Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hartu męskiego, albowiem w uściskach
Twojej miłości, zdradliwa Dalilo!
Znikały zwolna wszystkie jego ślady —
Na łzy, na prośby ty zawsze jedyną
Miałaś odpowiedź: »Takie we wszechświecie
Władną prawidła, że to, co urosło
Z ciała, dla ciała wojować powinno!
Patrz, aby ludzie, żyjący na ziemi,
Coraz to większy zdobywali skarbiec
Ziemskiego szczęścia...« I znowu wznosiłem
Głowę i znowu walczyłem w twe imię...
Lecz nieprzyjazne twym hasłom demony,
Mające we mnie dawne swe gnieździska,
Z coraz to większą rozpierały mocą
Głąb mojej duszy... Nie mogąc już dłużej
Znieść gigantycznej rozterki, złamany
I zrozpaczony, rzuciłem ci w oczy
Wyrzut, na który dziś jeszcze truchleję...
Nic nie odrzekłaś, raz tylko przy dźwiękach
Fortepianu usłyszałem słowa
Z ust twych płynące, które mi na zawsze
Zostały w uszach, słowa Violetty:
»Szczęścia i bolu wnet mijają chwile...
Niedługo spocznę na wieki w mogile,
Nikt na mym grobie nie postawi krzyża,
Nie wzrośnie nad nim żadna lilia świéża,
Ze swej opieki nie puszczaj mnie, Panie!
Miej nad skruszonem sercem zlitowanie...«
»Kłamiesz!« krzyknąłem, wpadłszy do pokoju,
»Pełna obłudy jesteś, tak jak jadu
Pełen jest blekot, który, patrzaj! rośnie
Pod twojem oknem... Zniszczyłaś na wieki
Duszę człowieka, co dziś gardzi tobą,
I dziś ponownie chcesz go w swoje sidła
Uwikłać sztuką nędznych sentymentów...«
I znowu byłaś milczącą, jak przedtem...
Podniosłaś tylko głowę, a z źrenicy