Dzwonek świętej Jadwigi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Miarka
Tytuł Dzwonek świętej Jadwigi
Wydawca Karol Miarka
Data wydania 1910
Miejsce wyd. Mikołów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Dzwonek
świętej Jadwigi.

Obrazek z życia spółczesnego
w 3 aktach
przez
ś. p. Karola Miarkę.

Mikołów — Warszawa.
Nakładem Karola Miarki.
1910.





Osoby:
Jan Czarniecki.
Barbara, jego żona.
Kazimierz, ich syn, czeladnik ślusarski.
Anna, ich wychowanica.
Gałka, handlarz.
Stach, stary wolarz.
Lehman, fabrykant.
Wilhelmina, jego żona.
Hermina, ich córka.
Żebrak.







Akt I.
SCENA I.
(W domu Czarnieckiego na Gołębowicach).
(Barbara wydobywa z pudełka srebrną szpinkę: jej mąż przechodzi się wielkimi krokami po izbie).

Czarniecki. I pocóż wydobywasz twój klejnot? czy się stroisz na jaką uroczystość?
Barbara. Czyż zapomniałeś, że dziś nasz Kazimierz w świat daleki wychodzi?
Czarniecki. Wiem o tem, lecz nie pojmuję, dla czego srebrną szpinkę, którą szanujesz jak relikwie, właśnie dziś wydobywasz z ukrycia?
Barbara. Cóż oprócz ciebie, kochany mężu, posiadam na świecie droższego oprócz syna naszego i srebrnej szpinki. Syn jedynaczek, nadzieja i pociecha naszej starości, a srebrna szpinka droga pamiątka po pra-pradziadku moim, który bronił Częstochowy przeciw Szwedom i na pamiątkę od bohaterskiego przeora, księdza Kordeckiego, otrzymał tę srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.
Czarniecki. Wiem o tem, ale nie pojmuję, jaki związek między synem i szpinką.
Barbara. Sam mi często opowiadałeś, jak straszne zepsucie panuje w wielkich miastach, dlatego też lęka się serce macierzyńskie o dziecię, które w młodocianym wieku wysyłamy do Berlina, gdzie tak wiele niebezpieczeństw grozi jego cnocie i wierze.
Czarniecki. I mnie to bardzo obchodzi, lecz cóż robić? Gdybyśmy byli właścicielami wielkiego gospodarstwa, Kazio nie byłby się uczył ślusarstwa, ale oprócz chaty i małej zagrody nic nie posiadając, musimy zabezpieczyć jego los rzemiosłem: dlatego koniecznie potrzeba, aby wędrował w świat i w wielkich fabrykach szukał udoskonalenia w rzemiośle. Ufajmy w Bogu, że go zachowa od niebezpieczeństwa.
Barbara. Serce moje bardzo stroskane, wierzaj mi, że mi żal, żeśmy go dali wyuczyć rzemiosła: lepiej, żeby był został w wiosce i podług naszego zwyczaju chwalił Boga. „Cóż człowiekowi pomoże, chociażby zyskał cały świat, lecz przytem duszę utracił.“
Czarniecki. Z każdego stanu mamy świętych, rolników i rzemieślników, żołnierzy i królów; próżne są twoje obawy. Zresztą, najwięcej zależy od Kazia, jak sobie będzie postępował.
Barbara. I od łaski Bożej. Dlatego też dam dziecku jako pamiątkę moją srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, aby go Najświętsza Panna wspomagała i chroniła od złego. Wiesz kochany Janie, że szpince mojej przypisuję całe nasze szczęście. Gdym ją, będąc dziewczyną, zgubiła, ileż się napłakałam nad tą stratą: tyś mi ją znalazł i oddał. Była to pierwsza przyczyna naszego poznania się, naszej miłości, a później, dzięki Najświętszej Pannie, naszego szczęśliwego małżeństwa. Gdyś ciężko zachorował i wszyscy zwątpili o twojem życiu, zawiesiłam na szyi twej poświęconą szpinkę, a zaraz ci się polepszyło. Wiadomo ci, co matka moja, Boże świeć jej duszy, opowiadała o szpince, jak ją nasza rodzina od pra-pradziadów szanowała i strzegła, jak świętą relikwię, jak najdroższy skarb.
Czarniecki I ja szanuję świętą pamiątkę i dlatego obawiam się, abyś wraz ze szpinką nie wysłała z domu naszego szczęścia.
Barbara. Kazio jest całem szczęściem naszem, jeżeli on będzie szczęśliwym, to i my z nim; w przeciwnym razie, co uchowaj Boże... (Podczas ostatnich słów wchodzi Gałka, handlarz).
Gałka. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Czarniecki., Barbara (razem). Aż na wieki! Witamy Pana serdecznie!
Gałka. Dostałem list z Berlina z rozkazem, abym jak najśpieszniej dostarczył 40 wołów; dlatego jeszcze dziś udam się w podróż i proszę, abyście wszystko przygotowali, bo wieczorem o godzinie 7 wyjeżdżamy z wioski.
Barbara. Mój Boże, tak nagle mam stracić moje dziecię, które dopiero wczoraj powróciło z terminu! (płacze).
Gałka. Ej, moja sąsiadko, nie macie się czego smucić. Fabrykant, do którego zaprowadzę Kazimierza, jest poczciwym i bardzo szlachetnym panem; mówi dobrze po polsku, bo dawniej mieszkał w Poznaniu. Dziękujcie Bogu, że do tak zacnej fabryki dostanie się wasz syn i zaraz na pierwszy raz pobierać będzie 20 talarów miesięcznej płacy. Towarzysze pozazdroszczą mu takiego szczęścia.
