Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LX.
I uwierzyłem w krwawy wyrzut matki,
Żem nie prorokiem, ale kusicielem;
Że jestem z gminu, a z gminu odpadki
Tylko wyjść mogą; że trującem zielem
My, dzieci gminu, wijem się, zepsuci
W jądrach serc naszych, sycący weselem
I szczęściem innych swe poziome chuci —
Że trujem, w swym oddechu, jak dżuma, zatruci.

LXI.
Że się wślizgnąłem chyłkiem do ich domu,
Jak pies skomlący z zimna, by za ciepło
I za kęs chleba zgotować im sromu
Straszną biesiadę, która krew zakrzepłą
Rozburzyć może, albo ściąć wzburzoną;
Że jej źrenica była wskroś oślepłą,
Gdy nie dostrzegła od razu, iż stroną
Odemnie czart nie chodzi, lecz wnikł w moje łono.

LXII.
Że w każdym dźwięku mego słowa drżało
Ohydne kłamstwo; kłamstwem wszystkie mary
O mej przyszłości, co się nigdy w ciało
Oblec nie mogła, bo warunki wiary
W nią były kłamstwem... W każdym moim ruchu
Fałsz się kołysał, a największej kary
Ten fałsz jest godzien w mych fałszów łańcuchu,
Przez który zamieszkałem w Beatryczy duchu...

LXIII.
Trzeba mnie było odegnać od progu,
Bo hańbą jest już dla dobrej rodziny,
Jeśli nędzarze, powstali z barłogu,
Wśród niej są gośćmi, płody ludzkiej winy,
Wytwory grzesznych pożądań... Cóż na to
Rzec, gdy je człowiek weźmie za swe syny!