Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I rzekłem do niej: »Ludzie zbrodni służą!
Przyszedłem ciebie ratować od sromu,
Zniszczyć choć jeden występku zaczątek —
Tak! tak! występku!... Dotychczas nikomu
Grzech nasz nieznany... Masz! pij!... Oto wrzątek,
Co, paląc, wsiąknie w zbrodnię, w jej najskrytszy kątek.

LXXII.
Tak! kusicielem byłem... Tak! przyznaję:...
Ale czas jeszcze!« »A ty, słuchaj, pani! —
Rzekłem do matki — »zbrodnia pozostaje
Zbrodnią, choć człowiek ma święcenie dla niej
W swoich ustawach: małżeństwo, czy miłość
To jeden grzech jest!... Tak! co duszę rani
I co ją strąca na zbrodni pochyłość,
To ta łącząca ciała grzesznych żądz opiłość...«

LXXIII.
I potem naraz owładła mną cisza;
Jakaś ukryta chytrość truciciela,
Podstęp złodzieja, jakiś spryt hołysza
Opięły duszę moją nakształt ziela,
Co się owija wokół pniów... Błagałem
O przebaczenie, jako już wesela
Nie znajdę odtąd w mojem życiu całem —
A potem... że są środki... znak tajemny dałem...

LXXIV.
Lecz gdym z ócz matki, błyszczących niezdrowo,
Poznał, że nie trza było mojej rady,
Wówczas szał dziki porwał mnie na nowo.
Z krzykiem: »zbrodniarki! trucicielki! gady!«
Nóż pochwyciłem, aby ostrze jego
Utopić w łonie tych kobiet... Sąsiady
Na krzyk się zbiegli i mnie, szalonego,
Wynieśli... Ten, widzicie, ten był koniec złego...