Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pragnie swe kroki... Wszyscy wokół ludzie
Nie poprzestaną jej żywota kłócić
Głośno lub cicho, hołdując obłudzie,
Tem słowem, co w ulicznym zrodziło się brudzie.

LIII.
»I świat ma słuszność, gdyż w powszechnym głosie
Drży echo boże... Tak ją nauczono
Wierzyć i w martwym upadną pokosie
Ci, którym inna myśl wypełni łono...
Tak! dawną wiarę, ongi przez me słowo,
Przez moje zdradne pokusy stłumioną,
Dziś wstyd w jej wnętrzu rozbudził na nowo,
Zapóźno, aby tego nie opłacić głową...

LIV.
»Nie ma ratunku!... Świat ma swoje śluby,
Które Bóg nadał, aby z pierworodnej
Oczyścić winy — miłość i od zguby
Uchronić człeka; Szatan, jak zwierz głodny,
Krąży, by zepchnąć go w przepaść bezprawia...
Ślub nie ma władzy po czynie, a zgodny
Głos ludu między publiczne nas stawia:
Choć pójdziem do ołtarza, dawny wstyd się wznawia...«

LV.
Tak więc, widzicie, od razu straciła
Moja Beatryks poczucie zadania,
Od razu nizka owładła nią siła,
Co na wyżyny ludziom wejść zabrania,
Na te wyżyny, z których człowiek wzgardę
Rzuca na przesąd i, chcąc panowania
Światła, ku niebu wznosi czoło twarde,
By chmury niem rozedrzeć, swą ciemnością harde...

LVI.
A ja?... Przenigdy nie zapomnę chwili,
W której się grzech mój narodził śmiertelny —