Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XV.
Bo trzeba wiedzieć, że myśl to nie tylko
Jakaś abstrakcya, jakieś coś bez ciała,
I że się kończy na zawsze z tą chwilką,
Gdy jej w człowieku zbrodnia cios zadała.
Nie! ona żyje, jak homunkuł jaki,
Tu, w całem wnętrzu; tym rumieńcem pała,
Tem okiem świeci, kreśli szczytne znaki
Tą ręką, temi stopy wielkie mierzy szlaki.

XVI.
A kiedy człowiek zmieni w grób się dla niej,
Wówczas jej upiór, błądząc za kresami
Swych form dawniejszych, powraca z otchłani
Nieokreślonych światów, aby z nami
Czynić rachunek — mścicielem powraca,
Sumienie człeka krwią wyrzutów plami
I tak męczarnią morderstwo odpłaca
I tłum nieszczęsnych nowym nieszczęsnym wzbogaca.

XVII.
Co noc go widzę — zaledwie przymrużę
Zmęczone oczy... Łachman ma podarty
Na zgiętych plecach; w twarzy jamy duże,
Jak bramy piekieł, poprzez które czarty
Prowadzą duszę na wieczyste męki.
W jamach tych ogień, we dwa kłęby zwarty,
Wraz się w tysiączne rozpryskuje pęki
I rośnie w miarę tego, jak rosną me jęki...

XVIII.
Naprzód, do łóżka zbliżywszy się cicho,
Prawie na palcach, śmiechem mnie przywita,
Niemym, dwuznacznym, jak uliczne licho;
Tak mnie połechce, jak grzeszna kobieta;
Jak nałożnica po twarzy popieści,
Potem, ach! potem zębami zazgrzyta,