Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gruz dawnych świątyń porzucić pod nogi
I dawnych wierzeń pochować w nim wątki;
Z uroku dawne poobdzierać bogi
I stanąć na ich grzbiecie, jak mąż złotorogi.

VIII.
I jako mąż ten, Mojżesz, ów wybraniec,
Inne ludowi chciałem dać ustawy,
Zakończyć grzeszny wokół cielców taniec,
Przekleństwa piorun rzuciwszy nań krwawy:
Zdrój chciałem żywy wydostać z opoki,
Mannę sprowadzić, ziemię zmienić w spławy
Mleka i w miodu soczyste potoki —
O tak! tak krąg tej myśli mojej był szeroki.

IX.
Od czegom pragnął — tak mnie się pytacie —
Rozpocząć wielkie odrodzenie bytu,
By zajaśniała ziemia w majestacie
Szczęścia dla wszystkich? by nie było zgrzytu
W symfonii życia?... Od jądra wszechrzeczy —
Tak! od miłości! od tego zachwytu
Wieszczów natchnionych! od tej słodkiej cieczy,
Co — mówią —, niby cudem, ludzkie rany leczy...

X.
Pragnąłem zedrzeć tę maskę obłudy,
W którą ascetów schorzałe pojęcia,
Lub moralistów kuglarskie prysiudy
Twarz niebiańskiego skrywają dziecięcia.
Tak! do widomej pragnąłem zasady,
Czystej, jak przedmiot, godny wniebowzięcia,
Podnieść pierwiastek bez śmiertelnej wady,
Pierwiastek, co wytwarza jestestw miryady.

XI.
Koń się nie skazi, ani pies, ni trzoda
Wieprzów, spełniając wszechpotężne prawo,