Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakkowiek wielka z niej »arystokratka«,
A tacy ludzie gardzą prostym gminem...
Prawda, co do niej to mawiała zawsze,
Że darzy wstrętu uczuciem jedynem
Chłopstwo, od gadu ziemnego plugawsze,
Dla innych juścić było jej oko łaskawsze...

XXVII.
A więc i dla mnie, bo — mówiąc ab ovo
Nie urodziłem się pod żadnym płotem,
W żadnych pokrzywach, pod bylicą płową,
Pośród łopianu... O nie! mnie łomotem
Jędrnych konarów nie głuszył wiatr dziki
Pierwszego płaczu, ani jarem złotem
Nie popieściły słoneczne promyki,
Ni muszki mi brzęczały, ni polne koniki...

XXVIII.
Tak sielankowy nie był mój początek...
Pałac, prawdziwy pałac w wielkiem mieście,
O białych murach i pełen dziesiątek
Świetlanych okien, przytułku niewieście,
Niby mej matce, udzielił... Co chcecie!
Zawsze jest lepiej, niźli w drzew szeleście
I marnych trawek, wydać na świat dziecię
W szpitalnym, pośród pańskich wygód, gabinecie.

XXIX.
I byli wszyscy świadkami momentu,
W którym się na świat nowy prorok zjawił;
Siwy profesor, zziajany do szczętu,
»Fakt demonstrował«, szczęście błogosławił,
Że wszystko poszło niesłychanie gładko;
Rój młodych uczniów wzrok i uszy pławił,
Schylon badawczo nad proroka matką
I wsłuchan w słowa mistrza, »ciekawe, jak rzadko«.