherana micidiale e latra.
Dante. »Vita Nuova«. Canz. XI.

Jo vegno a te, come a persona pia,
Piangendo Morte...
Dante. »Vita Nuova«. Canz. III.

O jakaś ty piękna, przyjaciółko moja,
O jakaś ty piękna!...
Salomona »Pieśń nad pieśniami«.

Szczęścia i bolu wnet mijają chwile...
Nie długo spocznę na wieki w mogile,
Nikt na mym grobie nie postawi krzyża,
Nie wzrośnie nad nim żadna lilia świéża,
Ze swej opieki nie puszczaj mnie, Panie,
Miej nad skruszonem sercem zlitowanie...
Ach! czas nadejdzie, gdy w skruchy godzinie
Strumień łez gorzkich z oczu ci popłynie,
Gdy o mnie biednej pomyślisz inaczej,
Wówczas niech Bóg cię chroni od rozpaczy...
Violetta. Akt III.

Uwaga. W papierach jednego z moich przyjaciół, nieszczęśliwych, bo z takimi przeważnie łączył mnie dziwny fatalizm życia, znalazłem szereg urywkowych zapisków, odnoszących się do jego stosunku z jakąś kobietą. Zapiski te połączyłem w całość i wydaję niniejszem na widok publiczny.
Nie ulega wątpliwości, że psychiczna organizacya ich autora należała do rzędu nienormalnych. Same już cytaty z Danta, a więcej jeszcze sentymentalne strofy z Violetty, położone na pierwszej stronicy manuskryptu, są tego najlepszym dowodem. Zdaje się, że miał on nawet świadomość swego stanu, porównując się z głośnym obłąkańcem włoskim Lazzarettim, któremu Lombroso w dziele »Geniusz i obłąkanie« obszerny poświęcił rozdział. Czyż zresztą, przynajmniej z punktu widzenia modnych dziś teoryi takich myślicieli, jak przytoczony co dopiero uczony włoski i jego zwolennicy — nie jest chorobliwym objawem przelewania uczuć w tak kunsztowną i w tak przeżytą formę poetycką, jak kanzona, lub przemawianie dziś, na schyłku dziewiętnastego wieku, językiem biblii? Co więcej! nawet użycie rytmu i rymu dla wyspowiadania się z bolu i tem samem dla sprawienia sobie ulgi, nie jest zapewne wynikiem umysłu zdrowego. A cóż mówić o formalnem pieszczeniu się Przyrodą, odskakującem nieraz od właściwej treści ze szkodą techniki poematu?! Ale mniejsza o to: daleko znamienitszym dowodem mego twierdzenia jest cała ideowa, że tak się wyrażę, treść poematu, odzwierciedlająca duszę nieszczęśliwego, przynajmniej w pewnych jej fazach. Chęć mnie zdejmuje szczegółowszego zastanowienia się nad tem, musiałbym jednak zbyt wiele poruszyć momentów, dlatego pozostawiam wolne pole uwadze czytelnika. Skończyłbym tutaj, gdyby nie obowiązek wytłumaczenia się z jednego jeszcze powodu. Dlaczego — tak się może ten i ów zapyta —, jeżeli zapiski posiadają znamiona chorobliwe, nie pozostały na zawsze w ukryciu?
Na pytanie powyższe tę tylko mogę dać odpowiedź: Sądziłem, że wzbudzi pewien interes obraz newrozy, której podlega dziś większa część umysłów wybitniejszych, postawionych na przełomie dwóch epok, zmuszonych oddychać ciężką atmosferą kończącego się wieku, wychowanych w szkole najsprzeczniejszych wyobrażeń filozoficznych i społecznych, począwszy od idealizmu, przeradzającego się niejednokrotnie w wizye mistyczne, a skończywszy na najskrajniejszym materyaliźmie, gdzie deterministyczne poddawanie się losowi i panującym porządkom współzawodniczy z prometeuszowymi porywy, dążącymi do przeobrażenia duchowego jednostek i tem samem do »wyrwania bryły świata z dotychczasowych jej posad«, do nadania jej kształtów, pełnych »boskiej harmonii« i postawienia jej na fundamentach nowych, o jakich marzy zarówno »poetyczny utopista«, jak i zimny, ale kochający cnotę i pragnący szczęścia ludzkości, z więzów brutalnego samolubstwa wyzwolony myśliciel.
Z tych przyczyn, pomimo arcyromantycznego tytułu, poemat jest, zdaje mi się, nowożytny i dlatego też, sądzę, ma pewną racyę bytu.

Co się stało z autorem zapisków, nie wiem, straciłem go z oczu przed laty kilku i pomimo starań, nie mogłem dowiedzieć się o nim nic stanowczego. Przypuszczam, że, jak wielu innych, jemu podobnych, zmuszony jest po burzliwej, niewesołej młodości, w jakim zapadłym kącie pchać nędzną taczkę żywota.

Grafika na koniec utworu.jpg


Bądź pozdrowiona!
Chociaż przelałaś do mojego łona
Ach! tyle kropel goryczy,
Że najlotniejsza myśl nawet nie zliczy,
Ile chwil ciężkich sprawiły mej duszy,
Bądź pozdrowiona!...
Dzisiaj już żadna łza ciebie nie wzruszy:
Na licu skona,
Przez twe błękitne niewidziana oczy,
Gdy ciemną strugą się stoczy
Z pod mej znużonej powieki,
Z tego źródliska,
Z którego tryska
Żalu, tęsknoty i rozpaczy strumień...

Rzeki,
Gdy demon burzy ponury,
Z ciężarnych urodzon mgławic,
Strojny u czoła wężami błyskawic,
Grom niosąc w dłoni,
Wypadnie w dzikiej pogoni
Z chmury
I rwącem skrzydłem o głębie ich trąci
I fale zmąci,
Czerpią otuchę z rozkosznych rozumień,
Że tam u szczytu,
Z wnętrza Prabytu

Promienna jasność wystrzeli
I z ich topieli,
Podobnej teraz do spienionej lawy,
Uczyni taflę przejrzystą i gładką...

I te świeżemi porośnięte trawy
Wzgórza nadbrzeżne, uwieńczone wieńcem
Srebrnych topoli;
I owe brzozy, pełne melancholii;
I owo niebo, gwiazdami, jak siatką
Złotą, zasnute;
I owa zorza, rumieńcem
Lśniąca wstydliwym, gdy z nocnego łoża
Powstaje, naga i hoża —
Dziewicza zorza,
Czysta,
Ognista,
Jak hymn z natchnionej wyrzucony piersi,
Do której wichry nie dotarły lute;
I owo słońce,
Kiedy swe gońce,
Blaski promienne, posyła na ziemię,
Każąc, by ludzie byli tutaj szczersi
I promienniejsi w duszy, w której drzemie
Zmrok nienawiści —
Wszystko, co nakształt czarodziejskich liści
Wiąże się w wielką girlandę stworzenia,
Będzie, przepełne rozkosznego drżenia,
W tym zdroju
Rzek rozchmurzonych kąpało
Niewinne ciało...
Tylko ma dusza nie znajdzie spokoju!
Tylko w jej toni wiecznie wichrzyć będzie
Zły duch orkanu, co zniszczył i ciebie...

Mogiła grzebie
Dzisiaj twe kształty; krawędzie

Dołu czarnego, co cię w wnętrzu mieści,
Bujnem zarosły już zielskiem,
O ty symbolu bezcześci!
Ucieleśnienie upadku!
Wyrazie grzechu,
Coś przyszedł z ciałem anielskiem
Na świat, a miałeś w oddechu
Straszną zarazę dla świata!
Ty, kwiatku —
Ty, który, będąc pełen barwnej pychy
I wonne dla mnie rozwarłszy kielichy,
Strułeś na zawsze młode moje lata —
Albowiem jadem były twe haszysze:
Czemu w tę wieczną nie zapadł się ciszę,
W tę noc głęboką,
Razem z śmiertelną powłoką
I ten duch-robak, co stoczył tak wcześnie
Te twoje usta różowe,
Tak rozpalone, gdy we śnie
Anioły marzeń tuliły twą głowę
W swych ramion sploty;
Gdym ja, niebiańskiej zbywszy się tęsknoty,
Przed majestatem skażonej miłości
Klękał, całunek chłonąc za całunkiem
I, upojony tym nieszczęsnym trunkiem,
Na twojej piersi zasypiał przybiałej?!
Dlaczego duch ten pośród żywych gości —
Przy moim boku — i sprawia, że cały
Drżę i upadam i ginę
W tę prześladowań godzinę,
Kiedy on duszę mą szarpie
Jako piekielne te harpie?!...
Dlaczego, z grzechu poczęta,
Nademną jeszcze władnie twa potęga?
O bądź przeklęta!
Że jeszcze stamtąd ręka twoja sięga
Do mojej duszy, co jak kwiat jest zmięta,

O bądź przeklęta!
Przeklęte niechaj będą te urocze chwile,
Co pierwsze mnie ku twoim popchnęły ramionom,
Co duszę mą spaliły, jak skrzydła motyle,
Gdy w ogniu jarej świecy bezpowrotnie spłoną!
Przeklęte niechaj będzie to ucho, co dało
Porwać się słów twych muzyce!
To ciało,
Które do twego przylgnęło w płomiennej
Słodkich całunków rozkoszy;
To lice, które przy twojem żarem się oblało,
Niechaj na wieki! na wieki
Będzie przeklęte!
Szatan daleki
Tego wspomnienia, co dziś osłonięte
Zmrokiem boleści,
Niechaj mi spokój wypłoszy,
Kiedy łagodny i senny,
W zmierzchu godzinie,
W której wiatr cicho szeleści,
A miesiąc srebrny zjawia się na niebie,
Spłynie
Na oczy, co raz pierwszy zobaczyły ciebie!

O wieżo z kości słoniowej,
Lecz w której miejsca nie ma dla ołtarzy!
O Dawidowy
Tumie wspaniały, gdzie się ogień jarzy,
Ale nie ogień świętych całopaleń!
O gwiazdo morska, co nad głębinami,
Gdzie ludzki statek dzikie fale chłoszczą,
Lśnisz z niedostępnych oddaleń!
Odblask twój mami
Portem zbawienia, a wiedzie w sam środek
Bezdennej głębi, gdzie goszczą
Siły piekielne, co, okrętu przodek
W żelazne ująwszy dłonie,

Sztorcem ściągają go w tonie,
Ażeby zginął, jak ongi, z niebiańskiej
Strącony góry, chór duchów skrzydlaty
Przepadł w czeluściach Zatraty!
O niebieska bramo,
Z pereł wzniesiona i szczerego złota,
Ale nie na to, aby przez nią cnota
Swe tryumfalne święciła pochody!
Zbrodnia rozpusty, która serce wrzody
Rozjątrzonymi toczy,
Bramą tą kroczy!
O czyste dusze kalająca plamo!
O fałszu, z kłamstwa szatańskiej
Mocy poczęty,
Bądźże przeklęty!...

Nie! nie! niech słowo to na ustach skona!
Bądź pozdrowiona!
Ty potępiona
I umęczona
Własnemi winy i winy mojemi
Na tej tu ziemi,
Bądź pozdrowiona!
Chociaż przelałaś do mojego łona
Ach! tyle kropel goryczy,
Że najlotniejsza nawet myśl nie zliczy,
Ile sprawiły mej duszy
Ciężkich katuszy,
Że jest jak rzeka zwichrzona:
Ty potępiona
I umęczona
Własnemi winy i winy mojemi
Na tej tu ziemi,
Bądź pozdrowiona!



Grafika na koniec utworu.jpg


Niechaj, jak dawni czynili śpiewacy,
Ujmę boleści rozkłębione tony
W kunsztowne zwrotki kanzony;
Niech dźwięki rytmu i rymu podźwięki,
Śród artystycznej związywane pracy
Nakształt barwistej korony,
Kroplą zroszonej
Cichej rozwagi, przytłumią te męki,
Co pod dotknięciem niewidzialnej ręki
Wiją się w sercu, jak w gnieździe te węże;
Niechaj się zmienią w oręże
I niech odpędzą Erynyj szeregi,
Które, obsiadłszy dziś brzegi
Źródła mej duszy, patrząc w jego toń,
W jego pochmurne, sfałdowane ściegi,
Śmieją się doń
Rykiem piekielnym, bo pomiędzy wały
Wrzącymi swoje krwawe oblicza ujrzały...

Wielcy tej ziemi, gdy żal im na karku
Siądzie i żądło zapuści, jak osa,
Umieją kupić Erosa,
Albo do Bacha po zbawczą iść radę...
I w tego życia haniebnym jarmarku,
Gdzie, przeklinając niebiosa,
Ta Nędza bosa
Kroplami potu zlewa lica blade,
Lukullusową sprawiają biesiadę,
Znalazłszy towar, co duszę uraczy,
Co ją wyzwoli z rozpaczy!...

A ci ostatni na ziemi nędzarze,
Gdy krwią nabiegną im twarze
W wysiłku z bolem, zwracają swój krok
Do brudnych tawern, gdzie z pijaństwem w parze
Rozpycha tłok
Naga Rozpusta, tańcząca kankana,
Karczemnych mgłą wyziewów, miast ambry, owiana.