Barbara. A czy fabrykant jest katolikiem?
Gałka. Ej, tego nie wiem; a zresztą tacy panowie nie troszczą się o wiarę!
Barbara. Tem gorzej, jeżeli przyjdzie Kazimierz do pana bez wszelkiej wiary.
Stach. (wchodząc powoli). Niech będzie... (siada na ławie).
Gałka. I pocóżeś przyszedł Stachu?
Stach. Ano, kiedy mnie przysłali...
Gałka. (niecierpliwie). Po co?
Stach. Ano, nie pojmuję, coście tacy nagli?
Gałka. (sam do siebie). A niechże cię gęś kopnie! (Głośno). I któż cię to przysłał?
Stach. Kto? ano, gospodyni.
Gałka. A cóż jej potrzeba?
Stach. Gospodyni? tej nic nie potrzeba.
Gałka. A po cóż cię przysłała?
Stach. Ano, po was.
Gałka. I czegoż mnie niecierpliwisz i nie powiadasz o co chodzi?
Stach. Ano chodzi o tego koślawego woła.
Gałka. I cóż woła?
Stach. Ano, ano, bezmała zdycha.
Gałka. A to nieszczęście! kosztował mnie 27 dukatów! a ty gapiu, czemuż mi zaraz nie powiedziałeś?
Stach. Ano, kiedyście się ciągle o co innego pytali.
Gałka. Oj z takim niedołęgą! Więc przygotujcie się na podróż; ja śpieszę do domu, może się da uratować. (Odchodzi śpiesznie).
Barbara. A wy, Stachu, pojedziecie także do Berlina?
Stach. Ano podobno.
Barbara. I znacie Berlin?
Stach. Jak własny dom! wszakże tam co tydzień odstawiam woły; ano!
Barbara. Pójdzie z wami nasz Kazimierz; to też dobrze, bo później będziecie nasze listy zabierać do niego.
Stach. Ano, jak napiszecie.
Barbara. Teraz potrzeba zawołać Kazia; niech się zbiera; Andzia mu musi pomódz. (Odchodzi).
Czarniecki. A ja pójdę do policyi po paszport (zbiera się do odejścia).
Stach. Anno. (ogląda się na wszystkie strony, potem sam do siebie). Niemasz Anneczki! ano to i ja pójdę (odchodzi).
Anna. (wchodzi). Boże mój, Boże mój, czy ja myślałam, że on tak prędko opuści nasz dom! Radowałam się, że pozostanie jeszcze kilka dni; on taki miły, taki grzeczny, jego opowiadania tak zajmujące, że prawdziwie szczęśliwą byłam w jego towarzystwie. (Stoi chwilkę w zamyśleniu, potem klasnąwszy w ręce z wesołą miną). Już wiem, co zrobię! pochowam niektóre rzeczy Kazia, będą szukać, nie znajdą. Gałka nie będzie chciał czekać i Kazio musi zostać. (Po chwilce namysłu smutno). Rodzice mogliby się bardzo rozgniewać... (z westchnieniem) niema rady! Zresztą coby na to sam pan Kazimierz powiedział, gdyby poznał. On szczęśliwy: wyuczył się rzemiosła, pójdzie do wielkiego miasta, będzie bogatym panem, a ja? biedna sierota! (zakrywa twarz rękoma, po chwili). Drogiej matki mojej nie zaznałam, bo mnie odumarła, kiedy ledwie parę miesięcy liczyłam: o najukochańszym ojcu już od ośmiu lat nic nie słychać. Oj pamiętam dobrze ostatni dzień naszego pożegnania. Dokoła otaczał nas straszny ogień, a w pośrodku uzbrojonej i wrzeszczącej zgrai wiązano w łańcuchy zbladłego ojca. W kilka dni później dzisiejsi moi rodzice zawieźli mnie gdzieś do dużego miasta. Tam w bramie jednego z największych domów, spostrzegłam między żołnierzami mego kochanego ojca. Wybladły, znękany, strumieniami mu łzy płynęły, gdy mnie zobaczył. Dość długo rozmawiał z Czarnieckimi, potem nachylił się ku mnie i pocałował w usta i czoło. Uścisnąć mnie nie mógł, bo mu tak strasznie ręce w tył skrępowali, że mu kajdany krew z za paznokci wyciskały. Wiem, że mówił jeszcze coś do mnie, ale już nie pamiętam co, bo bardzo wtedy płakałam. Starszy zakomenderował, żołnierze wsadzili ojca na wóz, a woźnica podciął konie. Próżno krzyczałam, próżno wyciągałam ręce za odjeżdżającym ojcem; odwrócił się tylko, skinął głową i znikł. Później opowiadano mi, że ojciec miał kilka wiosek w Królestwie Polskiem, że Moskale wszystko zrabowali, spalili i ojca zabrali (rozpaczliwie). Zabrali i nie oddali więcej. Przed trzema laty opowiadał nam nieszczęśliwy rodak, powracający z Syberyi, że na drodze do Syberyi, na wielkiej rzece Wołdze przy przeprawie lód się załamał, i że cała kompania wygnańców tam grób znalazła, a między nimi miał być i mój kochany ojciec (załamując ręce, wznosi oczy ku niebu): „O drogi ojcze, złączony przed tronem przedwiecznego Boga z matką najdroższą, proście o pomoc dla waszej sieroty!“
Kazimierz. (Wchodząc podczas ostatnich słów, zatrzymuje się chwilkę, przypatrując się modlącej się dziewczynie; potem zbliża się do niej): „I cóż to za przyczyna smutku pani?“
Anna (w zmieszaniu). Pan Kazimierz mnie podsłuchiwał?
Kazimierz. Dopiero co wszedłem i tylko ostatnie słyszałem słowa modlitwy o pomoc dla sieroty. Czyliż pani jest nieszczęśliwą? Zwierz mi się Anneczko, jeżeli będę mógł, pewnie ci pomogę.
