Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXX.
Czasami maskę przybiera bajazza,
Śmieje się, ciało w dziwne łamie skręty,
Jakby mu żadna nie tknęła zaraza
Duszy nieszczęsnej, jakby bój w nim wszczęty
Oddał zwycięstwo w ręce Oromaza,
Symbolu światła, lub jakby go w pięty
Kastratów podłe łaskotało plemię
Wśród lepkich hurys, w rozkosznym haremie.

XXXI.
Lecz przyjaciele oko mieli baczne,
Pozór spostrzegli w tem co on podawał
Za jasną prawdę; widzieli opaczne
Linie, przy których prostości obstawał,
I na godziny, wesołością znaczne,
Rzekli: to wielki post, a nie karnawał.
A jeśli gody, to szaleńca gody,
Co ma kałuże za kryniczne wody.

XXXII.
I nad tym bytem, co się w walce łamie,
Jako z liściwia odarta łodyga
Pod biczem wiatru; nad bytem, co znamię
Widocznych cierpień na swych barkach dźwiga,
A każdym ruchem, każdym rysem kłamie,
Zdjęta litością wiernych druhów liga,
Z słów mu życzliwych taką radę splecie:
»Niech się zakocha! Zbawienie w kobiecie...«

XXXIII.
Jakto, gdy urok wiedzy niezbadany,
Który Hypatyom wlewał zdroje męstwa,
Że te krwawiące z rąk wsteczników rany
Nie mogły odnieść nad nimi zwycięstwa,
A Galileom, zakutym w kajdany,
Wyrywał tryumf, a nie krzyk przekleństwa —