Komuż dziękować, że moja istota
Ani do tamtych ni tych nie należy?
Jak ongi kanzonierzy,
Mógłbym się chełpić przed zdumionym tłumem,
Że wokół siebie rzucam garście złota,
Ale dziś fałsz tak się szerzy,
Że nikt nie wierzy,
Aby się z ludzkim godziło rozumem,
Zwać to metalem, co jest tylko szumem
Dźwięcznych akordów... Wszak prawda w tem całka,
Że ani chleba kawałka,
Ni łyżki strawy pieśń dzisiaj nie warta!
A jednak taka uparta
We mnie natura, że dumna jest stąd,
Iż moja dusza to poezyi karta!
Przebaczcie błąd,
Gdy z pod ogólnych karbów się wyłamię,
Szukając ulg nie w dole, lecz tam! w górnym chramie!

Z Jubalowego jestem pokolenia
I Tubalkain ma czciciela we mnie...
Minionych wieków ciemnie,
Pieśnią Miriamy drżące i Debory,
Rytmy Homera i safijskie pienia,
Co ongi dźwięczały we mnie,
Czyliż daremnie
Mają dziś przebrzmieć obok duszy chorej?
Czyż, zapatrzony w dawnych skaldów wzory,
Cały wsłuchany w bohaterskie nuty,

Co, jak miecz z stali ukuty,
Umiały przelać krew dumnego wroga,
Miałbym zapomnieć — na Boga!
Iże ból własny to nie żaden ból?
Czyż wszczęta w wnętrzu miłosna pożoga
Ma być, jak król,
Co moc nad światem dzierży niepodzielną?
O nie! o nie! ja siłę przełamię piekielną!

Fryzy, zdobiące szczyty partenonów,
I akantowe kolumn kapitele
Jakież sprawiają wesele
Rannemu sercu! Nagi kształt Wenery,
Nawet Laokon, choć na widok skonów
Swych dzieci z bolu się ściele,
Niby to ziele,
Zdeptane nogą, czyż rozkoszy szczerej
Nie wzbudzą w piersi, rzuconej na żery
Sępów, posytnej szukających treści
W Prometejowej boleści?...
A te mądrości pożółkniałe księgi,
Gdzie wyraz swojej potęgi,
Która jest krewną bóstwu, zamknął człek?
Te papyrusy, gdzie gad miał swe lęgi
Przez wieków wiek,
Czyż, wydobyte dziś z zapomnień pleśni,
Nie wyrwą duszy z cierpień tych ponurej cieśni?

A te zagadnień bezdenne źródliska,
Ciemne, jak Stygu tajemnicze fale?!
Przebrzmiały wszystkie twe żale,
Gdyś raz się w wód tych zanurzył błękicie —
Taka z nich siła zapomnienia tryska!
Idź! spiesz się! gruntuj wytrwale:
Są tam opale,
Przy których ogniu rozpoznasz niezbicie
Bytów początek i koniec; czem życie

I czem jest śmierci nieuchronna władza:
Ha! Rzeczy skryte głąb zdradza:
Może się dowiesz gdzieś na dnie tej rzeki,
Że już ten czas niedaleki,
W którym nad śmiercią weźmie człowiek moc
I że nad bóstwem zawładnie na wieki,
Jak nad dniem noc!
I czem są — mówcie — wobec tego rany
Z nieszczęsnych rąk kobiety, tej bez czci, skalanej?

A to Przyrody obnażone piękno,
Co skier słonecznych wita nas uśmiechem
I ziół wiosennych oddechem,
Czyż nie uśmierzy boleści poziomej?
Niech przed Naturą myśli moje klękną,
Niech z bożych gońców pospiechem
Lecą za echem
Tych hymnów wielkich, co biją, jak gromy,
Albo tak huczą, jak morze o złomy
Skał pożłobionych, albo tak szeleszczą,
Jako te wiatry, gdy pieszczą
Rozmiłowane w ich poszumach sosny...
O, niech za dźwiękiem wiosny,
Wybawion z ziemskich łańcuchów, mój duch
W jeden się pean zamieni radosny!
Niech wszystek słuch
Wytęży w stronę, gdzie wabi Przyroda,
Wieczyście nieskalana i wieczyście młoda.

Rozradowany, jak ów wyzwoleniec,
Na zaobłoczone niech się wzniesie szczyty,
Gdzie każda z gwiazd swe zenity
I swój ma przestwór, dla którego miary
Nie znaleźć w mózgu człowieka, a wieniec
Z gwiazd milionów uwity!
W tej ziemi skryty
Niech wniknie skarbiec i pozna jej czary!

Łon wulkanicznych tajemne pożary
Niechaj zeń spłuczą to powszednie błoto;
Jak drogi metal niech oto
W tym świętym ogniu z żużli się oczyści...
Jako ci z legend ogniści,
Rozanieleni duchowie z swych ran
Pletli dla bóstwa, niby z krwawych liści,
Mistyczny wian,
Tak niechaj duch mój, w milionów światy
Zapatrzon, z rąk Przyrody otrzyma stygmaty...

O niechaj idzie na łąki i pola,
Niech się przypatrzy, jak się ziarno rodzi
Z nasiennych pyłków powodzi,
Które wiatr z kłosków przenosi na kłoski,
By się spełniła niewidzialna wola!
Kiedy to serce się wrzodzi,
Gdy się, jak złodziej,
Chyłkiem do wnętrza wciska Szatan troski,
Niech duch się spieszy podziwiać ten boski
Wymiar Przyrody, co dłońmi możnemi
Przeznacza atomek ziemi
Lub jedną kroplę, jako brylant lśniącą,
Na władztwo bytów tysiącom...
O niechaj idzie! Ogarnie go dziw,
I nad boleścią zawładnie piekącą,
I będzie żyw,
I będzie takie wydzwaniał harmonie,
Jak rzeki, co swe źródła mają w opok łonie...

Jak ta kanzona, nie wypadnie z granic,
Życia-artysty zakreślonych palcem...
I już nie żadnym służalcem,
Lecz panem będzie tej nizkiej boleści,
Która mu serce potargała na nic,
Duszę na równi z padalcem
Stawiła...



Grafika na koniec utworu.jpg


Rwiesz się kanzono? W twej treści
Nie ma więc dla mnie cudownego słowa,
Co na trąd duszy leki w sobie chowa?
A więc na zawsze mam być, jako człowiek,
Któremu cieką z pod zmęczonych powiek
Łzy na żywota potarganą kartę
Za tem, co płaczu i żalu nie warte?
Chciałem być blaskiem, co skry w pomrok rzuca
I martwe byty do życia ocuca,
A oto jestem dziś cieniem nad cienie!
Ze wszystkich stworzeń najlichsze stworzenie
Więcej ma w sobie jaśniejącej mocy,
Niżeli duch mój, podobien do nocy,
W której przed chwilą szalał orkan dziki,
Co, pogasiwszy złotych gwiazd promyki,
Obłoków czarne pozostawiał szmaty,
Jako z legendy ów potwór skrzydlaty:
Zerwał się z ziemi, strzepnął się u góry
I świat zasypał ciężarnemi pióry,
A z nich tej samej zrodziły się doby
Pomór straszliwy i inne choroby,
Nawiedzające i ciało i duszę; —
Powodzie, grady, bezlitosne susze,
Czerwie, co drzewa najwybrańsze niszczą,
I te sporysze, któremi się pryszczą
Kłosy, jak raną, z owych piór powstały...
Chciałem być surmą wiosenną, co cały

Tłum podeptanych ziół do walki budzi
Przeciwko zimie, a oto się trudzi
Daremnie pierś ma, by okrzyk bojowy
Wyrzucić z siebie nad zgnębionych głowy!
Głos w niej zamiera i, jak siła mściwa,
Jeszcze pierś moją, zamierając, zrywa,
Jeszcze ją truje, ażeby z jej czary
Nigdy ożywcze nie trysły nektary...
I czem jest człowiek? Świecą, którą gaszą
Lada powiewy: nędzne ćmy, co straszą
Dzieci, do izby wleciawszy wieczorem,
Umieją blask jej swojem skrzydłem skorem
Zamienić w ciemność... Niestety! niestety!
I czem jest człowiek? jakież ma zalety?
Brzmieniem organu, co huczy tak długo,
Dopóki w niego dmiesz powietrza strugą,
A gdy się spruje przypadkiem szew miecha,
Tak się urywa i ginie bez echa...
I czem jest człowiek? kwiatem, co świeżemi
Płonieje barwy, dopóki ze ziemi
Pył się nie wzniesie i na kwiat nie spadnie...
Nie ma swej woli: siła nad nim władnie,
Która nie z jego wypłynęła łona,
Lecz z gry przypadków swawolnych zrodzona.
Tylko, że nieraz ta swawola losów
Woła o pomstę do głuchych niebiosów,
Tak jest nikczemna, ach! i tak jest krwawa
Ta z wolą człeka słabego zabawa!
Nie ma ratunku! z zaklętego koła
Żadne zaklęcie wybawić nie zdoła,
Chyba śmierć tylko, ten posłannik boży,
Gdy swój całunek na wargi położy...

O Śmierci, bolejących jestestw zbawicielko!
Schorzałej wyobraźni przytępione dłuto
Nie rzeźbi cię w porfirze, ani w ametyście,
Na wzór antycznych kamei,

Pięknej wieczyście
I uśmiechniętej promieniem nadziei,
Lecz twarz nadaje ci lutą,
Gdzie zamiast wargi różowej, zroszonej
Wonnego miodu kropelką,
Lśni zimna i cuchnąca martwość żółtej kości!
A zamiast oczu, wabiących błękitem
Żródlisk najczystszych w życiodajne strony
Wieczności,
Dwie puste jamy,
Jak dwie piekielne bramy,
Szyderstwem, nakształt gadu, w ich cieniu ukrytem,
Od ciebie odstraszają — patrzaj! duszę wszelką,
O Śmierci, bolejących bytów zbawicielko!...

Ze sfer, gdzie myśli ludzkiej opadają skrzydła
Na widok zmian przedziwnych, gdy to, co dziś pada
Przeżyte do mogiły, jutro z brzaskiem zorzy,
Na mocy prawidła,
Którego rozum nie zbada,
Powstaje w nowych kształtach, młodością promiennych;
Ze sfer, gdzie żywot wieczny, ten pierwiastek boży,
Dany jest wszystkim bytom,
Począwszy od amfibij i ziół nizkopiennych,
Od nikłych infuzoryj, co wody kropelką
Pomiędzy sobą w częściach dzielą się tysiącznych,
A ukończywszy na człeku,
Który od wieku do wieku,
Śród trudów, z jego życiem nigdy nierozłącznych,
Z swych myśli i swych uczuć przędzie złotolitą
Tkań, przez eony ciemności szarpaną:
Ze sfer, gdzie jasne rano
Czeka po nocy zmroku
Walczącą duszę wszelką,
Spłyń ku mnie w światła potoku,
O Śmierci, bolejących bytów zbawicielko...


O Śmierci, ty Madonno, pędzlem Rafaela
Rzucona w poetycznym zachwycie na płótno,
W spokoju ócz niebiańskich kryjąca serdeczny,
Łagodny uśmiech wesela,
A w ustach, tak zamkniętych, jak pękówka róży,
Mieszcząca urok, przedwiecznej
Pełen boskości,
Którego troska ani wiek nie zburzy —
Nie! ty Wenero, którą mistrz z Werony
W figowym gaju podpatrzył i potem,
Słonecznem oblaną złotem,
Czarem okrutną,
Potomkom w nieśmiertelnym przekazał obrazie,
Że dziś w ekstazie,
Z przepełnionemi łony
Podziwem i pragnieniem, stają skamieniali:
Do wymarzonych włości
Zabierz mnie dzisiaj, gdzie się duch nie żali,
Gdzie rozkosz sączy kropla za kropelką —
O Śmierci, bolejących bytów zbawicielko!...

W objęciach twoich ramion, toczonych z marmuru,
Na piersi stokroć bielszej ponad alabastry,
Objąwszy biodra twoje, krąglejsze nad linie,
Któremi zataczają skrzące gwiazd szeregi
Elipsoidalne biegi
W wieczornej godzinie,
Wśród chóru
Harmonii sfer —
Z źrenicą zapatrzoną w twoich źrenic astry,
Z ustami, chłonącemi z twoich ust kielicha
Rozkoszny żer,
Nakształt tej pszczoły,
Co z kwiatów czerpie woniejące miody —
Niechaj się cały rozpłynę w wszechbycie!...
Niechaj to życie,
Co dziś się w jednej skupiło postaci

Bolu i nędzy,
Zatraci
Dotychczasowe znamiona!
Niech się przemienię u twojego łona,
O ty przecicha
I uśmiechnięta czarodziejko boża,
W tysiączne kształty: w powietrze,
W ogień i krople błękitnawej wody:
Niech wniknę w wszystkie żywioły,
W wszystkie jestestwa, co w wszechżycia przędzy
Różnobarwnemi są nićmi: w owady,
Co się z ziemnego wychylają łoża,
By w jednej chwili zagubić swe ślady;
W poziomą trawkę, w ślepy kwiat paproci,
W jaskier, co łąki nam złoci!...
A jeśli znajdę, o Śmierci, przed tobą
Łaskę, to w lilie zmień mnie, nad śnieg bledsze,
W róże czerwieńsze od krwi!
Tylko po końcu tych smutnych dni,
Okrytych czarną żałobą,
Niechaj najmniejszą nie wniknę kropelką
W byt ludzki, o złamanych jestestw zbawicielko!...
 