Anna. Przypomniało mi się moje sieroctwo właśnie dziś, kiedy pan odjeżdżasz!...
Kazimierz. To cię mój odjazd martwi? doprawdy?
Anna. (łzawem okiem spogląda na niego).
Kazimierz. (biorąc jej rękę). Moja Anneczko, nie martw się, wszakże nie odjeżdżam na zawsze; za roczek lub dwa powrócę i przywiozę Anneczce najpiękniejszy upominek z Berlina.
Anna. Może w wielkiem mieście, wśród ustrojonych dam miejskich zapomni pan o ubogiej wieśniaczce.
Kazimierz. I o to Anneczko możesz mnie posądzać? nie znasz Kazimierza. (Podając jej fotografię). Oto, ile razy spojrzysz na mój obraz, przypomnij sobie, że Kazimierz nigdy o tobie nie zapomni. A cóż mi Anneczka da w zamian?
Anna. (smutno). Kiedy nie mam fotografii! lecz oto pierścionek poświęcony, pamiątka po nieznanej matce, więc najdroższą spuściznę oddaję panu.
Kazimierz. Dobra Anneczko, będę chował pierścień jako najdroższy skarb; będzie to klejnot, z którym się nigdy nie rozłączę.
Anna. (woła za sceną). Anneczko, Andziu! (wchodząc). Przygotowałaś wszystko do podróży Kazia?
Anna. (zbierając rzeczy). Zaraz będzie wszystko gotowe.
Barbara. I cóżeś dotąd robiła? bawisz tu przeszło godzinę; myślałam, że już wszystko gotowe, a ty dopiero zaczynasz?
Kazimierz. Niech się mameczka nie gniewa.
Barbara. Jakże się nie gniewać, kiedy Gałka za pół godziny odjeżdża, a wiesz przecie, że nie lubi czekać.
Kazimierz. W ostatniej chwili chciałbym mameczkę widzieć wesołą, więc wybacz!
Anna. (która tymczasem tłómoczek zawiązała). Już wszystko urządzone mameczko złota.
Barbara. Nie można się gniewać na tak dobre dziatki. (Przyciska oboje do siebie, a dzieci całują jej ręce). A teraz chodź Anneczko ze mną, bo trzeba przysposobić wieczerzę. (Odchodzą).
Kazimierz. (spoglądając za niemi). Dobra moja matko, jakże ci się kiedy odwdzięczę? (siadając na krześle). Odpocznę sobie jeszcze raz przed odjazdem i pożegnam się z domem, który był świadkiem moich lat dziecinnych. Żegnam was obrazy Świętych, przed któremi, klęcząc obok mojej nabożnej matki, każdodziennie uczyłem się chwalić Boga! żegnam cię miły kąciku, w którym na łonie ojca przepędzałem całe wieczory, przysłuchując się zajmującym opowiadaniom żywotów bohaterów Ojczyzny i Świętych: żegnam was drzewa, któreście mnie tak często obdarzały ulubionymi owocami, i chowałyście gniazda moich śpiewaków. (Wchodzą do izby ojciec, matka i Gałka).
Gałka. Zbieraj się Kazimierzu, bo konie na nas czekają, żeby nas kolei nie odjechała.
Czarniecki. Oto paszport, i spodziewam się, że nie splamisz imienia Czarnieckich. Trzymaj się mocno Wiary świętej, miej zawsze przed oczyma przykazanie Boże, a Anioł Rafael, który prowadził Tobiasza i ciebie szczęśliwie doprowadzi do rodziców, którzy codziennie będą się modlić o twoją pomyślność.
Barbara. Dziecię moje, matka twoja prosi cię tylko o jedno! Kiedy dziś w świecie rozmnaża się oziębłość względem Wiary, ty mój synu wypełniaj ściśle wszystkie obowiązki wiernego katolika; wszędzie i zawsze, czy na osobności, czy w towarzystwie, wyznawaj z radością, że jesteś synem naszego Kościoła św. (Słychać dzwon wieczorny na Anioł Pański).
Czarniecki. Dzwon nas wzywa, pozdrówmy Najświętszą Pannę. (Wszyscy się modlą).
Barbara. Długi może czas przeminie, zanim usłyszysz głos naszego dzwonu; lecz i w Berlinie mieszkają katolicy i chwalą Boga w naszych kościołach; i tam się codziennie odzywać będzie głos dzwonu rano, w południe i wieczór, przypominając ci, abyś w nabożnym „Zdrowaś“ szukał obrony przed niebezpieczeństwem świata. Dziecię! jeżeli kochasz matkę i chcesz zostać godnym twego ojca synem, przyrzecz mi, że każdodziennie ile razy wieczorny dzwon zabrzmi, po odprawionej modlitwie usiądziesz w zaciszu i w myślach przeniesiesz się do rodzinnego domu; że sobie przypomnisz nasze ostatnie napomnienia. I my w tym czasie o tobie mówić i myśleć będziemy, aby w jednej i tej samej chwili nasze myśli połączyć. Jeżeli mej prośby nigdy nie zapomnisz, możesz być pewnym opieki Najświętszej Maryi Panny, która nie dopuści twego upadku na ślizkiej drodze wielkiego świata. Na pamiątkę weźmij nasz klejnot, szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, której pomocy tak często doświadczaliśmy. Niech ci zawsze przypomina obowiązki twoje i twoich rodziców, którzy się spodziewają, że im będziesz podporą w późnej starości.
Kazimierz. (upadając do nóg rodziców). Matko, ojcze! bądźcie pewni, że nigdy nie zapomnę waszych przestróg. (Ściska kolana rodziców i odbiera błogosławieństwo, w milczeniu podaje rękę Annie, bierze tłomoczek, odchodzi. Zasłona spada).


