Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stroją się w koron mnogobarwne czary
Ręką miłości, co wian u ich czoła
Tchem swym spłodziła i na nowych przyjście
Koron wciąż nowy rzuca blask dokoła;
Że zapłodnione przez nią kłosów kiście
Wydadzą jutro ziarno, sypiące rzęsiście;

XLII.
Że dla kobiety najwznioślejszą chwałą,
Którą nam surmą jerychońską głosić
I wielbić hymnem chaldejskim przystało,
Jest: zostać matką, w łonie swojem nosić
Przyszłych pokoleń żyjące ogniwa;
I że tem chryzmem, którem trzeba zrosić
Zawiązki bytów, winna być ta żywa
Krynica, co nie z ustaw, lecz z uczuć wypływa;

XLIII.
Gdy moje słowa mieszały się z echem
Boru ciemnego; gdy majestatycznie
On mi wtórował i świeżym oddechem,
Wonią żywicy, sypał ustawicznie,
Niby kadzidłem, na cześć Wszechmacierzy,
Co śród swych płodów, rozsianych przelicznie
Po łanach świata, (świat u stóp jej leży)
Królowej samowładnej złote berło dzierży:

XLIV.
Wówczas śród drogi moja Beatrycze
Nieraz stawała i, jako lilie,
Niebieskie oczy topiąc w me oblicze,
Swą ręką białą objęła mą szyję
I na me usta, drżące od tej świętej
Skry, co się w głębi naszej duszy kryje,
Kładła całunek — niemy, niepojęty
W rozkoszy swej, z uczucia serdecznego wszczęty.