Przeklinam świat, bo w jego przepaścistej cieni,
Gdzie patrzaj! szatan Pychy z Rozpustą się miota,
Wśród kazirodczych uścisków
Rodzą się płody, co z błysków
Słonecznych nic w swej duszy nie mają bezbożnej...
Przeklinam świat, tak trwożny,
Gdy posmutniała zbliża się doń Cnota,
A taką czelność mający w swem oku,
Takie promienie odwagi,
Gdy doń w pospiesznym kroku
Biegnie Występek nagi;
Kiedy go chwyta w swój szalony taniec
I w rozburzonej piersi skrę rozżega,
Co nie miłością jest, lecz tchem lubieżnym,

Warzącym wszystkie uczucia,
Gdy wystrzelają nad kraniec
Zepsucia,
I hamującym tę myśl, gdy wybiega
Z poziomych gnieździsk i ginie
W złotej krainie —
W niebios przestworze bezbrzeżnym...
Przeklinam go ostatnią krwią i łzy kropelką
Ostatnią, zrozpaczonych bytów zbawicielko!...

Kochałem dawniej ludzi
I żyć pragnąłem zawsze
Dla wszystkich nieszczęśliwych, którym rany, krwawsze
Od Chrystusowej boleści,
Zadają życia oszczepy,
Gwoździe i ciernie...
Dziś się nienawiść budzi:
Jej syk mi w uszy szeleści,
Ażebym, głuchy i ślepy
Na nędzę świata,
Deptał niewiernie
Własnego brata...
O tak! ta miłość przeczysta, co chciała
Przygarnąć wszystkich do serca, dziś na nic!...
Na nic? W nienawiść zmieniła się cała,
Ach! w tę nienawiść bez granic...
O, żyć już dłużej nie mogę!
Pokaż mi swoją drogę,
Zanim szlachetność wszelką
Utracę w dziwnym tym boju!
O ty spokoju!
Ciszy niebieska! szczęśliwości zdroju!
O Śmierci, padających jestestw zbawicielko...

Pokaż mi drogę i zamknij te wargi,
By z nich daremne nie sączyły skargi,
Abym nie rzucał na grób ten przekleństwa,

Gdzie śpi przyczyna mojego męczeństwa,
Mego upadku i mojej niemocy...
Poco żyć jeszcze, gdy duch jest sierocy?
A zawsze będzie osamotnion w tłumie
Duchów, swych braci, kto kochać nie umie.
Gdyż tylko »miłość zamienia step świata
W ogród rozkoszy i ludny«, gdzie brata
Człek widzi w bracie i przy jego boku
Żar czuje w piersi i pogodę w oku!...
A już nieszczęście nad sercem się słania,
Co utraciło zdolność miłowania...
A kto w nienawiść zmienił ogień święty,
Będzie potrzykroć przeklęty! przeklęty!...
Ona jest winna, że mnie ręka karze,
Jakiej najwięksi nie czuli zbrodniarze;
Że zapomniałem w tem życia pustkowiu
O serca zdrowiu i o duszy zdrowiu;
Że, utraciwszy świadomość swej woli,
Stałem się nakształt wyciągniętej roli,
Gdzie już miłości kwiat dziś nie wystrzela,
A tylko pną się jadowite ziela,
Co śród korzeni, śród łodyg i liści
Chowają soki zgubnej nienawiści...



Grafika na koniec utworu.jpg


O jak łagodny żar
Spływał z jesiennych nieb
Na ziemię, rodzicielkę owoców soczystych;
Jak ten lazurów sklep,
Co się o brzeg jej wsparł,
Tysiącem blasków drżał
Przepromienistych,
A wonnych, jak żywica, którą w sosny wlał
W rosach kroplistych
Skąpany Anioł przyrody...

Szumiał jaworów liść,
Ptak jeszcze w krzewach grał,
Schylonych nad obliczem rozszeptanej wody;
Ku słońcu uśmiech słał,
W czerwoną strojny kiść,
Rozkwitłych aster wian:
Pełen pogody,
Jakby nie miały zadać mu już ran
Zimowe lody,
Wszystek świat tonął w rozkoszy...

A przecież blask ten i ta woń rzeźwiąca
Były ostatniem świadectwem żywota...
Za chwilę klombów szmaragdowa zieleń
Miała się zmienić w czerwieniastą żółtość,
Nakształt rumieńców, płonących na twarzy

Pergaminowej suchotniczych bytów...
Ale jak człowiek, dotknięty zaniku
Straszną chorobą, nie przeczuwa końca,
Tak i świat wówczas, zdało się, nie wiedział,
Że duch zniszczenia, przyodziany w śnieżną
Płachtę zimową, zbliży się za chwilę
Od stron północnych i mroźny swój oddech,
W lód ścinający niebieskie jeziora,
Srebrzyste rzeki i stawy, ujęte
W ramiona grobli, usypanych z piasku
Glinkowatego, rozleje na drzewa,
Na traw kobierce i kwiatów korony...
I jam nie wiedział, że szczęście, którego
Pierwsze promienie zajaśniały dla mnie
W oczach błękitnych, gdyśmy razem, pomnisz,
Na owej ławce usiedli, w jaworów
Ciemnej alei — ach! i jam nie przeczuł,
Że miało zgasnąć tak prędko, że miało
Bezbronną stać się ofiarą nieczystych
Sił, czyhających na wesele człeka...
Miałem ze sobą wtedy księgę świętą,
Hymn Salomona, w którym już niejeden
Dzień kąpaliśmy wyobraźnię naszą...
I wśród uroków jesiennej przyrody
Jąłem ponownie czytać ci ustępy
Psalmu miłości, którą, jak powiada,
Scholastyk boży, pała Jezus Chrystus
Ku Kościołowi, swej Oblubienicy...
I ty mi rzekłaś: »O słuchaj! na zawsze
Zostanę twoją i służyć ci będę,
Jako Sulamit swojemu wybrańcy.
Z duszą otwartą, jak ów kielich lilii,
Chodziłam dotąd po ziemskim ogrodzie,
Szukając rosy ożywczej, lecz nigdzie
Niepokalanej nie dostrzegłam kropli.
Stałam, by jabłoń rozkwitła na słońcu
I plon niosąca, lecz dotąd nie było

Godziwej ręki, coby zerwać mogła
Ten zrumieniony mój owoc... O słuchaj!...
Hermon i Sanir, Amana i Liban
Czyż na swych szczytach, pachniących żywicą,
Widziały cedrę, wonniejszą odemnie?«
I wtedy z głową, oplecioną zwojem
Pukli czarniawych, przechodzących w kolor
Wieczornej zorzy, kiedy słońce krwawo
Zaszło po burzy, ale stokroć miększych
Od jedwabnistych włókien, z których ongi
Królewskie w Kedar przędzono namioty,
Lekko na mojej wypoczęłaś piersi...
I oczy twoje, na wpół przysłonięte
Zróżowionemi u dołu powieki,
Jakby kto rozlał atom karmazynu
Na alabaster, zwilżony kryształem
Rosy porannej, zwróciły się wtedy
Ku moim ustom, rozwartym nad tobą
Z niesłychanego podziwu... Wymowne
Były te oczy: w ich blaskach tak cichy,
A tak zdradliwy usiadł demon śmiechu,
Tak do niezwykłej wabiący rozkoszy,
Że mimowoli przeszedł dreszcz me kości...
Czułem, że płomień na twarz mi wystąpił
I że nie jestem panem swojej woli...
Chciałem się zerwać, młody i w Platona
Boskiej mądrości zakochan, wielbiący
Rdzeń seraficznych zachwytów świętego
Mistrza z Assyżu... Wtem dłoń twą uczułem:
Zdawało mi się, że na mojej ręce
Wypiecze stygmat, który bardziej pali
Od czerwonego żelaza... I w uszy
Wślizgnął się szept twój, jak żmija Edenu,
Co, odsłoniwszy nagość praczłowieka,
Śmierci Ablowej stała się przyczyną,
Duszy niewinnej, w dziecięcej pokorze
Szczytne ofiary składającej bóstwu —

I że morderca Kain, syn Adama,
Stał się tułaczem na ziemi, biegunem,
Który, na czole mając bratobójcy
Niestarte piętno, nie znalazł spokoju...
»Stój! stój!« szepnęłaś... »Taka filozofia
I takie władną prawidła w wszechświecie,
Że ponad wszystko jest miłość, nie we mgle
Sfer zaobłocznych zrodzona, lecz tutaj,
W naszych uściskach i w naszych całunkach...
Stój! stój! jeleniu, sunący z wniesioną
Głową po górach Beteru, twa łania
Dzisiaj przy tobie!... Z twych kwiatów ostatnich,
Z mchów, co skrywają korzenie jaworów,
Uścielmy gniazdo, zanim czas przeminie,
Zanim ta młodość, która gra nam we krwi
Pieśń nad pieśniami, zamilknie na zawsze...«
I usłuchałem... I wtedy raz pierwszy
Z duszy, w mistyczny zakowanej pancerz,
Hymn mi wytrysnął bluźnierczy, że niema
Potężniejszego bóstwa ponad ciało...
O nienawiści! ty lilio śród cierni!
Różo sarońska, zerwałem cię wówczas
Ręką, drgającą od żaru, którego
Żadne poezyi nie określi słowo...
O serce, zmazą ludzkich żądz nietknięte!
Ty jasny zdroju, błyszczący w Hezbonie
Tuż podle bram Batrabinu! Zmąciłem
Wówczas na zawsze tem zbrodniczem tchnieniem
Głąb twą lustrzaną, że stała się ciemną,
Jak noc sodomska... A jednak — szpikanard,
Szafran i kasya, galban i snop myrry —
Wszystkie kadzidła, jakie tylko rosną
W Raju, nad brzegiem świętych rzek: Eufratu
I Chydekelu, nad strumieniem Fuson
I nad Gihonu czystemi wodami,
Niczem są, niczem przy woni, co z ciała
Twego płynęła, gdym twe piersi krągłe

Tulił do warg mych na łożu, zasłanem
Purpurą wielkiej miłości... Hewilę,
Ziemię, gdzie złota rodzi się obfitość,
Gdzie jest onychyn, kamień drogocenny,
Stokroć ognistszy ponad ogień słońca,
Kiedy w południe zaśmieje się usty
Iskier pełnemi — wszystkie kosztowności,
Gdybym był władzcą Tyru i Sydonu,
Oddałbym, patrzaj! za jedną sekundę
Owej rozkoszy, która wnętrza mego
Gmach, zbudowany z prawd i pojęć, szczęście
Dających tłumom, zmieniła od podstaw...
Ach! niezapomnę przenigdy tej chwili,
Kiedy, zbudziwszy się ze snu, co ujął
Piękne twe kształty, z białego marmuru
Canowy dłutem rzeźbione subtelnem,
I odchylone zobaczywszy piersi,
Z okiem, wstydliwie odwróconem ku mnie,
Chciałaś ich czary przysłonić... Twą rękę
Schwyciłem wtedy i rzekłem: »Nie skrywaj
Wdzięku, co odtąd jest dla mnie busolą,
Pokazującą, jak i dokąd dążyć...
Nie ma już dla mnie tajemnic: Wieczystym
Połączyliśmy się już dzisiaj ślubem:
Chociaż jarzące nie płonęły świece
W ciemnym kościele, przystrojonym w kwiaty,
Chociaż nam organ nie brzmiał: Przybądź Duchu!
I łaskę swoją zlej na dwie istoty,
Które chcą razem iść na bój życiowy,
Chociaż nam kapłan od Pańskich ołtarzy
Z wnętrza wzajemnych nie wyciskał przysiąg,
Choć tłum ciekawych nie wytrzeszczał oczu
Na suknię białą z koronek uszytą,
Myśmy wieczystym związani już ślubem!...
I twoja dusza jest już moją duszą,
I twoje serce jest już mojem sercem,
I twoje ciało jest już mojem ciałem —

Nie ma już dla mnie tajemnic, o niema!«
I założyłem twą rękę na szyję,
I, wpół cię z miękkiej podniósłszy murawy,
Włos rozpleciony, spływający ciemną,
Jako ten wieczór, co się zbliżył, falą,
Obsypywałem tysiącem całunków...
I odtąd mężem byliśmy i żoną...
Lecz wnet nasz związek dziwne wziął znamiona
Przestał spokojem być i używaniem
Wśród idyllicznych poszumów ogrodu,
Przy szmerze wody i blasku księżyca,
A stał się walką, albowiem, przemienion
W duszy i sercu, rozwinąłem sztandar,
Na którym krwawy widniał napis: ciało!
I z fanatyzmem Lazzarettich jąłem
Obalać dawny porządek, stawiając
Na miejscu świątnic o gotyckich oknach,
Wzniesionych z uczuć, strzelających w niebo,
Przybytek szczęścia, w którego podwoje
Wkraczały zmysły, nagie i z rumieńcem
Na świeżych licach... I rzekłem do ludzi:
»Skrzydła Ikarów, posklejane woskiem,
Rzućcie od siebie, a natomiast silną
Antejów stopę postawcie na ziemi...«
Ale potęgi dawnych bożyszcz, w sercu
Mojem zamkniętych, nie umiałem stłumić;
Z pod popieliska spalonej katedry
Jęły podnosić swe głowy, złorzecząc
Nowym idolom... I wszczął się bój straszny,
W którym me siły słabły coraz bardziej...
Próżno u ciebie szukałem pomocy;
Wilgnym całunkiem zamykałaś usta,
Kiedy, spieczone od wewnętrznej walki,
Jaką dwie siły prowadziły we mnie,
Szeptały: pomóż! niech ten bój się skończy!
Na łzy — wyznaję, żem płakał jak dziecko
Niedoświadczone, wątłe, nie mające