Akt  II.
SCENA I.
(W domu Lehmana, fabrykanta w Berlinie).
(Lehman i Wilhelmina, jego żona).

Lehman. Dzięki Bogu, odkryliśmy złodziei, którzy oddawna maczali ręce w mojej kasie.
Wilhelmina. I jakżeście tego doszli?
Lehman. Wiesz, że od kilku tygodni niepojętym sposobem ginęły z kasy mniejsze lub większe sumy. Ponieważ przytem zamku nie naruszono, słusznie domyślaliśmy się, że to sprawka jednego z domowych. Wziąwszy każdego na osobność, wypytywałem się, kogoby o to posądzać można? Większość głosów padła na młodego Polaka.
Wilhelmina. On miałby być złodziejem? Chłopiec tak skromny?
Lehman. Zaraz się dowiesz, tylko posłuchaj. Gdym nareszcie przesłuchał i Kazimierza, odpowiedział mi: Podług mojego zdania, jeden z pańskich pisarzy okrada pana, a może też i wszyscy do spółki należą, bo ciągle budują, bawią się, szastają pieniędzmi, a na to przecież, choćby nawet trzy razy tyle pobierali pensyi, nigdyby im nie starczyło. „W jakiżby sposób dojść tego?“ zapytałem go, a on mi na to: Pozwól panie, że przez kilka nocy ukryty będę czatował. Zaraz na pierwszej straży udało mu się odkryć złodzieja. Dziś o drugiej w nocy zapukał do moich drzwi, donosząc mi, że mój kasyer wytrychami otworzył żelazne podwoje i potrójny zamek u żelaznej kasy, a zabrawszy nieco pieniędzy, pozamykał drzwi napowrót i cichuteńko się wymknął.
Wilhelmina. I nie przytrzymał go?
Lehman. Dobrze zrobił. Zawołaliśmy nocnej straży i niespodzianie złapaliśmy ich właśnie w tej chwili, kiedy się w domu u kasyera cała kompania moim groszem dzieliła.
Wilhelmina. Widzisz, że się nie zawiodłam na Kazimierzu. Ja umiem ludzi poznawać; dlatego nie uwierzyłam, żeby się on do tego posunął. Z oczu tego dziecki można wyczytać jego poczciwość; w każdem jego poruszaniu, w każdem słowie przebija się dobre wychowanie. Ta pogoda na jego twarzy świadczy o czystem sumieniu; złoczyńca tak nie wygląda.
Lehman. Pod każdym względem zasługuje na naszą wdzięczność, z której też będę chciał zaraz mu się wywiązać. Już mu powiedziałem, że pod jego zarząd oddam całą moją fabrykę i kontrolę nowych pisarzy, o których trzeba się będzie postarać.
Wilhelmina. A więc wszyscy kradli?
Lehman. Bez wyjątku.
Hermina. (wbiega do pokoju). Prawda to mój ojcze, że Kazimierz wykrył rabusiów twojej kasy?
Lehman. Tak, moje dziecię, i odtąd Kazimierz został dyrektorem całej fabryki.
Hermina. (całując ojca pieszczotliwie). O jaki to wspaniałomyślny mój drogi tatuś. Jabym radziła, żebyś go przyjął za wspólnika zamiast Dietricha, za którego rzetelność niczembym nie ręczyła.
Lehman. Pomału... pomału... moje dziecię; tak wielkich zasług nie zjednał sobie jeszcze. Zdaje mi się, że go dostatecznie wynagradzam, podwyższając mu pensyę do tysiąca talarów. Jeśli tak dalej będzie postępował, to tam i o tem później możemy pomówić... Teraz muszę śpieszyć na giełdę, bo trzeba się starać o nowych pisarzy. (Zabiera się do wyjścia).
Wilhelmina. I ja kazałam zaprządz, bo muszę jeszcze przed południem załatwić kilka sprawunków. (Do córki). A ty nie pojedziesz ze mną?
Hermina. (z cicha do matki). Wiesz moja mameczko, że imieniny ojczulka niedaleko, a ja jeszcze wiele mam pracy około poduszki, która ma być mu na wiązanie. (Lehman z żoną odchodzą).

