Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie potrafiły na spokoju łoże
Rzucić szalonej demonów potęgi,
Ormuzdowego nie miały zaklęcia,
By w pył rozproszyć wrogie przedsięwzięcia.

VIII.
Daną mu była przez łaskawe bogi
Zdolność, nad wszystkie ponętniejsza skarby,
Że mógł żywota nagie, ostre głogi
Przemieniać w róże Poezyi i farby
Zlewać cudnemi pył ten, co się nogi
Naszej uczepia; umiał wtłaczać w karby
Kunsztownych zwrotek, pełnych wzniosłej treści,
Nadmiar szarpiącej mu duszę boleści.

IX.
Więc też i teraz, gdy mu wnętrze toczy
Walka pierwiastków, złożonych w naturze
Wszystkiego człeka, jął błagalne oczy,
Jak zwierz, prowadzon na rzeźniczym sznurze,
Zwracać w tę stronę, gdzie pośród przezroczy
Stref wymarzonych, w królewskiej purpurze,
Jako latarnia wśród morskiej przystani,
Świeci ta wielka, ta królewska Pani.

X.
Ale, o! zgrozo! w źrenicach Królowej
Przygasł ten promień, co ongi wykrzesza —
Bywało — żar mu ze serca; lodowy
Smętek, jakiego nie zaznała rzesza
Chodzących dołem, zwarł jej usta; z głowy,
Zamiast warkoczy, tłum się wężów zwiesza,
Złączon na szyi w skamieniałe guzy,
Jak u mitycznej, straszliwej Meduzy.

XI.
Błagał, zaklinał, wił się, jak gadzina,
U stóp jej martwej postaci — daremnie!