Hartu męskiego, albowiem w uściskach
Twojej miłości, zdradliwa Dalilo!
Znikały zwolna wszystkie jego ślady —
Na łzy, na prośby ty zawsze jedyną
Miałaś odpowiedź: »Takie we wszechświecie
Władną prawidła, że to, co urosło
Z ciała, dla ciała wojować powinno!
Patrz, aby ludzie, żyjący na ziemi,
Coraz to większy zdobywali skarbiec
Ziemskiego szczęścia...« I znowu wznosiłem
Głowę i znowu walczyłem w twe imię...
Lecz nieprzyjazne twym hasłom demony,
Mające we mnie dawne swe gnieździska,
Z coraz to większą rozpierały mocą
Głąb mojej duszy... Nie mogąc już dłużej
Znieść gigantycznej rozterki, złamany
I zrozpaczony, rzuciłem ci w oczy
Wyrzut, na który dziś jeszcze truchleję...
Nic nie odrzekłaś, raz tylko przy dźwiękach
Fortepianu usłyszałem słowa
Z ust twych płynące, które mi na zawsze
Zostały w uszach, słowa Violetty:
»Szczęścia i bolu wnet mijają chwile...
Niedługo spocznę na wieki w mogile,
Nikt na mym grobie nie postawi krzyża,
Nie wzrośnie nad nim żadna lilia świéża,
Ze swej opieki nie puszczaj mnie, Panie!
Miej nad skruszonem sercem zlitowanie...«
»Kłamiesz!« krzyknąłem, wpadłszy do pokoju,
»Pełna obłudy jesteś, tak jak jadu
Pełen jest blekot, który, patrzaj! rośnie
Pod twojem oknem... Zniszczyłaś na wieki
Duszę człowieka, co dziś gardzi tobą,
I dziś ponownie chcesz go w swoje sidła
Uwikłać sztuką nędznych sentymentów...«
I znowu byłaś milczącą, jak przedtem...
Podniosłaś tylko głowę, a z źrenicy

Gniew ci wytrysnął, by wnet w żal się zmienić,
Jak mi się zdało, obłudny.. Odszedłem
I unikałem odtąd twoich spojrzeń...
Stałaś się zimną... Zamknięta w pokoju,
Gdy towarzysza utraciłaś we mnie,
W dźwięki muzyki przelewałaś boleść,
Pośród akordów, wśród dziwnie starganych,
Smutnych melodyj powracając zawsze
Do tej przezemnie pohańbionej pieśni:
»Szczęścia i bolu wnet mijają chwile...
Nie długo spocznę na wieki w mogile,
Nikt na mym grobie nie postawi krzyża,
Nie wzrośnie nad nim żadna lilia świéża,
Ze swej opieki nie puszczaj mnie, Panie,
Miej nad skruszonem sercem zlitowanie...«
A gdy ostatni podźwięk w dali zginął,
Po kilku jękach, wyciśniętych strunom,
Do jęku wichrów podobnych, gdy w słotnej
Rozpocznie porze dąć wśród wierzb odartych,
Zabrzmiała znowu przejmująca strofa:
»Ach! czas nadejdzie, gdy w skruchy godzinie
Strumień łez gorzkich z oczu ci popłynie,
Gdy o mnie biednej pomyślisz inaczéj,
Wtedy niech Bóg cię chroni od rozpaczy...«
I czas ten nadszedł... Spoczęłaś w mogile,
Którą dziś chwasty okrywają dzikie...
Znalazłaś spokój, a mnie, jak Kaina,
Ściga przekleństwo słowami twej pieśni:
»Szczęścia i bolu wnet mijają chwile...
Nie długo spocznę na wieki w mogile,
Nikt na mym grobie nie postawi krzyża,
Nie wzrośnie nad nim żadna lilia świéża,
Ze swej opieki nie puszczaj mnie, Panie!
Miej nad skruszonem sercem zlitowanie...«
Gdzie nogą stąpnę, tam twój duch jest przy mnie
I oczy swoje, w których gniewu blaski
W cichą się boleść zmieniają, zatapia,

Jako sztylety w me serce, a w duszy
Wciąż owe jęki sączy mi żałobne,
Niezapomniane słowa Violetty,
»Ach! czas nadejdzie, gdy w skruchy godzinie
Strumień łez gorzkich z oczu ci popłynie,
Gdzie o mnie, biednej, pomyślisz inaczéj,
Wtedy niech Bóg cię chroni od rozpaczy...«
I czas ten nadszedł! o nadszedł! o nadszedł!
I lata trwa już ma rozpacz i końca
Cierpień nie widzę, widzę tylko ducha
Twego przy sobie, jak mi serce pali
Skrą swego wzroku, jak mi w uszy sączy
Przerażające słowa Violetty!
»Ach! czas nadejdzie, gdy w skruchy godzinie,
Strumień łez gorzkich z oczu ci popłynie,
Gdy o mnie, biednej .........«



Grafika na koniec utworu.jpg
2
MIŁOŚĆ — GRZECH


Μάντις εἰμ᾽ ἐσϑλῶν ἀγώνων.
Sofokles »Oedip. Colon«.

Ein deutsches Mägdlein mag von Bechern nippen,
Die fader Maitrank füllt; seit meine Lenze
Von dannen flogen, ist, was ich kredenze,
Kein Honigseim für jungfräuliche Lippen.
Dranmor. »Requiem«.

Uwaga. Obok działaczy, dążących w ucieleśnianiu ideału społecznego do tych tylko przeobrażeń, które leżą na drodze rozwoju politycznego, istniał i u nas przed niedawnym jeszcze czasem, a może i dzisiaj nie wymarł zupełnie typ »światoburców« - utopistów. — Szlachetne porywy tego rodzaju głosicieli nowych porządków, podsycane gorącą krwią młodzieńczą, pragnęły niejednokrotnie wprowadzić praktycznie w czyn pojęcia, w których idealistyczne teorye Rousseau’a o uszczęśliwieniu się ludzkości przez »powrót na łono natury«, przeważną grały rolę. Teorye te, odnoszące się głównie (dodawać tego nie potrzeba), do stosunków seksualnych i rodzinnych, usiłowano z mniejszą lub większą ścisłością uzasadnić aparatem naukowym, zaczerpniętym z dziedziny wiedzy przyrodniczej. Że w walce przy urzeczywistnianiu tych teoryi apostołowie ci ulegali, nad tem rozwodzić się byłoby zbytecznem: szczęśliwymi mogli się nazwać, jeżeli, straciwszy wśród nadludzkich zapasów wiarę w możność nadania ideałom swym kształtów pochwytnych, nie utracili wiary w zasadniczą (z ich punktu widzenia) ideałów tych słuszność; szczęśliwszymi, jeżeli z winy ich zasad nie ucierpieli inni, dający posłuch nowej ewangelii, a najmniej do przejęcia się nią podatni.
»Bohaterem« niniejszego poematu jest jeden z moich dawnych znajomych. Był to człowiek, posiadający wszelkie warunki, ażeby stać się nadzwyczaj dodatnim w społeczeństwie czynnikiem. Nieszczęśliwa miłość, pojęta odpowiednio do jego przekonań, którym nie chciał zadać kłamu w swem życiu, doprowadziwszy go nieomal do zbrodni, rozbudziła w człowieku, rwącym się do czynu z zapałem apostolskim, pesymizm, w którego zimnych objęciach stał się jednostką zupełnie bierną. Smutny ten fakt tem smutniejsze wywołał wrażenie, że nieszczęśliwemu pozostała świadomość winy, wynikającej z utraty wiary w dawne ideały, a zabrakło mu już siły, ażeby się z »grzechu« tego otrząsnąć.
Walka, naszkicowana w poemacie niniejszym, należy zapewne, mimo wszystko, do kategoryi przebojów, nie pozbawionych znamion szlachetnych, i z tej też przyczyny — pobłażliwy na słabości ludzkie czytelnik wybaczy mi zarozumiałość — zastosowałem do siebie w nagłówku Sofoklesowe słowa

Μάντις εἰμ᾽ ἐσϑλῶν ἀγώνων.


Z innych względów niech mnie wytłumaczy przytoczony powyżej cytat z wspaniałego »Requiem« Dranmora.


Grafika na koniec utworu.jpg


I.
....... Tak! tak! próżne żale
Próżne, powiadam... Kochałem: mój Boże,
Nie ma stworzenia tu na tym kawale
Twojego świata wielkiego, a może
I tam u góry, gdzie rój planet złoty,
Jak kule z ognia, płonie w twym przestworze,
Nie ma zapewne żyjącej istoty,
By w sobie nie uczuła miłosnej tęsknoty.

II.
Nic więc dziwnego, że przyszła godzina,
W której się miłość zbudziła i we mnie.
Ha! może to wam dziwnem być zaczyna
Że ja kochałem całkiem nadaremnie?
Źlem się wyraził: że przez moją miłość
Dusza się w straszną pogrążyła ciemnię,
Żem z wielką myślą utracił zażyłość,
Żem padł, jak owe jabłko, pożarte przez zgniłość.

III.
Raczcie to tylko rozważyć w swej głowie,
A i stąd drogą wnet wyjdziecie krótką;
Wszak to wam dzisiaj każdy z ludzi powie,
Że czar pożądań nie równa się skutkom;
I to wam powie, w jak wielkim są błędzie
Ci, co mniemają, że miłość w bielutką
Stroi nas suknię, jak pierze łabędzie,
I stawia nas w aniołów uskrzydlonych rzędzie.


IV.
Nie! jej początek nie rodzi się w niebie,
Lecz ma swe gniazdo tu, w tem grzesznem ciele;
Cóż więc dziwnego, jeśli człeka grzebie
W przepaściach zbrodni?!... Naiwni minstrele,
Płaksy-rzezańce i mdlejące grona
Bezkrwistych dziewic w liliowe ziele
Wieńczą jej skronie dokoła, a ona
Od żarów wskroś występnych, choć skrytych, czerwona.

V.
Patrzcie! tak, patrzcie! co ze mnie zrobiła!
Cień tylko został z dawnego człowieka!
Jej demoniczna, bezlitosna siła,
Niby orkanem rozburzona rzeka,
Zerwała brzegi mej skalanej duszy;
Wina, odemnie tak przedtem daleka,
Dziś, jak zwierz dziki w niedostępnej głuszy,
We wnętrzu mojem ryczy, zrywa się i puszy...

VI.
Tak, precz odemnie myśl odbiegła wielka!
Co? śmiech wam z piersi wychodzi na usta?
Nie zawsze celem była mi butelka
I w gronie trutniów pijanych ta pusta
I poszarpana gawęda... Jam dawniej
Sądził, że dusza, jak biblijna chusta[1],
Na sobie wielką ową myśl ujawni,
Że stanę się jak ongi bohaterzy sławni...

VII.
Wiecie, co chciałem? Ni mniej ani więcej,
Jak tylko zmienić te świata porządki!
Mózg mi się palił od ognia goręcej,
Ażeby wszystko zdruzgotać na szczątki,

Gruz dawnych świątyń porzucić pod nogi
I dawnych wierzeń pochować w nim wątki;
Z uroku dawne poobdzierać bogi
I stanąć na ich grzbiecie, jak mąż złotorogi.

VIII.
I jako mąż ten, Mojżesz, ów wybraniec,
Inne ludowi chciałem dać ustawy,
Zakończyć grzeszny wokół cielców taniec,
Przekleństwa piorun rzuciwszy nań krwawy:
Zdrój chciałem żywy wydostać z opoki,
Mannę sprowadzić, ziemię zmienić w spławy
Mleka i w miodu soczyste potoki —
O tak! tak krąg tej myśli mojej był szeroki.

IX.
Od czegom pragnął — tak mnie się pytacie —
Rozpocząć wielkie odrodzenie bytu,
By zajaśniała ziemia w majestacie
Szczęścia dla wszystkich? by nie było zgrzytu
W symfonii życia?... Od jądra wszechrzeczy —
Tak! od miłości! od tego zachwytu
Wieszczów natchnionych! od tej słodkiej cieczy,
Co — mówią —, niby cudem, ludzkie rany leczy...

X.
Pragnąłem zedrzeć tę maskę obłudy,
W którą ascetów schorzałe pojęcia,
Lub moralistów kuglarskie prysiudy
Twarz niebiańskiego skrywają dziecięcia.
Tak! do widomej pragnąłem zasady,
Czystej, jak przedmiot, godny wniebowzięcia,
Podnieść pierwiastek bez śmiertelnej wady,
Pierwiastek, co wytwarza jestestw miryady.

