Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdzie słońce gaśnie i gdzie słońce wstaje,
Jakoweś siły spraw poznanie przyślą
I że się z jego połączy żywotem
Szczęście, w poznaniu lśniące prawdy złotem.

XXIII.
Czasem zaszydzi z tych, co chcą napoju
Zaczerpnąć z myśli krynicy głębokiej,
I tych, co, zawsze gotowi do boju,
Jako rycerze, zwracają swe kroki
Tam, gdzie czyn spłasza anioły spokoju;
I tych wyszydza, co, wiedząc, że zwłoki
Nie cierpią lata, jak motyle, skrzętnie
Z życia spijają miód w pospiesznem tętnie.

XXIV.
A potem mocą strasznej konsekwencyi
Do tego dojdzie myśli rezultatu,
Który ma w sobie trującej esencyi
Ilość dostatnią, by ludzkiemu światu
Stawić ideał gnuśnej impotencyi,
I że brat świadczy dobrodziejstwo bratu
Gdy niepewnemu ostrą poda brzytwę,
Potem sam życia zakończy gonitwę.

XXV.
Bo człek jest na to, by — umarł; że prosta
Rzecz to i zgoła dociekań nie warta:
Jakkolwiek ludzie, gdy ich życie chłosta,
Drżą, zamiast lekko puścić je do czarta!
Jakkolwiek Manfred, Faust, Juan, Akosta
I najzwyklejszy śmiertelnik (uparta
Taka w nas dusza) dziwnym chcą sposobem
Mieć z życia rozkosz, co nie trąci — grobem.

XXVI.
I sam też nieraz w samotnych godzinach,
W których izdebkę zamieniał na celę,