SCENA II.

Hermina. (sama). Co za szczęśliwy dzionek, w nocy marzyłam o nim, a rano rozpaczałam, widząc przestrzeń, która biednego pracownika oddziela ode mnie, córki bogatego fabrykanta. Widocznie Opatrzność Boska to zrządziła, że przez odkrycie kradzieży mój oiciec poznał szlachetny charakter młodzieńca, którego od pierwszej chwili tak szczerze pokochałam. Jego wywyższenie na dyrektora wprowadzi go w towarzystwo wyższych stanów; a kochać dyrektora to przecież co innego jak prostego czeladnika... (smutno). Mój Boże!... marzę ciągle o nim, a któż mi zaręczy, że on odpowie uczuciom biednej Herminy. (Spojrzawszy w okno). Właśnie wychodzi z fabryki... zbliża się ku nam... a jak tu wejdzie, cóż mu powiedzieć? Gdyby to nie nasza skromność, wyznałabym mu wszystkie uczucia mojego serca, lecz tak, my biedne stworzenia musimy czekać... (słychać pukanie do drzwi) puka do drzwi! jakże go przywitam? usiądę, aby nie spostrzegł mojego niepokoju (siada). Czemuż nie wchodzi? Nie zaprosiłam, może odszedł... (woła) wolno, proszę! (bieży do drzwi, Kazimierz wchodzi).
Kazimierz. Przepraszam panią.
Hermina. Owszem, ja przepraszam, że zajęta haftowaniem nie słyszałam stukania.
Kazimierz. Przepraszam... może przeszkadzam... Szukam pana Lehmana.
Hermina. Ojciec co tylko wyszedł z domu za interesem... ale myślę, że wkrótce powróci. Proszę siadać.
Kazimierz. Nadejdę później.
Hermina. Pan zawsze tak zajęty, że nawet nie uwzględnia mojej prośby?
Kazimierz. Jeżeli pani pozwoli...
Hermina. Przy tej sposobności chcę panu podziękować za ocalenie naszego majątku.
Kazimierz. To było moim obowiązkiem, za który pan Lehman sowicie mie wynagrodził.
Hermina. Więc moja wdzięczność pana nic nie obchodzi?
Kazimierz. Owszem, bardzo ją cenię, ale nie wiem, czy na nią zasłużyłem.
Hermina. Bardzoś pan skromny, i zdaje się, że pragniesz, aby świat o tem nie wiedział.
Kazimierz. Przyznam się, że mnie świat niewiele obchodzi, a jeżeli pan Lehman ze mnie zadowolony, jestem zupełnie spokojny. Ścisłe wypełnianie powinności względem zwierzchnika swego uważam za rzecz obowiązującą, konieczną. Tak mnie nauczała moia matka, tak mawiał zawsze mój kochany ojciec. Te wpoili we mnie zasady, podług tych postępując, nie szukam u świata nagrody, a jeżeli ją zyskuję, uważam to za niezasłużone dobrodziejstwo.
Hermina. Jakie to piękne zasady... jakim one pana szlachetnem udarowały charakterem. Ufając w pańską zacność, prosiłabym pana o szczerą odpowiedź. Dla czego pan unikasz towarzystwa, i jak się zdaje, szukasz samotności?
Kazimierz. Charakter tutejszych towarzystw nie zgadza się z mojemi zasadami. W naszych stronach panują staropolskie obyczaje; miłość braterska wiąże rodaków, życzliwość zdobi każde towarzystwo, bezinteresowną przyjaźnią tchnie każde serce, a cnota gościnności nie zna granic. Zupełnie przeciwnym charakterem odznaczają się tutejsze towarzystwa. Pijaństwo trzyma górę; chciwość wiąże chwilową przyjażń; rozpusta jest godłem inteligencyi. a hazardowe gry najmilszą zabawą. Oj, u nas to zupełnie inaczej.
Hermina. To u was prawdziwy raj, za którym tęsknię, od pierwszej młodości. O gdybym całe moje życie mogła przepędzić między twymi rodakami.
Kazimierz. Wątpię, czyby się pan Lehman na to zgodził.
Hermina. A więc byłabym panu bardzo wdzięczną, żebyś pan zamiast ukrywać się w samotności, częściej nas odwiedzał i uprzyjemniał nam wieczory opowiadaniem o swojej ojczystej ziemi. Moi rodzice będa tem bardzo zadowoleni.
Kazimierz. Życzenia pani są dla mnie rozkazem.
Hermina. Pan zajmująco opowiadasz. Proszę, opisz mi bliżej życie waszego ludu, naprzykład charakter dziewcząt.
Kazimierz. Dziewoje nasze żyją skromnie i pobożnie w zaciszu rodzinnego domu, a unikając wrzawy wielkiego świata, nie tracą nigdy tych pięknych przymiotów, dodających każdej dziewczynie tyle czarującego uroku.
Hermina. Wierz mi pan, że i dla mnie nieznośnym jest ten gwar wielkiego miasta, i gdyby to tylko ode mnie zależało, całe życie przepędziłabym pod spokojnem wiejskiem niebem. Więc dusza moja sympatyzuje z uczuciami waszych dziewcząt; dlatego też możesz mnie pan śmiało uważać za swoją rodaczkę.
Kazimierz. Wdzięcznie przyjmuję tę ofiarę.
Hermina. Zgoda, ale sobie wypraszam, że podług waszego zwyczaju, będzie między nami panowała otwartość.
Kazimierz. Postaram się zasłużyć na zaufanie pani i będę wdzięczny za łaskawe względy, któremi mnie pani zaszczycać raczysz.
(Wilhelmina powraca; córka witając, całuje ją w rękę).
Hermina. Pan Kazimierz przyrzekł mi, że odtąd będzie częstszym u nas gościem i będzie nam opowiadał o swoim kraju i swoich ziomkach; a wiesz mamo, że zajmująco opowiada.
Wilhelmina. Bardzo nam będzie miło witać pana u siebie, tylko prosimy o częste odwiedziny. Dla zawiązania szczerej przyjaźni, zapraszam dziś na obiad.
(Kazimierz całując matkę w rękę, kłaniając się Herminie, wychodzi).
Hermina. Złota mameczko, co to za szlachetny człowiek, a jaki miły w towarzystwie... nikt z całej młodzieży berlińskiej nie wyrówna mu w jego zacnym charakterze.
Wilhelmina. Dziecię, nie zapominaj się, pamiętaj, że jesteś córką bogatego fabrykanta i pierwszego z królewskich liwerantów.
Hermina. Mamo, niewdzięcznaś! Zapominasz o jego zasługach.
Wilhelmina. Oho, co za wierna adwokatka. Za zasługi hojnie go ojciec wynagrodzi; wreszcie pamiętaj, że nam nierówny.
Hermina. Jeżeli cnoty stanowią wartość człowieka, to przecież nie jest gorszym od nas.
Wilhelmina. Nie lubię podobnej dysputy, i dlatego jeszcze raz cię napominam, abyś się z Kazimierzem obchodziła, jako z człowiekiem od nas zależnym, bo to ludzie na wszystko zwracają uwagę. (Odchodzi).



