Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ci ostatni na ziemi nędzarze,
Gdy krwią nabiegną im twarze
W wysiłku z bolem, zwracają swój krok
Do brudnych tawern, gdzie z pijaństwem w parze
Rozpycha tłok
Naga Rozpusta, tańcząca kankana,
Karczemnych mgłą wyziewów, miast ambry, owiana.

Komuż dziękować, że moja istota
Ani do tamtych ni tych nie należy?
Jak ongi kanzonierzy,
Mógłbym się chełpić przed zdumionym tłumem,
Że wokół siebie rzucam garście złota,
Ale dziś fałsz tak się szerzy,
Że nikt nie wierzy,
Aby się z ludzkim godziło rozumem,
Zwać to metalem, co jest tylko szumem
Dźwięcznych akordów... Wszak prawda w tem całka,
Że ani chleba kawałka,
Ni łyżki strawy pieśń dzisiaj nie warta!
A jednak taka uparta
We mnie natura, że dumna jest stąd,
Iż moja dusza to poezyi karta!
Przebaczcie błąd,
Gdy z pod ogólnych karbów się wyłamię,
Szukając ulg nie w dole, lecz tam! w górnym chramie!

Z Jubalowego jestem pokolenia
I Tubalkain ma czciciela we mnie...
Minionych wieków ciemnie,
Pieśnią Miriamy drżące i Debory,
Rytmy Homera i safijskie pienia,
Co ongi dźwięczały we mnie,
Czyliż daremnie
Mają dziś przebrzmieć obok duszy chorej?
Czyż, zapatrzony w dawnych skaldów wzory,
Cały wsłuchany w bohaterskie nuty,