Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O jak łagodny żar
Spływał z jesiennych nieb
Na ziemię, rodzicielkę owoców soczystych;
Jak ten lazurów sklep,
Co się o brzeg jej wsparł,
Tysiącem blasków drżał
Przepromienistych,
A wonnych, jak żywica, którą w sosny wlał
W rosach kroplistych
Skąpany Anioł przyrody...

Szumiał jaworów liść,
Ptak jeszcze w krzewach grał,
Schylonych nad obliczem rozszeptanej wody;
Ku słońcu uśmiech słał,
W czerwoną strojny kiść,
Rozkwitłych aster wian:
Pełen pogody,
Jakby nie miały zadać mu już ran
Zimowe lody,
Wszystek świat tonął w rozkoszy...

A przecież blask ten i ta woń rzeźwiąca
Były ostatniem świadectwem żywota...
Za chwilę klombów szmaragdowa zieleń
Miała się zmienić w czerwieniastą żółtość,
Nakształt rumieńców, płonących na twarzy