XI.
Koń się nie skazi, ani pies, ni trzoda
Wieprzów, spełniając wszechpotężne prawo,

Jakie swym tworom naznacza Przyroda,
Aby utrzymać byt świata; z obawą,
By się nie zbrukać, tylko człowiek dłonie
Wznosi po owoc, który dolę krwawą
Zgotował jego praszczurom... W koronie
I źródle wszego życia żar nieczysty płonie...

XII.
Tak nauczają!... Tak jest! mówię szczerze...
A przecież ongi wierzyłem inaczej!
Gdym wzrok w Milońskiej zatapiał Wenerze,
Kiedy się dusza jej nagością raczy,
Myśl wtedy wielka zawitała w głowie,
Żar niecąc w sercu. I chciałem ślimaczy
Żywot przemienić w twardy bój i w mrowie
Tych ludzi hasło-m rzucił: »Bądźcie jak bogowie!«

XIII.
Tak! jak bogowie, nadzy w swojem czuciu
I w swem myśleniu... I gdy orle skrzydła
Rwały mnie w górę, wszelkiemu zepsuciu
Jąłem urągać... I w swoje prawidła
Świat ten ująłem — cały świat dokoła...
A co mnie w zdradne uwikłało sidła,
Żem dziś strącony? Miłość!... Że u czoła
Mam piętno strasznej hańby, winna miłość zgoła!...

XIV.
I tak upadłem... Widzicie, jak nizko!
Myśl wielka zmarła, a tylko co nocy
Wraca jej upiór na moje łożysko
I gniewem strzela, jak kulami z procy;
Na pierś się rzuca, palce, jak postronki,
Naokół szyi, z niesłychanej mocy
Dusząc, okręca; ubezwładnia członki,
Że są, jak z drzew odcięte, suche, martwe płonki...


XV.
Bo trzeba wiedzieć, że myśl to nie tylko
Jakaś abstrakcya, jakieś coś bez ciała,
I że się kończy na zawsze z tą chwilką,
Gdy jej w człowieku zbrodnia cios zadała.
Nie! ona żyje, jak homunkuł jaki,
Tu, w całem wnętrzu; tym rumieńcem pała,
Tem okiem świeci, kreśli szczytne znaki
Tą ręką, temi stopy wielkie mierzy szlaki.

XVI.
A kiedy człowiek zmieni w grób się dla niej,
Wówczas jej upiór, błądząc za kresami
Swych form dawniejszych, powraca z otchłani
Nieokreślonych światów, aby z nami
Czynić rachunek — mścicielem powraca,
Sumienie człeka krwią wyrzutów plami
I tak męczarnią morderstwo odpłaca
I tłum nieszczęsnych nowym nieszczęsnym wzbogaca.

XVII.
Co noc go widzę — zaledwie przymrużę
Zmęczone oczy... Łachman ma podarty
Na zgiętych plecach; w twarzy jamy duże,
Jak bramy piekieł, poprzez które czarty
Prowadzą duszę na wieczyste męki.
W jamach tych ogień, we dwa kłęby zwarty,
Wraz się w tysiączne rozpryskuje pęki
I rośnie w miarę tego, jak rosną me jęki...

XVIII.
Naprzód, do łóżka zbliżywszy się cicho,
Prawie na palcach, śmiechem mnie przywita,
Niemym, dwuznacznym, jak uliczne licho;
Tak mnie połechce, jak grzeszna kobieta;
Jak nałożnica po twarzy popieści,
Potem, ach! potem zębami zazgrzyta,

Niby grzechotnik, kośćmi zaszeleści
I dusi, że snać skórę zostawi bez treści.

XIX.
I urągania, niby garście żwiru,
Sypie mi w oczy i wyszydza moją
Nicość dzisiejszą i grozi, że miru
Już tu nie znajdę; że mi się podwoją
Ta moja hańba i ten ból — widzicie —,
Którego żadną nie odtrącę zbroją,
Jeżeli będę wlókł dalej to życie,
Jeżeli sam nie skończę, jawnie albo skrycie.

XX.
Tak, tak — powiadam, ten upiór mi każe,
Bym w waszych oczach skręcił tę chuścinę,
Zrobił pętlicę i, zmyliwszy straże
Wiernych przyjaciół, w samotną godzinę
Ot! tak do studni — albo tam! w izdebce,
Na tem okienku!... Że odrazu zginę,
Niby jak mucha, lub dziecię w kolebce,
Lub szczenię — tak to widmo do wnętrza mi szepce...

XXI.
Z tych butów szydzi i z tego surduta —
Że jest wytarty? że na łokciach dziury
Nieomal świecą?... Nie! nie! inna nuta
Tych naigrawań, co mi brzmią, jak chóry
Wrogich demonów... Owóż tem mi w oczy
Miecie ten upiór, jak burza ponury,
Że tak być miało, iż mój grzbiet otoczy
Płaszcz — mówię — apostolski ... O! tak, płaszcz proroczy...

XXII.
I że mnie ścigać będą miliony
Tych, których zbawić mogłem swoją wolą;
I że mnie przeklnie zamiar niespełniony;
Że moją duszę, jak węże, okolą

Wszystkie te zbrodnie, które przyszłość spłodzi,
Ten grunt, podatny występkom i bolom
Przez to, żem, tonąc w miłosnej powodzi,
Nie zasiał na nich ziaren, z których szczęście wschodzi.

XXIII.
Bo ja wam mówię — słuchajcie! że człowiek
Jeden jedyny — tak się często dzieje —
Może od razu, niby drgnięciem powiek,
Swą wielką myślą przemienić koleje
Całego świata... We mnie myśl ta była
I już, już miałem otworzyć wierzeje
Nowego gmachu, gdy wtem zła mnie siła,
Jak piórko, od tych bramic jasnych odtrąciła.

XXIV.
Jak się to stało?... O nielitościwi!
Ostatnie byście wnętrzności wydarli...
Macie je, macie!... Człowiek tak się żywi
Ścierwem swych braci, jako zwierz... Zaparli
Pyszni się ludzie z wilkiem pokrewieństwa,
A są od niego krwawsi... Trutnie, karli!
Od najmniejszego najmniejsi maleństwa!
Człek wielki da wam dzieje swojego męczeństwa...

XXV.
Kiedym ją poznał, miała lat — ja nie wiem —
Może szesnaście, lub też osiemnaście —
Wiek, w którym dziewka staje się zarzewiem...
Przy innych była jak róża przy chwaście,
Albo piwonia śród traw gorejąca...
Cała — płomienne czyniła napaście
Na zmysły człeka, niecąc w nich bez końca
Rozkoszny żar, jak ogień lipcowego słońca...

XXVI.
Bywałem często w ich domu; jej matka
Nieraz mnie nawet zwała swoim synem,

Jakkowiek wielka z niej »arystokratka«,
A tacy ludzie gardzą prostym gminem...
Prawda, co do niej to mawiała zawsze,
Że darzy wstrętu uczuciem jedynem
Chłopstwo, od gadu ziemnego plugawsze,
Dla innych juścić było jej oko łaskawsze...

XXVII.
A więc i dla mnie, bo — mówiąc ab ovo
Nie urodziłem się pod żadnym płotem,
W żadnych pokrzywach, pod bylicą płową,
Pośród łopianu... O nie! mnie łomotem
Jędrnych konarów nie głuszył wiatr dziki
Pierwszego płaczu, ani jarem złotem
Nie popieściły słoneczne promyki,
Ni muszki mi brzęczały, ni polne koniki...

XXVIII.
Tak sielankowy nie był mój początek...
Pałac, prawdziwy pałac w wielkiem mieście,
O białych murach i pełen dziesiątek
Świetlanych okien, przytułku niewieście,
Niby mej matce, udzielił... Co chcecie!
Zawsze jest lepiej, niźli w drzew szeleście
I marnych trawek, wydać na świat dziecię
W szpitalnym, pośród pańskich wygód, gabinecie.

XXIX.
I byli wszyscy świadkami momentu,
W którym się na świat nowy prorok zjawił;
Siwy profesor, zziajany do szczętu,
»Fakt demonstrował«, szczęście błogosławił,
Że wszystko poszło niesłychanie gładko;
Rój młodych uczniów wzrok i uszy pławił,
Schylon badawczo nad proroka matką
I wsłuchan w słowa mistrza, »ciekawe, jak rzadko«.


XXX.
Tylko mój ojciec nie przybył — dlaczego?
Wiecie, mój ojciec wielkim był artystą —
Tragikiem pono... Niech go bogi strzegą!
Jam go nie widział przenigdy... Ognistą
Musiał mieć duszę, kiedy tak zapłonął
Ku mojej matce, co — prała chórzystom
Lichą bieliznę... Wiatr po nim powionął,
Bez śladu znikł, dziś pewnie ducha już wyzionął.

XXXI.
Lecz mniejsza o to! Świat pójdzie swą drogą,
Tak samo pójdzie me opowiadanie:
»Arystokratka« nie kopnęła nogą
Dziecka miłości, któremu posłanie
W niewłasnej izbie zgotowały losy...
»Trudno« — mawiała — »rzucać pomstę na nie:
Z nieba spadają jak niebieskie rosy,
Lub grady, które z żniwa dają czcze pokłosy«.

XXXII.
Zresztą, trza wiedzieć, że ich państwo całe
Było, jak kożuch bez wełny, jak futro,
Zżarte przez mole, do szczętu zleniałe,
Ja zaś przed sobą wielkie miałem jutro
I byłem dla nich tą cudowną gąbką,
Którą swym licznym wrogom wargi utrą,
Co, dzikim żbikom równi nie gołąbkom,
Rzucają ich niedolę na pastwę swym ząbkom...

XXXIII.
To jest w ten sposób myślała nie ona,
Moja wybrana, lecz jej rodzicielka...
Ma Beatrycze, ku mnie rozpalona,
Była tak czysta, jak ranna kropelka,
Kiedy na gwoździk rumiany upadnie;
Jasna jej miłość i, jak morze, wielka,

Głębin tych w sobie nie skrywała zdradnie,
Gdzie potwór samolubstwa niepodzielnie władnie.

XXXIV.
Nie! W moje sieci wikłał ją ten boży
Duch, co przenikał wówczas moje serce:
Owo proroctwo o złocistej zorzy,
Mającej spłynąć na ziemi kobierce,
Bujnie rozkwitłej pod mej myśli wiewem;
Skra moich oczu znajdowała w skierce
Jej ócz swą siostrę... Byłem dla niej drzewem
Z legendy, gdzie liść każdy drży czarownym śpiewem.

XXXV.
Drżała naprzemian, naprzemian rumieńce
Twarz jej zlewały, gdym jej myśl roztoczył,
Jako się ludzie przemienili w jeńce
Nizkiej obłudy, odkąd krok ich zboczył
Z dróg, które bytom nakreśla Przyroda;
I że się przez to kres szczęścia odroczył,
Że szczęście ludziom rękę wówczas poda,
Gdy staną się w swych czynach przejrzyści, jak woda.

XXXVI.
Że to nastąpi, gdy ród ludzki wszystek,
Idąc za głosem Natury, precz rzuci
Ze siebie sztucznie przykrojony listek.
Bo nie to w człeku chęć nieczystą cuci,
Co jest otwarte, ale to, co gaza
Zdradna osłania, płodzi rój złych chuci;
Że grzech stąd płynie i wszelaka zmaza,
Szerząca się po świecie, jak trądu zaraza.

XXXVII.
Że taką gazą jest mądrość człowieka.
Gdy nagą miłość stawia między zbrodnie
I kształt ludzkiego uczucia obleka
W płat, z którym może aniołom wygodnie,

Lecz nie nam, ze krwi i kości stworzeniom;
Że trzeba inne zaświecić pochodnie —
Niech przy ich blasku ludzie się nie lenią,
Poznawać, że są ludźmi, miłość z prawdą żenią...

XXXVIII.
Onego czasu helleńscy mędrcowie
Tę prawdę duchem pochwycili szczytnym:
Z wód nieskalanych, rumiana, jak zdrowie,
Z wzrokiem, jak niebo wiosenne, błękitnym,
Rodzi się naga, czysta Afrodyta,
Symbol miłości, który był uchwytnym
Dla ludzkich źrenic, bogini, spowita
W ludzkiego urok ciała; jako kwiat — kobiéta!

XXXIX.
I pokąd Venus dzierżyła swe berło,
Naokół bioder nieodziana szmatem,
Póty i miłość równała się z perłą,
Jak tonie czystą; w jej źródle, bogatem
W promień niebiański, nie znalazłeś brudu:
Zbrodnia rozpusty owładnęła światem
Z chwilą, gdy zastęp śmiertelnego ludu
W Izydy tajemnicach począł szukać cudu.

