Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na rozszalały prąd świata, haszyszy
Jego nie żądna; cnej Pokory druha,
Wylaniem serca była, Poświęceniem
I dni, co idą, jasnem Zrozumieniem.

LIII.
Nie wiedząc wcale, w którą stronę zdąża
Niby automat, nakręcony ręką
Losu, co ludzkie jestestwa okrąża,
Stając się dla nich radością lub męką,
Co im zdejmuje juki lub obciąża
Większym ciężarem, biegła nie z piosenką
K’niemu, lecz z smutkiem, nie po ziół kobiercu,
Lecz po krzemieniach, z tragedyą w sercu.

LIV.
Duch jej, jak jego, spragniony oparcia,
Sfer szukający swym sferom pokrewnych,
Był jak w przestworach luźny dźwięk, zamarcia
Blizki i wtedy dopiero wśród śpiewnych
Rozbrzmiewający melodyj, gdy z starcia
Bytów niebieskich, blaskami ulewnych —
Z źródła wspólnego — drugi dźwięk zrodzony
Z nim się połączył wśród gwiaździstej strony.

LV.
O Ellenai! Ellenai! ten drugi
Byt, co przez ciebie uniknął szafotu
I znowu wzniósł się na świetlane smugi,
By tam słonego nie oszczędzał potu
Dla wielkiej myśli, aby tam, gdzie pługi
Skrzętnych oraczy, mimo klątw, chichotu,
Prą w twardej glebie, nie był z nich ostatni,
Tak cię, jak pająk, nie puścił z swej matni.

LVI.
O Ellenai! uczuł on, że w wielkiej
Duchów wędrówce, ongi, przed wiekami,