Akt  II. (Odsłona 2).
SCENA I.
(W pokoju Kazimierza słychać dzwon).

Kazimierz. (przeżegnawszy się). Witaj błoga chwilo, w której przenoszę się myślą do rodzinnego domu i obcuję z najdroższemi w świecie osobami. Właśnie dziś już pewnie odebrali list mój, zasiedli około stołu, Anna go czyta, a ojciec i mateczka z zajęciem słuchają. Sąsiedzi nie uwierzą, że Kazimierz Czarniecki, ubogi ślusarczyk, dosłużył się posady dyrektora fabryki i pobiera rocznie 1000 talarów pensyi. Czuję radość i szczęśliwość drogich rodziców, którzy w tej chwili klękają przed obrazem Najświętszej Panny dziękując Jej za moją pomyślność. Mój dobry Pan wyliczył mi dziś kwartalną płacę z góry 250 talarów, upominając, abym sobie sprawił piękny ubiór i urządził się wygodniej, jak na dyrektora przystoi. Jutro odwiedzę magazyny, aby zakupić nowy ubiór i ładne meble. (Zamyśla się chwilę). Ale czyż się nie można bez tego obejść?... wiem, co zrobię! poślę rodzicom 150 talarów, a reszta przecież wystarczy na konieczne potrzeby. Wszakże dotąd wyżywiłem się i przyodziałem, pobierając kwartalnie 50 talarów. Dzięki Ci Boże, żeś mi dał sposobność odwdzięczenia się drogim rodzicom!
Gałka. (wchodzi). Dobry wieczór panu dyrektorowi!
Kazimierz. A... witam pana Gałkę... cóżto, już wiecie o tem?...
Gałka. Wiem może jeszcze o większem szczęściu, które pana dyrektora czeka.
Kazimierz. Pewnie dobre nowiny z Gołębowic Drogi panie, powiadajcież prędzej, jak się powodzi rodzicom, Annie i całej wiosce?
Gałka. Stąd nic nowego nie przynoszę; rodzice zdrowi, a zresztą idzie wszystko starą koleją. Ponieważ odjeżdżałem nagle, więc ani pisać nie było czasu. Przybywszy do Berlina, dowiaduję się, że panu dyrektorowi służy niesłychane szczęście.
Kazimierz. Dzięki Bogu, otrzymałem posadę, o której nigdy nie marzyłem: rozważ sobie pan, „tysiąc talarów rocznej pensyi!!“
Gałka. To jeszcze nic naprzęciwko temu, co ja wiem.
Kazimierz. Ja nic nie wiem i nie chcę nic więcej.
Gałka. Lecz jak się zdarzy, to przecie pan dyrektor ine odepchnie od siebie, co?
Kazimierz. Nie rozumiem pana.
Gałka. Bo pan dyrektor jeszcze nic nie wie, na co się zanosi.
Kazimierz. Ciekawy jestem... na co się zanosi?
Gałka. Pan dyrektor przystojny kawaler, pensyi tysiąc talarów, z takiemi cnotami i przymiotami można szczęście zrobić; tysiąc bogatych dziewcząt rwać się będzie o pana.
Kazimierz. Mój panie, daj sobie spokój, co mi tam po tem.
Gałka. Trzeba żąć i grabić kiedy pora; kto czeka do jesieni, traci najlepsze ziarno; tak też z młodzieńcem. Młody kawaler to wędka, za którą się tysiące tych pięknych rybek ugania; stary, to jak zwiędły kwiatek, który każdy z pogardą odrzuca.
Kazimierz. Ej, powiedz mi pan lepiej co o Gołębowicach.
Gałka. Nie, ja muszę z panem dyrektorem pomówić o ważnym interesie, bo mam polecenie.
Kazimierz. Od kogo?
Gałka. To tylko pod sekretem mogę panu powiedzieć.
Kazimierz. Proszę siadaj pan. (Gałka przysuwa krzesło do Kazimierza).
Gałka. Jedna tu dziewczyna szaleje za tobą...
Kazimierz. (obojętnie). Ej, co tam w żarty się bawić.
