Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.
Nie! jej początek nie rodzi się w niebie,
Lecz ma swe gniazdo tu, w tem grzesznem ciele;
Cóż więc dziwnego, jeśli człeka grzebie
W przepaściach zbrodni?!... Naiwni minstrele,
Płaksy-rzezańce i mdlejące grona
Bezkrwistych dziewic w liliowe ziele
Wieńczą jej skronie dokoła, a ona
Od żarów wskroś występnych, choć skrytych, czerwona.

V.
Patrzcie! tak, patrzcie! co ze mnie zrobiła!
Cień tylko został z dawnego człowieka!
Jej demoniczna, bezlitosna siła,
Niby orkanem rozburzona rzeka,
Zerwała brzegi mej skalanej duszy;
Wina, odemnie tak przedtem daleka,
Dziś, jak zwierz dziki w niedostępnej głuszy,
We wnętrzu mojem ryczy, zrywa się i puszy...

VI.
Tak, precz odemnie myśl odbiegła wielka!
Co? śmiech wam z piersi wychodzi na usta?
Nie zawsze celem była mi butelka
I w gronie trutniów pijanych ta pusta
I poszarpana gawęda... Jam dawniej
Sądził, że dusza, jak biblijna chusta[1],
Na sobie wielką ową myśl ujawni,
Że stanę się jak ongi bohaterzy sławni...

VII.
Wiecie, co chciałem? Ni mniej ani więcej,
Jak tylko zmienić te świata porządki!
Mózg mi się palił od ognia goręcej,
Ażeby wszystko zdruzgotać na szczątki,

  1. Chusta św. Weroniki.