XL.
Tak! tak! pamiętam; gdym jej mówił o tem
Na naszych długich przechadzkach, śród woni
Lipin rozkwitłych i pod słońca złotem;
Śród łąk, gdzie owad w rozkosznej pogoni
Wzlatywał z kwiatka na kwiatek; śród kłosów
Żyta, na pulchnej szumiącego błoni;
Śród dźwięków pieśni, pod sklepem niebiosów,
Rozbrzmiałych słodką nutą przetysiącznych głosów;

XLI.
Gdym jej tłumaczył, że te drzew konary
Ze pniem się wiążą przez miłość; że zioła

Stroją się w koron mnogobarwne czary
Ręką miłości, co wian u ich czoła
Tchem swym spłodziła i na nowych przyjście
Koron wciąż nowy rzuca blask dokoła;
Że zapłodnione przez nią kłosów kiście
Wydadzą jutro ziarno, sypiące rzęsiście;

XLII.
Że dla kobiety najwznioślejszą chwałą,
Którą nam surmą jerychońską głosić
I wielbić hymnem chaldejskim przystało,
Jest: zostać matką, w łonie swojem nosić
Przyszłych pokoleń żyjące ogniwa;
I że tem chryzmem, którem trzeba zrosić
Zawiązki bytów, winna być ta żywa
Krynica, co nie z ustaw, lecz z uczuć wypływa;

XLIII.
Gdy moje słowa mieszały się z echem
Boru ciemnego; gdy majestatycznie
On mi wtórował i świeżym oddechem,
Wonią żywicy, sypał ustawicznie,
Niby kadzidłem, na cześć Wszechmacierzy,
Co śród swych płodów, rozsianych przelicznie
Po łanach świata, (świat u stóp jej leży)
Królowej samowładnej złote berło dzierży:

XLIV.
Wówczas śród drogi moja Beatrycze
Nieraz stawała i, jako lilie,
Niebieskie oczy topiąc w me oblicze,
Swą ręką białą objęła mą szyję
I na me usta, drżące od tej świętej
Skry, co się w głębi naszej duszy kryje,
Kładła całunek — niemy, niepojęty
W rozkoszy swej, z uczucia serdecznego wszczęty.


XLV.
A gdym jej wspomniał, że nawet śród tłumów
Myśl o dniu nowym swe odblaski ciska,
Że szumi nakształt nieuchwytnych szumów
Drzew, co wyrosły nad brzegiem urwiska;
Że matka moja, ta kobieta z gminu,
Nieraz mnie, dziecku, szeptała, jak blizka
Jest już godzina potężnego czynu,
Co zmieni świat — godzina szczęścia i wawrzynu;

XLVI.
Jak się ruszają gdzieś uczeni ludzie,
Jak nawet ojciec, który był tragikiem
I filozofem i wszelkiej obłudzie
Wytaczał walkę, o wszystkiem językiem
Prawił natchnionym, że przyjdzie niebawem
Dzień, gdzie nikt ostrem nie zrani przytykiem
Matki za — miłość; i że wszystkiem prawem
Dla świata będzie serce, choć dziś tak jest krwawem:

XLVII.
Gdym jej to wspomniał, wnet szepnęła ku mnie,
Że pragnie matce ucałować ręce;
A na me słowa, jako matka w trumnie
Legła już dawno po przebytej męce,
Z ócz jej, widziałem, czysta łza pociekła
I usta zmilkły, jakby niemowlęce —
O ja wam mówię, gdyby tylko rzekła,
W tej chwili byłbym za nią poszedł i do piekła!

XLVIII.
I ona za mną — tak! I ona, wierzcie,
Byłaby za mną poszła do ciemności
Hadu... I poszła!... poszła! Ha! rozgrzeszcie
Wy ją z tej winy, co wśród naszych kości,
Rozgrzanych ogniem pożądań, od razu
Rodzi się w pełnym rynsztunku, z miłości

Rodzi się — ludzkiej, nakształt tego płazu,
Co z słońca wiosennego powstaje rozkazu.

XLIX.
I głów ta wina ma tysiąc, jak owy
Płód, wylęgnięty w starogreckiej baśni...
W nas zaś zabrakło mocy Heraklowej,
By wyjść zwycięsko z tej krwiożerczej waśni,
Która się wszczęła z rozpędem żywiołów,
A tak gwałtownie, że — lampę zagaśnij,
Albo źrenice wykłuj z ocznych dołów,
To blask nie szybciej w zmroku przemieni się ołów.

L.
Ramię tej winy, żelaziste ramię,
Precz odepchnęło postać zbawicielki —
Chłodnej rozwagi, która jedna łamie
Zastęp złych duchów i ich zakus wszelki...
Tak! nad rozwagą, która w wnętrzu mieści
Wszystką rozterkę kojące kropelki,
Silniejszy grzech był, urodzony z treści
Uczucia, gdy je ciało dotykiem zbezcześci.

LI.
Moja Beatryks, ona, co rozwarte
Miała te usta, kiedym z głębi swojej
Rozwijał przed nią nowej wiary kartę,
Naraz idei spełnionej się boi:
Blada, snać martwa, jak małżonka Lota,
Stanie przedemną, swe serce rozkroi,
W którem się boleść, wstyd i skrucha miota,
I jęknie: »twa nauka to grzech! grzech! nie cnota!...«

LII.
»Tak! grzech!« powiada, »albowiem nie czuje
Odwagi w sobie, aby we świat rzucić
Jasne spojrzenie... Wstyd się za nią snuje,
Widzi to dziś już, gdzie tylko obrócić

Pragnie swe kroki... Wszyscy wokół ludzie
Nie poprzestaną jej żywota kłócić
Głośno lub cicho, hołdując obłudzie,
Tem słowem, co w ulicznym zrodziło się brudzie.

LIII.
»I świat ma słuszność, gdyż w powszechnym głosie
Drży echo boże... Tak ją nauczono
Wierzyć i w martwym upadną pokosie
Ci, którym inna myśl wypełni łono...
Tak! dawną wiarę, ongi przez me słowo,
Przez moje zdradne pokusy stłumioną,
Dziś wstyd w jej wnętrzu rozbudził na nowo,
Zapóźno, aby tego nie opłacić głową...

LIV.
»Nie ma ratunku!... Świat ma swoje śluby,
Które Bóg nadał, aby z pierworodnej
Oczyścić winy — miłość i od zguby
Uchronić człeka; Szatan, jak zwierz głodny,
Krąży, by zepchnąć go w przepaść bezprawia...
Ślub nie ma władzy po czynie, a zgodny
Głos ludu między publiczne nas stawia:
Choć pójdziem do ołtarza, dawny wstyd się wznawia...«

LV.
Tak więc, widzicie, od razu straciła
Moja Beatryks poczucie zadania,
Od razu nizka owładła nią siła,
Co na wyżyny ludziom wejść zabrania,
Na te wyżyny, z których człowiek wzgardę
Rzuca na przesąd i, chcąc panowania
Światła, ku niebu wznosi czoło twarde,
By chmury niem rozedrzeć, swą ciemnością harde...

LVI.
A ja?... Przenigdy nie zapomnę chwili,
W której się grzech mój narodził śmiertelny —

Rozbrat z mą myślą... Wszyscy, jacy byli
Syci żywota, tej jego bezczelnej
Zbrodnią, lub bólem pooranej twarzy;
Ci, co ginęli od trucizny zielnej,
Albo od jadów zwierzęcych, lub wrażej
Potęgi metalicznej, która na śmierć parzy —

LVII.
Wszyscy ci biedni i nędzni, co w ziemi
Niepoświęconej znaleźli wytchnienie,
W grobie samotnym, zarosłym marnemi
Trawy, przeklętym, w niepamięci cienie
Na wieki wieków rzuconym z prostaczej
Tłumów pogardy: czyż większe cierpienie
Czuli nademnie, gdy ona rozpaczy
Okrzykiem »jestem matką!« boleść swą zaznaczy?!...

LVIII.
Nie!... Ja wam mówię: odbiegły mnie zmysły!
Jakby pod wpływem szatańskiej hypnozy,
Od razu wszystkie marzenia me prysły,
A na ich miejscu stanął obraz grozy:
W mej myśli wielkiej, w apostolstwie mojem
Ujrzałem zbrodnię wśród wszetecznej pozy,
Rozpustę w pląsach z bezwstydnym Opojem,
Nierządnic i pijanic otoczoną rojem...

LIX.
I zaciążyła nademną przewaga
Względów, którymi walczy tłum... I w uszach
Biły mi gromy, jaka hańba naga
Moją Beatryks w swych objęć katuszach
Będzie trzymała na zawsze; że wszyscy,
Co pozór cnoty mają w swoich duszach
A są, jak węże i jaszczurki, ślizcy,
Plwać będą i do nizin spychać, sami nizcy.


LX.
I uwierzyłem w krwawy wyrzut matki,
Żem nie prorokiem, ale kusicielem;
Że jestem z gminu, a z gminu odpadki
Tylko wyjść mogą; że trującem zielem
My, dzieci gminu, wijem się, zepsuci
W jądrach serc naszych, sycący weselem
I szczęściem innych swe poziome chuci —
Że trujem, w swym oddechu, jak dżuma, zatruci.

LXI.
Że się wślizgnąłem chyłkiem do ich domu,
Jak pies skomlący z zimna, by za ciepło
I za kęs chleba zgotować im sromu
Straszną biesiadę, która krew zakrzepłą
Rozburzyć może, albo ściąć wzburzoną;
Że jej źrenica była wskroś oślepłą,
Gdy nie dostrzegła od razu, iż stroną
Odemnie czart nie chodzi, lecz wnikł w moje łono.

LXII.
Że w każdym dźwięku mego słowa drżało
Ohydne kłamstwo; kłamstwem wszystkie mary
O mej przyszłości, co się nigdy w ciało
Oblec nie mogła, bo warunki wiary
W nią były kłamstwem... W każdym moim ruchu
Fałsz się kołysał, a największej kary
Ten fałsz jest godzien w mych fałszów łańcuchu,
Przez który zamieszkałem w Beatryczy duchu...

LXIII.
Trzeba mnie było odegnać od progu,
Bo hańbą jest już dla dobrej rodziny,
Jeśli nędzarze, powstali z barłogu,
Wśród niej są gośćmi, płody ludzkiej winy,
Wytwory grzesznych pożądań... Cóż na to
Rzec, gdy je człowiek weźmie za swe syny!

Trzeba mieć duszę w bezczelność bogatą,
By znieść wyrzuty zacnych — ze czci swojej stratą!...«

LXIV.
Tak! ja wam mówię, byłem w takim stanie,
Że mi się zdało, jako gmach się wali,
Płonąc, nademną: tu pada wiązanie
Na grzbiet mój wątły, gniecie go i pali,
Tam gruz się sypie na głowę rozpiekły,
A tu w płomieni groźnej, ciężkiej fali
Wzrok utraciłem, tu już śmierć orzekły
Zarzewia, co mi w gardło gęstą lawą ściekły...

LXV.
I jąłem wierzyć w prawidła ascety,
Męża, co, żywot straciwszy na puszczy,
Przestał już ludzkiej doznawać podniety,
Jaką się kala ciało grzesznej tłuszczy —
Męża, co głosi, że miłość tak długo
(Świętych wam księga tę prawdę wyłuszczy)
Boskich promieni rozlewa się strugą,
Dopóki nie zostanie materyi sługą.

LXVI.
I ponurego mądrość filozofa,
Którą gardziłem, świadom celów życia,
Wiedząc, że człowiek to Dantejska strofa,
Mająca w sobie początek spowicia
Dalszych strof, naprzód płynących bez końca —
Owóż ta mądrość, co pragnie ubicia
Ludzkich pokoleń, zmieniła mnie w gońca
Swojego: tak! z jej wroga stał się jej obrońca...

LXVII.
I pod jej wpływem jęła, niby z ziarna
Demonicznego, myśl kiełkować we mnie,
Jak piekło wrząca i jak piekło czarna —
Myśl, którą stłumić pragnąłem daremnie:

W jednej sekundzie ach! do tak potwornych
Wzrosła rozmiarów, że mą duszę w ciemnię,
Nakształt jesiennych pomroków wieczornych,
Zmieniła: by je przedrzeć zbrakło sił odpornych...

LXVIII.
I, korzystając z rozpaczliwych wzruszeń,
W jakie mnie swoją wprawiła boleścią
Biedna Beatryks, poczęła w pokuszeń
Wikłać mnie sidła: »Patrzaj! wszystką treścią
Ludzkiego życia to nicość« — tak szepce,
Wciąż mi do ucha z słodyczą niewieścią,
Albo szczebiocąc, jak dziecię w kolebce,
Lub cedząc słowa mędrca, co zakony depce.

LXIX.
»Siła Samsona to garść nędznych włosów...
Kulka z ołowiu, kawał martwej stali,
Kropla rozczynu dostarczy pokosów
Ludzi, co oto po żywota fali
Płyną z potęgą pancerniczej łodzi...
Człowiek« — tak kusi mnie ów Szatan dalej —
»Przynosi z sobą, gdy na świat przychodzi,
Tę słabość, z której śmierć się wraz z występkiem rodzi...«

LXX.
Śmierć i występek!... Boże!... Boże!... Boże!...
To dwie przyczyny niedoli człowieczej!
Zgnieść je w zarodku kropla płynu może...
Kropelka płynu spłucze zło wszechrzeczy —
Śmierć i występek! W obrębie przestworu
I czasu niebyt zawładnie — od cieczy,
Którą sam człowiek spragniony pomoru,
Wycisnął z roślin bagnisk, albo z jagód boru...

LXXI.
I tajemniczą, wnet zapędzon burzą,
Naraz stanąłem we wnętrzu jej domu

I rzekłem do niej: »Ludzie zbrodni służą!
Przyszedłem ciebie ratować od sromu,
Zniszczyć choć jeden występku zaczątek —
Tak! tak! występku!... Dotychczas nikomu
Grzech nasz nieznany... Masz! pij!... Oto wrzątek,
Co, paląc, wsiąknie w zbrodnię, w jej najskrytszy kątek.

