Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pięknej wieczyście
I uśmiechniętej promieniem nadziei,
Lecz twarz nadaje ci lutą,
Gdzie zamiast wargi różowej, zroszonej
Wonnego miodu kropelką,
Lśni zimna i cuchnąca martwość żółtej kości!
A zamiast oczu, wabiących błękitem
Żródlisk najczystszych w życiodajne strony
Wieczności,
Dwie puste jamy,
Jak dwie piekielne bramy,
Szyderstwem, nakształt gadu, w ich cieniu ukrytem,
Od ciebie odstraszają — patrzaj! duszę wszelką,
O Śmierci, bolejących bytów zbawicielko!...

Ze sfer, gdzie myśli ludzkiej opadają skrzydła
Na widok zmian przedziwnych, gdy to, co dziś pada
Przeżyte do mogiły, jutro z brzaskiem zorzy,
Na mocy prawidła,
Którego rozum nie zbada,
Powstaje w nowych kształtach, młodością promiennych;
Ze sfer, gdzie żywot wieczny, ten pierwiastek boży,
Dany jest wszystkim bytom,
Począwszy od amfibij i ziół nizkopiennych,
Od nikłych infuzoryj, co wody kropelką
Pomiędzy sobą w częściach dzielą się tysiącznych,
A ukończywszy na człeku,
Który od wieku do wieku,
Śród trudów, z jego życiem nigdy nierozłącznych,
Z swych myśli i swych uczuć przędzie złotolitą
Tkań, przez eony ciemności szarpaną:
Ze sfer, gdzie jasne rano
Czeka po nocy zmroku
Walczącą duszę wszelką,
Spłyń ku mnie w światła potoku,
O Śmierci, bolejących bytów zbawicielko...