Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakie swym tworom naznacza Przyroda,
Aby utrzymać byt świata; z obawą,
By się nie zbrukać, tylko człowiek dłonie
Wznosi po owoc, który dolę krwawą
Zgotował jego praszczurom... W koronie
I źródle wszego życia żar nieczysty płonie...

XII.
Tak nauczają!... Tak jest! mówię szczerze...
A przecież ongi wierzyłem inaczej!
Gdym wzrok w Milońskiej zatapiał Wenerze,
Kiedy się dusza jej nagością raczy,
Myśl wtedy wielka zawitała w głowie,
Żar niecąc w sercu. I chciałem ślimaczy
Żywot przemienić w twardy bój i w mrowie
Tych ludzi hasło-m rzucił: »Bądźcie jak bogowie!«

XIII.
Tak! jak bogowie, nadzy w swojem czuciu
I w swem myśleniu... I gdy orle skrzydła
Rwały mnie w górę, wszelkiemu zepsuciu
Jąłem urągać... I w swoje prawidła
Świat ten ująłem — cały świat dokoła...
A co mnie w zdradne uwikłało sidła,
Żem dziś strącony? Miłość!... Że u czoła
Mam piętno strasznej hańby, winna miłość zgoła!...

XIV.
I tak upadłem... Widzicie, jak nizko!
Myśl wielka zmarła, a tylko co nocy
Wraca jej upiór na moje łożysko
I gniewem strzela, jak kulami z procy;
Na pierś się rzuca, palce, jak postronki,
Naokół szyi, z niesłychanej mocy
Dusząc, okręca; ubezwładnia członki,
Że są, jak z drzew odcięte, suche, martwe płonki...