Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Trzeba mieć duszę w bezczelność bogatą,
By znieść wyrzuty zacnych — ze czci swojej stratą!...«

LXIV.
Tak! ja wam mówię, byłem w takim stanie,
Że mi się zdało, jako gmach się wali,
Płonąc, nademną: tu pada wiązanie
Na grzbiet mój wątły, gniecie go i pali,
Tam gruz się sypie na głowę rozpiekły,
A tu w płomieni groźnej, ciężkiej fali
Wzrok utraciłem, tu już śmierć orzekły
Zarzewia, co mi w gardło gęstą lawą ściekły...

LXV.
I jąłem wierzyć w prawidła ascety,
Męża, co, żywot straciwszy na puszczy,
Przestał już ludzkiej doznawać podniety,
Jaką się kala ciało grzesznej tłuszczy —
Męża, co głosi, że miłość tak długo
(Świętych wam księga tę prawdę wyłuszczy)
Boskich promieni rozlewa się strugą,
Dopóki nie zostanie materyi sługą.

LXVI.
I ponurego mądrość filozofa,
Którą gardziłem, świadom celów życia,
Wiedząc, że człowiek to Dantejska strofa,
Mająca w sobie początek spowicia
Dalszych strof, naprzód płynących bez końca —
Owóż ta mądrość, co pragnie ubicia
Ludzkich pokoleń, zmieniła mnie w gońca
Swojego: tak! z jej wroga stał się jej obrońca...

LXVII.
I pod jej wpływem jęła, niby z ziarna
Demonicznego, myśl kiełkować we mnie,
Jak piekło wrząca i jak piekło czarna —
Myśl, którą słumić[1] pragnąłem daremnie:

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – stłumić.