Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I swą pełzliwość kryją przed obliczem
Niebios, słonecznym oświeconych zniczem.

XIX.
I znowu zmilknie, znów w bryłę kamienną
Zmieni się jego Królowa na skutek
Klnącej Rozpaczy... Samotny, w bezdenną
Zatopion boleść, pójdzie, jak wyrzutek,
Zdala od swoich milczeć, ducha w senną
Sieć upowijać; tylko czasem smutek,
Co wśród apatyi nagle się odzywa,
Na ludzką nędzę jęk mu wydobywa.

XX.
Na ludzką nędzę, nie tę, co łachmanem
Okrywa plecy od zimna czerwone,
Nie tę, co wrzeszczy: circenses et panem!
I pożądliwem patrzy okiem w stronę,
Gdzie przy biesiedzie tulą w sen, nad ranem,
Syci Lukulle głowy, uwieńczone
W pomięte róże, i nie tę, co z głodu
W krwi dla stóp nagich poszukuje brodu.

XXI.
Na ludzką nędzę, tę, co, w ziół rozkwicie
Wielbiąc barw tęczę, nie umie robaka
Dojrzeć, jak korzeń podgryza im skrycie
I szkarłat — króla zmienia w szmat — żebraka;
Na ludzką nędzę, tę, co w gładkiej płycie
Jasnych metali, lśniących niby jaka
Powierzchnia wody, rdzy nie widzi zębów,
Ani też próchna wśród komórek dębów.

XXII.
Na ludzką nędzę, tę, której się zdaje,
Że człowiekowi, gdy ulata myślą
Tam, ku niebiosom, w te ogniste kraje,
Gdzie gwiazd miliony swe orbity kreślą,