Gałka. Ale to nie żarty! młoda, ładna, niezmiernie bogata; hrabiowie i baronowie ubiegają się o nią.
Kazimierz. (z szyderczym uśmiechem). A ja ani hrabia, ani baron.
Gałka. Ale szaleje za tobą; tyś w jej oczach więcej, jak tysiąc baronów.
Kazimierz. (figlarnie). I któraż to mnie uszczęśliwić pragnie?
Gałka. Oj, ślepa młodości! widzisz ją codziennie i nie poznajesz się na miłości, którą ja, obcy tu górnoślązak przy pierwszem spotkaniu się z dziewczyną odkryłem.
Kazimierz. Nie domyślam się, a tem mniej wierzę, bo w Berlinie nie znam nawet ładnej dziewczyny.
Gałka. Oj, znasz ją dobrze i widujesz się z nią codziennie.
Kazimierz. Nie rozumiem pana i dlatego proszę nie trapić mojej ciekawości.
Gałka. (pompatycznie). Hermina, córka pana Lehmana.
Kazimierz. Ha! ha! ha! to zabawne! kpij sobie pan z poczciwych ludzi.
Gałka. Ależ to szczera prawda.
Kazimierz. Jakżeś pan odkrył tę miłość?
Gałka. Czekając na pana dyrektora, usiadłem na schodach, aż nadeszła panna Hermina i dowiedziawszy się, kto i skąd jestem, zaprosiła mnie do ogrodu i tu się zdradziła.
Kazimierz. (poważnie). Zartuj pan ze mnie, ale nic z dziewczyny... przecież ona na szacunek zasługuje.
Gałka. A... tak bardzo ją szanujesz. Ej to dobry początek, bo z szacunku do miłości niedaleko.
Kazimierz. Sługa powinien szanować rodzinę chlebodawcy.
Gałka. I cóż to złego, jeżeli się córka chlebodawcy w tobie kocha?
Kazimierz. Ale powiedzże mi pan, na czem opierasz twoje zdanie?
Gałka. Wypytywała się najprzód o twoją rodzinę, a potem z uwielbieniem wychwalała cnoty i zasługi pana dyrektora.
Kazimierz. I cóż stąd?
Gałka. Oho... umiem ja poznawać kobiety! byłem po trzykroć wdowcem i znam się na miłości tak dobrze, jak na podolskich wołach, a może i lepiej! Skoro dziewczyna wychwala młodzieńca, jest to najpewniejszym znakiem, że w nim aż po uszy zakochana.
Kazimierz. Przypuściwszy że tak jest, byłoby to dla mnie nieszczęściem.
Gałka. Co mi to za nieszczęście, jeżeli młoda i ładna córka bogatego fabrykanta dostanie się panu dyrektorowi.
Kazimierz. Ojciec nigdyby nie zezwolił na to, i prędzejby mnie wydalił ze służby.
Gałka. Jak się córka uprze, to i ojciec zezwolić musi.
Kazimierz. Państwo Lehman są ewangelicy.
Gałka. Ej, i cóż to przeszkadza. Pierwsza moja żona była przechrzcianką, druga luterką, trzecia rusinką, a dopiero ostatnia rodzoną katoliczką, a zgadzaliśmy się.
Kazimierz. Chociażby rodzice moi dozwolili, czego nie można przypuszczać, ja jednak nigdy nie zawarłbym mieszanego małżeństwa.
Gałka. Jeżeli ci o to chodzi, to sobie ją nawróć. Zakochana dziewczyna da się do wszystkiego nakłonić.
Kazimierz. Ja tam o tem nie wiem i nie chcę łapać ryb przed siecią.
Gałka. Trudno tego wodzić — Kto sam nie chce chodzić.
Trzeba iść, bo tam moje woły jeszcze pod gołem niebem stoją. Rozważ sobie wszystko, panie dyrektorze, a jutro pomówimy więcej o tem. (Żegnają się, odchodzą). (Zasłona spada).


Akt  II. (Odsłona 3).
SCENA I.
(Sześć tygodni później).
(Lehman, Wilhelmina, żona jego i Gałka).

