Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niechaj, jak dawni czynili śpiewacy,
Ujmę boleści rozkłębione tony
W kunsztowne zwrotki kanzony;
Niech dźwięki rytmu i rymu podźwięki,
Śród artystycznej związywane pracy
Nakształt barwistej korony,
Kroplą zroszonej
Cichej rozwagi, przytłumią te męki,
Co pod dotknięciem niewidzialnej ręki
Wiją się w sercu, jak w gnieździe te węże;
Niechaj się zmienią w oręże
I niech odpędzą Erynyj szeregi,
Które, obsiadłszy dziś brzegi
Źródła mej duszy, patrząc w jego toń,
W jego pochmurne, sfałdowane ściegi,
Śmieją się doń
Rykiem piekielnym, bo pomiędzy wały
Wrzącymi swoje krwawe oblicza ujrzały...

Wielcy tej ziemi, gdy żal im na karku
Siądzie i żądło zapuści, jak osa,
Umieją kupić Erosa,
Albo do Bacha po zbawczą iść radę...
I w tego życia haniebnym jarmarku,
Gdzie, przeklinając niebiosa,
Ta Nędza bosa
Kroplami potu zlewa lica blade,
Lukullusową sprawiają biesiadę,
Znalazłszy towar, co duszę uraczy,
Co ją wyzwoli z rozpaczy!...