Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dołu czarnego, co cię w wnętrzu mieści,
Bujnem zarosły już zielskiem,
O ty symbolu bezcześci!
Ucieleśnienie upadku!
Wyrazie grzechu,
Coś przyszedł z ciałem anielskiem
Na świat, a miałeś w oddechu
Straszną zarazę dla świata!
Ty, kwiatku —
Ty, który, będąc pełen barwnej pychy
I wonne dla mnie rozwarłszy kielichy,
Strułeś na zawsze młode moje lata —
Albowiem jadem były twe haszysze:
Czemu w tę wieczną nie zapadł się ciszę,
W tę noc głęboką,
Razem z śmiertelną powłoką
I ten duch-robak, co stoczył tak wcześnie
Te twoje usta różowe,
Tak rozpalone, gdy we śnie
Anioły marzeń tuliły twą głowę
W swych ramion sploty;
Gdym ja, niebiańskiej zbywszy się tęsknoty,
Przed majestatem skażonej miłości
Klękał, całunek chłonąc za całunkiem
I, upojony tym nieszczęsnym trunkiem,
Na twojej piersi zasypiał przybiałej?!
Dlaczego duch ten pośród żywych gości —
Przy moim boku — i sprawia, że cały
Drżę i upadam i ginę
W tę prześladowań godzinę,
Kiedy on duszę mą szarpie
Jako piekielne te harpie?!...
Dlaczego, z grzechu poczęta,
Nademną jeszcze władnie twa potęga?
O bądź przeklęta!
Że jeszcze stamtąd ręka twoja sięga
Do mojej duszy, co jak kwiat jest zmięta,