LXXII.
Tak! kusicielem byłem... Tak! przyznaję:...
Ale czas jeszcze!« »A ty, słuchaj, pani! —
Rzekłem do matki — »zbrodnia pozostaje
Zbrodnią, choć człowiek ma święcenie dla niej
W swoich ustawach: małżeństwo, czy miłość
To jeden grzech jest!... Tak! co duszę rani
I co ją strąca na zbrodni pochyłość,
To ta łącząca ciała grzesznych żądz opiłość...«

LXXIII.
I potem naraz owładła mną cisza;
Jakaś ukryta chytrość truciciela,
Podstęp złodzieja, jakiś spryt hołysza
Opięły duszę moją nakształt ziela,
Co się owija wokół pniów... Błagałem
O przebaczenie, jako już wesela
Nie znajdę odtąd w mojem życiu całem —
A potem... że są środki... znak tajemny dałem...

LXXIV.
Lecz gdym z ócz matki, błyszczących niezdrowo,
Poznał, że nie trza było mojej rady,
Wówczas szał dziki porwał mnie na nowo.
Z krzykiem: »zbrodniarki! trucicielki! gady!«
Nóż pochwyciłem, aby ostrze jego
Utopić w łonie tych kobiet... Sąsiady
Na krzyk się zbiegli i mnie, szalonego,
Wynieśli... Ten, widzicie, ten był koniec złego...


LXXV.
Tak! ten był koniec mej wielkiej miłości,
Co mi zabiła wielką myśl... A one?
W ich domu dzisiaj cześć i honor gości;
Nikt o tem nie wie, że zbrodnią splamione...
Beatryks moja — szczęśliwa, ma męża,
Co prostą drogą zdobył sobie żonę,
Drogą do — ślubu, tak, jak każą — księża:
Ich prawda zwyciężyła! tak! i wciąż... zwycięża...



Grafika na koniec utworu.jpg

3
AMOR VINCENS
(FRAGMENT Z DZIEJÓW DUSZY IDEALISTY)





There was a Poet...Shelley. »Alastor«.

Wszytko sie dziwnie plecie
Na tym tu biednym świecie,
A ktoby chciał rozumem wszytkiego dochodzić.
I zginie, a nie będzie umiał w to ugodzić.
Jan Kochanowski. »Pieśni«. (11. 5).

...... i pomogła mu młoda niewiasta,

Ellenai ....Słowacki. »Anhelli«.




Grafika na koniec utworu.jpg


I.
Był pewien człowiek, co, »jak Dant za życia« —
W dniach swej młodości — przeszedł przez palące
»Katusze piekła«. Ze swego ukrycia,
Gdzie nigdy złote nie zajrzało słońce,
Jakowyś demon pędził do rozbicia
Łódź jego duszy poprzez fale wrzące
Namiętnych szałów i dążeń, niezwykłych
Dla jestestw słabych i, jak atom, nikłych.

II.
Podniosłe cele, co, jak gwiazdy, płoną
Na horyzoncie ludzkich usiłowań
I nieśmiertelnej zasługi koroną
Skronie tych wieńczą, którzy, mimo knowań
Szatańskich, czyste zachowali łono,
Zdolne do rajskich złud i rozkoszowań,
W dziwne w nim duch ów łączył amalgama
Z tem, co jest nizkie i brudne, jak plama.

III.
Pycha i ludzi pogarda i żądze
Zakosztowania trującego płynu,
Gnuśność, co złote zamyka wrzeciądze
Owej świątyni, w której ołtarz czynu
Pnie się gotycki, oto, jak pieniądze
Zdrajcy Judasza, będącego z gminu

Sług Mamonowych, chciały na Golgotę
Oddać w nim człeka zbawiającą cnotę.

IV.
Chciały na zawsze — tak! bez zmartwychwstania
Jasnej nadziei przybić w nim do krzyża
Ową pokorę, łagodną, jak łania,
A która przecież śmiertelnika zbliża
Ku sferom bóstwa i giąć się zabrania
Przed pysznym światem; pańskiego żołnierza
Zapał, co nigdy w drodze się nie trudzi,
Chciały w nim zabić wraz z miłością ludzi.

V.
Nie było chwili, by się w jego duszy,
Od lat najmłodszych wychowanej w znoju,
Te dwie potęgi, jak w pustynnej głuszy
Dwie tygrysice, nie rwały do boju,
Co najsilniejsze wnętrza w niwecz kruszy
Ostrzem wysiłku, obuchem rozstroju —
Nie było chwili, aby w tej rozterce
Spoczęło walką potargane serce.

VI.
Daremnie pragnął ukojeń; zmęczony
W tej twardej drodze, jak Orestes, biczem
Krwawych Erynyj smagany, obrony
Szukał w źródlisku wiedzy tajemniczem,
Popod gwiaździste chodził nieboskłony,
Na ziemię padał z spłakanem obliczem
I pod razami tych siekących batów
Usta przyciskał do traw i do kwiatów.

VII.
Lecz blaski słońca i gwiazdy i zorze,
Świty poranne i tęczowe wstęgi
I ziół zapachy i rosy, co w morze
Srebrne się łączą, i uczone księgi

Nie potrafiły na spokoju łoże
Rzucić szalonej demonów potęgi,
Ormuzdowego nie miały zaklęcia,
By w pył rozproszyć wrogie przedsięwzięcia.

VIII.
Daną mu była przez łaskawe bogi
Zdolność, nad wszystkie ponętniejsza skarby,
Że mógł żywota nagie, ostre głogi
Przemieniać w róże Poezyi i farby
Zlewać cudnemi pył ten, co się nogi
Naszej uczepia; umiał wtłaczać w karby
Kunsztownych zwrotek, pełnych wzniosłej treści,
Nadmiar szarpiącej mu duszę boleści.

IX.
Więc też i teraz, gdy mu wnętrze toczy
Walka pierwiastków, złożonych w naturze
Wszystkiego człeka, jął błagalne oczy,
Jak zwierz, prowadzon na rzeźniczym sznurze,
Zwracać w tę stronę, gdzie pośród przezroczy
Stref wymarzonych, w królewskiej purpurze,
Jako latarnia wśród morskiej przystani,
Świeci ta wielka, ta królewska Pani.

X.
Ale, o! zgrozo! w źrenicach Królowej
Przygasł ten promień, co ongi wykrzesza —
Bywało — żar mu ze serca; lodowy
Smętek, jakiego nie zaznała rzesza
Chodzących dołem, zwarł jej usta; z głowy,
Zamiast warkoczy, tłum się wężów zwiesza,
Złączon na szyi w skamieniałe guzy,
Jak u mitycznej, straszliwej Meduzy.

XI.
Błagał, zaklinał, wił się, jak gadzina,
U stóp jej martwej postaci — daremnie!

W piersi z marmuru życie się nie wszczyna,
Zbielałe oko nie zmienia się w ciemnie
Źródeł głębokich... Nadzieja jedyna,
W bolącej duszy żywiona tajemnie,
Że w niej, w Poezyi, zbawcze znajdzie leki,
Razem z jej okiem zgasła snać na wieki...

XII.
Nie! Być nie może! Jeszcze raz się rzuci,
Jako Pigmalion na jej kształty z głazu,
Ognia się jeszcze w tem łonie docuci!
Wszak niepodobna, aby tak, od razu,
Miało żywotnej pozbawić się chuci,
Skutkiem Szatanów skrytego rozkazu,
To, co młodzieńczą duszę wczoraj jeszcze
W silne wprawiało i rozkoszne dreszcze.

XIII.
I, jak Pigmalion, ale z rozpustnika
Pożądliwością, zrodzoną z rozpaczy,
W objęcia swoje zimny głaz zamyka,
Drogę do piersi spiekłą śliną znaczy,
Pomiędzy wargi przeciska języka
Koniec spalony; wzorem owych graczy,
Partnerów kartą bijących fałszywą,
Coraz się bardziej pali nad — nieżywą.

XIV.
Patrzcie! zwyciężył! zwyciężył! zwyciężył!...
Jak elektryczną poruszony siłą,
Kształt się umarłej do góry wyprężył
I wzniósł źrenicę, niezwykle opiłą
Blaskiem — fosforu: stopniał lód, co zwężył
Usta, rozkwitłe pełnią róż, przemiłą
Woń wydających, i z pod zębów cieśni
Znów, jak z pod skały, trysnął strumień pieśni.


XV.
Lecz to nie były te cudowne zwrotki,
Duchem łagodnej harmonii przejęte,
Co goi rany; to nie zdrój był słodki,
Jasny i świeży, co zioła pomięte
Podnosi znowu ku niebu i wiotki
Krzak zmienia w dębu konary niezgięte
I ziarna z twardej wydobywa ziemi,
By się pokryła kłosy złocistemi.

XVI.
Nie! antytezą była pieśń ta nowa
Wszelakiej pełni i wszelkiego życia:
Zawiędła w rdzeni, zwątpieniem niezdrowa,
Tłumi nadzieję już u jej spowicia,
Wiarę tam spycha, gdzie przepaść grobowa,
A znak miłości, który od rozbicia
Ochrania wszechświat, w nienawiść przemienia,
Świeżych wciąż ofiar żądną i zniszczenia.

XVII.
Złudą i czczością zowie te uczucia
I te z uczucia zrodzone rozumy,
Które z sobkowskiej martwoty, z zepsucia
Gniazd pokalanych wyrywają tłumy,
By, mimo głazów, mimo cierniów kłucia,
Pędziły przed się, wsłuchane w poszumy
Prawdy, ukrytej w wszechświata atomach,
Stawiać gmach cnoty na występku złomach.

XVIII.
I w tych zbrodniczych rozpoznawszy zgrzytach
Echo swej duszy, przeklnie dawne bóstwo,
Że wieść go jęło nie po gwiezdnych szczytach,
Lecz po przepaściach, gdzie się gadów mnóstwo
Czołga obleśnych, co nigdy w błękitach
Głów nie skąpały, co swoje ubóstwo

I swą pełzliwość kryją przed obliczem
Niebios, słonecznym oświeconych zniczem.

XIX.
I znowu zmilknie, znów w bryłę kamienną
Zmieni się jego Królowa na skutek
Klnącej Rozpaczy... Samotny, w bezdenną
Zatopion boleść, pójdzie, jak wyrzutek,
Zdala od swoich milczeć, ducha w senną
Sieć upowijać; tylko czasem smutek,
Co wśród apatyi nagle się odzywa,
Na ludzką nędzę jęk mu wydobywa.

XX.
Na ludzką nędzę, nie tę, co łachmanem
Okrywa plecy od zimna czerwone,
Nie tę, co wrzeszczy: circenses et panem!
I pożądliwem patrzy okiem w stronę,
Gdzie przy biesiedzie tulą w sen, nad ranem,
Syci Lukulle głowy, uwieńczone
W pomięte róże, i nie tę, co z głodu
W krwi dla stóp nagich poszukuje brodu.

XXI.
Na ludzką nędzę, tę, co, w ziół rozkwicie
Wielbiąc barw tęczę, nie umie robaka
Dojrzeć, jak korzeń podgryza im skrycie
I szkarłat — króla zmienia w szmat — żebraka;
Na ludzką nędzę, tę, co w gładkiej płycie
Jasnych metali, lśniących niby jaka
Powierzchnia wody, rdzy nie widzi zębów,
Ani też próchna wśród komórek dębów.

XXII.
Na ludzką nędzę, tę, której się zdaje,
Że człowiekowi, gdy ulata myślą
Tam, ku niebiosom, w te ogniste kraje,
Gdzie gwiazd miliony swe orbity kreślą,

Gdzie słońce gaśnie i gdzie słońce wstaje,
Jakoweś siły spraw poznanie przyślą
I że się z jego połączy żywotem
Szczęście, w poznaniu lśniące prawdy złotem.

XXIII.
Czasem zaszydzi z tych, co chcą napoju
Zaczerpnąć z myśli krynicy głębokiej,
I tych, co, zawsze gotowi do boju,
Jako rycerze, zwracają swe kroki
Tam, gdzie czyn spłasza anioły spokoju;
I tych wyszydza, co, wiedząc, że zwłoki
Nie cierpią lata, jak motyle, skrzętnie
Z życia spijają miód w pospiesznem tętnie.

XXIV.
A potem mocą strasznej konsekwencyi
Do tego dojdzie myśli rezultatu,
Który ma w sobie trującej esencyi
Ilość dostatnią, by ludzkiemu światu
Stawić ideał gnuśnej impotencyi,
I że brat świadczy dobrodziejstwo bratu
Gdy niepewnemu ostrą poda brzytwę,
Potem sam życia zakończy gonitwę.

XXV.
Bo człek jest na to, by — umarł; że prosta
Rzecz to i zgoła dociekań nie warta:
Jakkolwiek ludzie, gdy ich życie chłosta,
Drżą, zamiast lekko puścić je do czarta!
Jakkolwiek Manfred, Faust, Juan, Akosta
I najzwyklejszy śmiertelnik (uparta
Taka w nas dusza) dziwnym chcą sposobem
Mieć z życia rozkosz, co nie trąci — grobem.

