Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszystkie te zbrodnie, które przyszłość spłodzi,
Ten grunt, podatny występkom i bolom
Przez to, żem, tonąc w miłosnej powodzi,
Nie zasiał na nich ziaren, z których szczęście wschodzi.

XXIII.
Bo ja wam mówię — słuchajcie! że człowiek
Jeden jedyny — tak się często dzieje —
Może od razu, niby drgnięciem powiek,
Swą wielką myślą przemienić koleje
Całego świata... We mnie myśl ta była
I już, już miałem otworzyć wierzeje
Nowego gmachu, gdy wtem zła mnie siła,
Jak piórko, od tych bramic jasnych odtrąciła.

XXIV.
Jak się to stało?... O nielitościwi!
Ostatnie byście wnętrzności wydarli...
Macie je, macie!... Człowiek tak się żywi
Ścierwem swych braci, jako zwierz... Zaparli
Pyszni się ludzie z wilkiem pokrewieństwa,
A są od niego krwawsi... Trutnie, karli!
Od najmniejszego najmniejsi maleństwa!
Człek wielki da wam dzieje swojego męczeństwa...

XXV.
Kiedym ją poznał, miała lat — ja nie wiem —
Może szesnaście, lub też osiemnaście —
Wiek, w którym dziewka staje się zarzewiem...
Przy innych była jak róża przy chwaście,
Albo piwonia śród traw gorejąca...
Cała — płomienne czyniła napaście
Na zmysły człeka, niecąc w nich bez końca
Rozkoszny żar, jak ogień lipcowego słońca...

XXVI.
Bywałem często w ich domu; jej matka
Nieraz mnie nawet zwała swoim synem,