Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz nie nam, ze krwi i kości stworzeniom;
Że trzeba inne zaświecić pochodnie —
Niech przy ich blasku ludzie się nie lenią,
Poznawać, że są ludźmi, miłość z prawdą żenią...

XXXVIII.
Onego czasu helleńscy mędrcowie
Tę prawdę duchem pochwycili szczytnym:
Z wód nieskalanych, rumiana, jak zdrowie,
Z wzrokiem, jak niebo wiosenne, błękitnym,
Rodzi się naga, czysta Afrodyta,
Symbol miłości, który był uchwytnym
Dla ludzkich źrenic, bogini, spowita
W ludzkiego urok ciała; jako kwiat — kobiéta!

XXXIX.
I pokąd Venus dzierżyła swe berło,
Naokół bioder nieodziana szmatem,
Póty i miłość równała się z perłą,
Jak tonie czystą; w jej źródle, bogatem
W promień niebiański, nie znalazłeś brudu:
Zbrodnia rozpusty owładnęła światem
Z chwilą, gdy zastęp śmiertelnego ludu
W Izydy tajemnicach począł szukać cudu.

XL.
Tak! tak! pamiętam; gdym jej mówił o tem
Na naszych długich przechadzkach, śród woni
Lipin rozkwitłych i pod słońca złotem;
Śród łąk, gdzie owad w rozkosznej pogoni
Wzlatywał z kwiatka na kwiatek; śród kłosów
Żyta, na pulchnej szumiącego błoni;
Śród dźwięków pieśni, pod sklepem niebiosów,
Rozbrzmiałych słodką nutą przetysiącznych głosów;

XLI.
Gdym jej tłumaczył, że te drzew konary
Ze pniem się wiążą przez miłość; że zioła