Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pergaminowej suchotniczych bytów...
Ale jak człowiek, dotknięty zaniku
Straszną chorobą, nie przeczuwa końca,
Tak i świat wówczas, zdało się, nie wiedział,
Że duch zniszczenia, przyodziany w śnieżną
Płachtę zimową, zbliży się za chwilę
Od stron północnych i mroźny swój oddech,
W lód ścinający niebieskie jeziora,
Srebrzyste rzeki i stawy, ujęte
W ramiona grobli, usypanych z piasku
Glinkowatego, rozleje na drzewa,
Na traw kobierce i kwiatów korony...
I jam nie wiedział, że szczęście, którego
Pierwsze promienie zajaśniały dla mnie
W oczach błękitnych, gdyśmy razem, pomnisz,
Na owej ławce usiedli, w jaworów
Ciemnej alei — ach! i jam nie przeczuł,
Że miało zgasnąć tak prędko, że miało
Bezbronną stać się ofiarą nieczystych
Sił, czyhających na wesele człeka...
Miałem ze sobą wtedy księgę świętą,
Hymn Salomona, w którym już niejeden
Dzień kąpaliśmy wyobraźnię naszą...
I wśród uroków jesiennej przyrody
Jąłem ponownie czytać ci ustępy
Psalmu miłości, którą, jak powiada,
Scholastyk boży, pała Jezus Chrystus
Ku Kościołowi, swej Oblubienicy...
I ty mi rzekłaś: »O słuchaj! na zawsze
Zostanę twoją i służyć ci będę,
Jako Sulamit swojemu wybrańcy.
Z duszą otwartą, jak ów kielich lilii,
Chodziłam dotąd po ziemskim ogrodzie,
Szukając rosy ożywczej, lecz nigdzie
Niepokalanej nie dostrzegłam kropli.
Stałam, by jabłoń rozkwitła na słońcu
I plon niosąca, lecz dotąd nie było