Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XLV.
A gdym jej wspomniał, że nawet śród tłumów
Myśl o dniu nowym swe odblaski ciska,
Że szumi nakształt nieuchwytnych szumów
Drzew, co wyrosły nad brzegiem urwiska;
Że matka moja, ta kobieta z gminu,
Nieraz mnie, dziecku, szeptała, jak blizka
Jest już godzina potężnego czynu,
Co zmieni świat — godzina szczęścia i wawrzynu;

XLVI.
Jak się ruszają gdzieś uczeni ludzie,
Jak nawet ojciec, który był tragikiem
I filozofem i wszelkiej obłudzie
Wytaczał walkę, o wszystkiem językiem
Prawił natchnionym, że przyjdzie niebawem
Dzień, gdzie nikt ostrem nie zrani przytykiem
Matki za — miłość; i że wszystkiem prawem
Dla świata będzie serce, choć dziś tak jest krwawem:

XLVII.
Gdym jej to wspomniał, wnet szepnęła ku mnie,
Że pragnie matce ucałować ręce;
A na me słowa, jako matka w trumnie
Legła już dawno po przebytej męce,
Z ócz jej, widziałem, czysta łza pociekła
I usta zmilkły, jakby niemowlęce —
O ja wam mówię, gdyby tylko rzekła,
W tej chwili byłbym za nią poszedł i do piekła!

XLVIII.
I ona za mną — tak! I ona, wierzcie,
Byłaby za mną poszła do ciemności
Hadu... I poszła!... poszła! Ha! rozgrzeszcie
Wy ją z tej winy, co wśród naszych kości,
Rozgrzanych ogniem pożądań, od razu
Rodzi się w pełnym rynsztunku, z miłości