Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XV.
Lecz to nie były te cudowne zwrotki,
Duchem łagodnej harmonii przejęte,
Co goi rany; to nie zdrój był słodki,
Jasny i świeży, co zioła pomięte
Podnosi znowu ku niebu i wiotki
Krzak zmienia w dębu konary niezgięte
I ziarna z twardej wydobywa ziemi,
By się pokryła kłosy złocistemi.

XVI.
Nie! antytezą była pieśń ta nowa
Wszelakiej pełni i wszelkiego życia:
Zawiędła w rdzeni, zwątpieniem niezdrowa,
Tłumi nadzieję już u jej spowicia,
Wiarę tam spycha, gdzie przepaść grobowa,
A znak miłości, który od rozbicia
Ochrania wszechświat, w nienawiść przemienia,
Świeżych wciąż ofiar żądną i zniszczenia.

XVII.
Złudą i czczością zowie te uczucia
I te z uczucia zrodzone rozumy,
Które z sobkowskiej martwoty, z zepsucia
Gniazd pokalanych wyrywają tłumy,
By, mimo głazów, mimo cierniów kłucia,
Pędziły przed się, wsłuchane w poszumy
Prawdy, ukrytej w wszechświata atomach,
Stawiać gmach cnoty na występku złomach.

XVIII.
I w tych zbrodniczych rozpoznawszy zgrzytach
Echo swej duszy, przeklnie dawne bóstwo,
Że wieść go jęło nie po gwiezdnych szczytach,
Lecz po przepaściach, gdzie się gadów mnóstwo
Czołga obleśnych, co nigdy w błękitach
Głów nie skąpały, co swoje ubóstwo