Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Głębin tych w sobie nie skrywała zdradnie,
Gdzie potwór samolubstwa niepodzielnie władnie.

XXXIV.
Nie! W moje sieci wikłał ją ten boży
Duch, co przenikał wówczas moje serce:
Owo proroctwo o złocistej zorzy,
Mającej spłynąć na ziemi kobierce,
Bujnie rozkwitłej pod mej myśli wiewem;
Skra moich oczu znajdowała w skierce
Jej ócz swą siostrę... Byłem dla niej drzewem
Z legendy, gdzie liść każdy drży czarownym śpiewem.

XXXV.
Drżała naprzemian, naprzemian rumieńce
Twarz jej zlewały, gdym jej myśl roztoczył,
Jako się ludzie przemienili w jeńce
Nizkiej obłudy, odkąd krok ich zboczył
Z dróg, które bytom nakreśla Przyroda;
I że się przez to kres szczęścia odroczył,
Że szczęście ludziom rękę wówczas poda,
Gdy staną się w swych czynach przejrzyści, jak woda.

XXXVI.
Że to nastąpi, gdy ród ludzki wszystek,
Idąc za głosem Natury, precz rzuci
Ze siebie sztucznie przykrojony listek.
Bo nie to w człeku chęć nieczystą cuci,
Co jest otwarte, ale to, co gaza
Zdradna osłania, płodzi rój złych chuci;
Że grzech stąd płynie i wszelaka zmaza,
Szerząca się po świecie, jak trądu zaraza.

XXXVII.
Że taką gazą jest mądrość człowieka.
Gdy nagą miłość stawia między zbrodnie
I kształt ludzkiego uczucia obleka
W płat, z którym może aniołom wygodnie,