XXVI.
I sam też nieraz w samotnych godzinach,
W których izdebkę zamieniał na celę,

Kiedy tak dumał o nędzy przyczynach,
Wyganiającej ze świata wesele,
Blizkim był winy, która w ludzkich winach
Stoi na przedzie: w swej duszy popiele
Czując, że świętych skier już nie rozżegnie,
Chciał pójść śladami, którymi Śmierć biegnie.

XXVII.
Ale we wnętrzu jestestw, z losów woli
Zrodzonych na to, ażeby do końca
Na scenie świata w oznaczonej roli
Wytrwać, ukryty mieści się obrońca
Prawa natury, władzca ludzkiej doli:
Elementarny pęd życia, jak słońca
Blask, który na to rodzi się co rano,
By zioła rosły, lub by je — deptano!

XXVIII.
Wtedy to poszedł między przyjacioły,
Między lekarze i między znachory:
Spojrzeniem, ruchem na los nie wesoły
Chciał z nich wydobyć lekarstwo, na zmory
Ucisk gwałtowny, co, jako jemioły
Kwiat pasożytny, wciskała się w pory
Jego jestestwa, ssąc najlepsze soki
I powstrzymując wszystkie żywsze kroki.

XXIX.
Jak owo dziecko-niemowlę, co matce
Boleść lub przestrach wyraża z pomocą
Nieokreślonych krzyków, lub jak w klatce
Człowiek, któremu szał posępną nocą
Duszę ogarnął, lub jak zwierz, w zasadce
Czujący naraz, że mu się szamocą
Stopy, tak on się wobec nich zachowa,
Lecz wyraźnego nie wyrzeknie słowa.


XXX.
Czasami maskę przybiera bajazza,
Śmieje się, ciało w dziwne łamie skręty,
Jakby mu żadna nie tknęła zaraza
Duszy nieszczęsnej, jakby bój w nim wszczęty
Oddał zwycięstwo w ręce Oromaza,
Symbolu światła, lub jakby go w pięty
Kastratów podłe łaskotało plemię
Wśród lepkich hurys, w rozkosznym haremie.

XXXI.
Lecz przyjaciele oko mieli baczne,
Pozór spostrzegli w tem co on podawał
Za jasną prawdę; widzieli opaczne
Linie, przy których prostości obstawał,
I na godziny, wesołością znaczne,
Rzekli: to wielki post, a nie karnawał.
A jeśli gody, to szaleńca gody,
Co ma kałuże za kryniczne wody.

XXXII.
I nad tym bytem, co się w walce łamie,
Jako z liściwia odarta łodyga
Pod biczem wiatru; nad bytem, co znamię
Widocznych cierpień na swych barkach dźwiga,
A każdym ruchem, każdym rysem kłamie,
Zdjęta litością wiernych druhów liga,
Z słów mu życzliwych taką radę splecie:
»Niech się zakocha! Zbawienie w kobiecie...«

XXXIII.
Jakto, gdy urok wiedzy niezbadany,
Który Hypatyom wlewał zdroje męstwa,
Że te krwawiące z rąk wsteczników rany
Nie mogły odnieść nad nimi zwycięstwa,
A Galileom, zakutym w kajdany,
Wyrywał tryumf, a nie krzyk przekleństwa —

Gdy dziś ten urok stał mu się przedmiotem
Szyderstw, kobieta ma-ż być prawdy złotem?

XXXIV.
Jakto? Przyroda, ta wspaniała, wielka,
Codziennie nowe tworząca obrazy,
Ona, co sprawia, że jedna kropelka
Cały świat kryje, ta matka ekstazy
Niewysłowionej, piewców rodzicielka,
Atomy pyłków zmieniająca w głazy,
Mniejszą-ż by miała siłę w swym ogromie,
Niż jest w kobiecie, w tym jednym — atomie?

XXXV.
Jakto? więc dobro, ten pierwiastek boży,
Wlany nam w duszę przez Stwórcę wszechrzeczy,
Przez władcę tego, co pod blaskiem zorzy,
Co pod osłoną promienistej pieczy
Słońca się rodzi, nowe byty tworzy,
Że się z podziwu wikła rozum człeczy,
Samo ze siebie złego nie zwycięża,
A ma zwyciężyć — służebnica węża?!

XXXVI.
Jakto? nad wszystko, co duch czysty spłodził
I co się stało dążeniem szermierzy,
Hasłem pokoleń, które szatan wodził
Po ciemnych jarach, a które na świeży
Pragną wyjść przestwór, gdzie się dzień narodził,
Gdzie nagość szczęścia w całej pełni leży,
Ma-ż być silniejszym ów symbol słabości,
Kobieta, wytwór Adamowej kości?!

XXXVII.
Ona co z raju wygnała człowieka,
Pierworodnego grzechu praprzyczyna,
To Martwe Morze, przed którem ucieka
Ptak, by nie przyszła nań śmierci godzina,

Ona, gdy dusza w rozpacz się obleka,
Gdy ją do ziemi bez litości zgina
Ten zła i dobra straszny pojedynek,
Ma-ż jej zgotować raj i wypoczynek?!

XXXVIII.
Grzechem jej miłość i zgubą, spodleniem
Ludzkiej natury, powiązaniem skrzydeł,
Gdy chcą nas unieść ponad ziemskim cieniem;
Klatką i kojcem, okiem nowych sideł,
Które zastawia Belzebub, ze drżeniem
Patrzący na to, jeżeli z wędzideł
Piekła duch ludzki wydostać się pragnie,
By nie utonąć w beznadziejnem bagnie...

XXXIX.
Śmiał się; lecz rada przyjaciół żywiołu
Rozpętanego tajną miała siłę...
Jak człek, co, pośród jeziornego dołu
Niechybną widząc dla siebie mogiłę,
Zielska się czepia, aby z niem pospołu
Zginąć, tak on też od bolu opiłe
Serce w miłościach z niemym topił śmiechem,
Które — Rozpaczą były, albo — Grzechem...

XL.
I popadł cały w zdrętwienie; duch jego
Stał się granicznym słupem między zbrodnią,
A między cnotą, między drogą złego,
A drogą dobra, lecz stracił przewodnią
Świadomość dawną, co dobre, a czego
Tykać nie wolno, bo jest złe... Był kłodnią,
Pniem wpół przeciętym, dłońmi zabójczemi,
Wraz z korzeniami, wyrwanym ze ziemi.

XLI.
Poprzestał walczyć, aby zwycięstw szalę
Na stronę dobra przechylić... Źrenicą

Szklaną i zimną nie widział już wcale,
Gdzie zmrok się kłębi, a gdzie blaski świécą;
Płynął bez wiosła, rzucony na fale,
Jak kawał drzewa!... Podobien dziedzicom
Chorób, zrodzonych z rozpusty ojcowskiej,
Przestał już głoskę odróżniać od głoski.

XLII.
A oto naraz — użyczcie psałterzy,
Wszystkie muzyczne dajcie instrumenta,
Harfę i cymbał, niechaj w nie uderzy,
Miriam boska, tryumfem przejęta,
Gdy wróg pognębion u jej stopy leży;
Niech z ust Dawida pieśń popłynie święta,
Bo oto naraz — o przedziwne dziwy! —
Odżył na nowo ten, co był nieżywy...

XLIII.
Bo oto naraz, jakby od zachodu —
Od brzegów morskich, w sierpniową spiekotę
Spłynęły z wiatrem nikłe pyłki lodu
I, niewidzialne dla oczu, ochotę
Wlały widoczną w żyły tych, co z głodu
I ze zmęczenia upadli, robotę
Pozostawiwszy w pół niedokończoną,
Świeży prąd życia przebiegł jego łono...

XLIV.
Wśród jego pojęć, powikłanych, sprzecznych,
Tęczowa naraz zabłysła harmonia,
Spójnia, złożona z promieni przedwiecznych,
Którym jest obcą posępna agonia,
Spójnia, co węzłem sojuszów bezpiecznych
Łączy nas z bóstwem, nieśmiertelne błonia
Otwierająca dla tłumów śmiertelnych,
Słabych w szermierzy zmieniająca dzielnych.


XLV.
Pierwiastek dobra wzrósł w nim do rozmiarów,
Wypełniających całe jego wnętrze,
I swym ogromem i potęgą czarów
Przygniótł, oślepił, coraz to gorętsze
Sypiąc skry w koło, siłę zła, że w parów,
Z którego duszy zapędy najświętsze
Trudno już wiązać, stoczyła się, zgoła
Jak szatan, strącon oszczepem anioła.

XLVI.
Czystym się uczuł, bo obmyty chrzestem
Nadziei, wiary i wielkiej miłości;
Z dumą zawołał: Oto znowu jestem!
Oto duch boży znowu we mnie gości
I znów mnie wiedzie skrzydeł swych szelestem
W środek gotyckiej świątyni ludzkości,
Bym na ołtarzu jej pragnień, jej bojów,
Składał ofiarę z własnych trosk i znojów.

XLVII.
Apokalipsy świat przed jego okiem
Wnet się roztoczył, jasny, pełen cudów,
O jakich przedtem nie marzył, natłokiem
Szałów zgnębiony: łańcuch, skuty z trudów,
Zmienił się w wieniec i kołem szerokiem
Otoczył wszystkich; wśród najsłabszych ludów
Płynęła siły zbawiającej rzeka,
Co do potężnych czynów pcha człowieka.

XLVIII.
Z pieśnią na ustach — bo i ta, w młodzieńczej
Krasie, grobowej uszła z nim zatracie,
Wonna, jak kwiat ten, który lipy wieńczy,
Słodka, jak miód ten, co mieszka w tym kwiacie
Silna, jak napój, gdy ten miód rozcieńczy
Grzybek fermentu, — poszedł, w majestacie

Potężnej woli, głosić bez wytchnienia
Naukę czynu, hasło odrodzenia.

XLIX.
Szedł z apostoła bożego pokorą,
Lecz i z odwagą Pańskiego wysłańca,
Żadną nie wstrzyman przeciwieństw zaporą,
Jak Dant, w sam środek piekielnego tańca,
Szedł krzepić ciało, wzmacniać duszę chorą,
Rozpraszać zmroki blaskami kagańca,
Szedł pośród cierni, lodów, wrogiej zgrai,
A z nim szła razem wierna Ellenai.

L.
Tak! Ellenai!... Argument rozumu
Żaden nie starczy, by przyczyny zbadać,
Dlaczego człowiek, który pośród tłumu
Stworzeń, królewskiem umie berłem władać,
Nieraz zależny jest od tego szumu
Wiatru, co powiał, Bóg wie skąd, że lada-ć,
Pyłek na drodze, lotny i bez treści,
Cały los jego w swojem łonie mieści.

LI.
Na śmierć był skazan... Szafot już gotowy
Piął się ku niebu, ze skazańca sznurem
Kroczył ku niemu, nie podnosząc głowy,
Albowiem stał się apatyi marmurem...
A oto jemu, co rzucał wężowy
Jad na kobietę w zuchwalstwie ponurem,
Szaman — przypadek w ostatniej godzinie
Świętą w kobiecie przywiódł wybawczynię.

LII.
A była żywą inkarnacyą Ciszy,
Co w jeden środek skupia władze ducha;
Uosobieniem Miłości, co słyszy
Jęk najtajniejszy w wnętrzach ludzi; głucha

Na rozszalały prąd świata, haszyszy
Jego nie żądna; cnej Pokory druha,
Wylaniem serca była, Poświęceniem
I dni, co idą, jasnem Zrozumieniem.

LIII.
Nie wiedząc wcale, w którą stronę zdąża
Niby automat, nakręcony ręką
Losu, co ludzkie jestestwa okrąża,
Stając się dla nich radością lub męką,
Co im zdejmuje juki lub obciąża
Większym ciężarem, biegła nie z piosenką
K’niemu, lecz z smutkiem, nie po ziół kobiercu,
Lecz po krzemieniach, z tragedyą w sercu.

LIV.
Duch jej, jak jego, spragniony oparcia,
Sfer szukający swym sferom pokrewnych,
Był jak w przestworach luźny dźwięk, zamarcia
Blizki i wtedy dopiero wśród śpiewnych
Rozbrzmiewający melodyj, gdy z starcia
Bytów niebieskich, blaskami ulewnych —
Z źródła wspólnego — drugi dźwięk zrodzony
Z nim się połączył wśród gwiaździstej strony.

LV.
O Ellenai! Ellenai! ten drugi
Byt, co przez ciebie uniknął szafotu
I znowu wzniósł się na świetlane smugi,
By tam słonego nie oszczędzał potu
Dla wielkiej myśli, aby tam, gdzie pługi
Skrzętnych oraczy, mimo klątw, chichotu,
Prą w twardej glebie, nie był z nich ostatni,
Tak cię, jak pająk, nie puścił z swej matni.

LVI.
O Ellenai! uczuł on, że w wielkiej
Duchów wędrówce, ongi, przed wiekami,

Nim pył w chaosie ziemią, a kropelki
Nikłe morskiemi stały się falami,
Duch dobra, dan mu z woli Rodzicielki,
Z rąk Praharmonii, władnącej bytami,
Lwią część swą zgubił, aby żyć, jak w grobie,
Pokąd jej dzisiaj nie odnalazł — w tobie!...



Grafika na koniec utworu.jpg

Przypisy

  1. Chusta św. Weroniki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.