Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co, jak miecz z stali ukuty,
Umiały przelać krew dumnego wroga,
Miałbym zapomnieć — na Boga!
Iże ból własny to nie żaden ból?
Czyż wszczęta w wnętrzu miłosna pożoga
Ma być, jak król,
Co moc nad światem dzierży niepodzielną?
O nie! o nie! ja siłę przełamię piekielną!

Fryzy, zdobiące szczyty partenonów,
I akantowe kolumn kapitele
Jakież sprawiają wesele
Rannemu sercu! Nagi kształt Wenery,
Nawet Laokon, choć na widok skonów
Swych dzieci z bolu się ściele,
Niby to ziele,
Zdeptane nogą, czyż rozkoszy szczerej
Nie wzbudzą w piersi, rzuconej na żery
Sępów, posytnej szukających treści
W Prometejowej boleści?...
A te mądrości pożółkniałe księgi,
Gdzie wyraz swojej potęgi,
Która jest krewną bóstwu, zamknął człek?
Te papyrusy, gdzie gad miał swe lęgi
Przez wieków wiek,
Czyż, wydobyte dziś z zapomnień pleśni,
Nie wyrwą duszy z cierpień tych ponurej cieśni?

A te zagadnień bezdenne źródliska,
Ciemne, jak Stygu tajemnicze fale?!
Przebrzmiały wszystkie twe żale,
Gdyś raz się w wód tych zanurzył błękicie —
Taka z nich siła zapomnienia tryska!
Idź! spiesz się! gruntuj wytrwale:
Są tam opale,
Przy których ogniu rozpoznasz niezbicie
Bytów początek i koniec; czem życie