Wilhelmina. Jeżeli pan wiesz jaki ratunek, doradzaj, a szczodrze panu nagrodzimy; tyś ziomkiem Kazimierza, znasz jego rodzinę, a jak nam pański sługa Stach powiedział, jesteś zawołanym lekarzem i jużeś mnóstwo ludzi wyleczył.
Gałka. A przecież tu w Berlinie jest niemało profesorów i doktorów.
Wilhelmina. Ej, tutejsi lekarze nic nie rozumią; pamiętam, że kiedy na wsi zwichnęłam nogę, stary owczarz uleczył mnie zupełnie i to w krótkim czasie.
Gałka. Proszę... cóż to za rodzaj choroby?
Lehman. Lekarze nazywają ją chorobą serca.
Wilhelmina. Pozwól, że ja panu chorobę obszerniej opiszę. Nasza córka zaczęła słabnąć, cera zbladła, na miejsce dawnej wesołości nastąpiła jakaś tęsknota i smutek, bo często w ukryciu płakała; co najdziwniejsza, na nasze zapytania odpowiadała zawsze, że żadnego bólu nie czuje. Nareszcie przyłączyła sie febra nerwowa tak gwałtowna, że lekarze zaczęli o jej życiu wątpić.
Lehman. Na kilka dni przed jej ostatnią chorobą nagle bez wszelkiej przyczyny opuścił Kazimierz moją fabrykę i poszedł do fabryki Borsika za dozorcę.
Gałka. I nie oznajmił panu przyczyny.
Lehman. Napisał list do mnie, wyrażając najgłębszą wdzięczność za wszystkie dobrodziejstwa, oświadczając zarazem, że dla ważnych przyczyn, które zostaną tajemnicą, u mnie dłużej pozostać nie może. Żądałem piśmiennie i ustnie bliższego objaśnienia, lecz otrzymałem tylko tę odpowiedź, że go sumienie obowiązuje do tego kroku.
Wilhelmina. Rozważ sobie pan tak dziwaczne postępowanie: u nas jako dyrektor pobierał 1000 talarów pensyi, a u Borsika został za 400 dozorcą. Cóż pan na to?
Gałka. Proszę opowiedzieć mi dalszy ciąg choroby.
Wilhelmina. Ponieważ córka w febrze ciągle marzyła o Kazimierzu i nieustannie dziwną z nim prowadziła rozmowę, uznali lekarze za niezbędnie potrzebne, aby Kazimierza sprowadzić do siebie i pozwolić widzieć go chorej.
Lehman. Cieżki to dla mnie był krok; prosić chłopaka, który moją służbą pogardza, lecz cóż ojciec nie uczyni dla chorej jedynaczki?
Wilhelmina. Przyszedł Kazimierz i od tego czasu polepszyło się Herminie; odwiedza ją codziennie i widocznie powraca zdrowie. Oto właśnie dziś wyjeżdża Hermina z lekarzem po pierwszy raz na świeże powietrze.
Gałka. Więc wyzdrowiała.
Wilhelmina. Lekarze przepowiadają, że jej choroba nie łatwo do uleczenia, czemu wierzymy, ponieważ naprzemian raz się jej polepsza, to znów pogarsza.
Gałka. Jeżeli co doradzić mogę, to koniecznie muszę się z nią zobaczyć.
Lehman. (patrząc w okno). Proszę... oto właśnie odjeżdża. (Wszyscy biegna do okna).
Wilhelmina. Uważaj jak blada.
Lehman. (z przerażeniem). Dla Boga! cóż woźnica robi! (szybko otwiera okno). Wstrzymaj konie!
Wilhelmina. (równocześnie). Ratujcie dziecię moje! (omdlewa, Lehman w rozpaczy biega od okna do drzwi).
Gałka. Upamiętajcie się! konie zatrzymano.
Wilhelmina. (ocuca się). O Boże... moje dziecię!
Lehman. Uspokój się... wszystko dobrze... O zacny młodzieniec!... Patrz, Kazimierz rzucił się do koni i w największym pędzie zatrzymał je.
Gałka. To zuch! po ojcu wziął odwagę. I dla czegoż woźnica nie pomaga? konie się spinają... mogą go zabić!...
Wilhelmina. Panie lekarzu, pomagaj Kazimierzowi!
Lehman. Nieszczęście! Kazimierz pod końmi!
Gałka. Bieżmy sami na ratunek. (Wybiegają).

SCENA II.
(Gałka i Lehman wprowadzają poranionego Kazimierza i usadzają go na krześle).

Gałka. Oj żebym tu miał ze sobą balsam pustelnika, wyborne to lekarstwo na wszystkie podobne wypadki. Tymczasem dajcie octu.
Lehman. Octu, octu! (wybiega).
Gałka. Pokaż ranę (rozpina rękaw i okłada rękę). Dzięki Bogu, niezłamana, ciało poranione, ale żyły i kość nienaruszona.
Lehman. (przynosi ocet). No cóż, jakże tam? oto ocet.
(Wilhelmina i córka wbiegają; Hermina załamuje ręce).
Wilhelmina. Czy prawda, że Kazimierz bardzo potłuczony, że rękę złamał?
Gałka. Ej, niema tam wielkiego niebezpieczeństwa; młodemu to się prędko zgoi. Podajcie octu, może są jakie bandaże, przynajmniej chustka płócienna?
Hermina. Oto (podaje swoią chustkę).
Gałka. A... to szkoda, kawałek starego płótna.
Hermina. Proszę, panie Gałka, zawiążcie prędko.
Gałka. (macza w occie i zawięzuje rękę). Zanim ocet obeschnie, to się rana zagoi pod chustką takiej pieknej panienki.
Wilhelmina. (do córki). Dziecię, tyś taka zmęczona, idź do swojej stancyi, prędzej się uspokoisz.
Hermina. Mnie nic nie jest ale on taki blady, potrzebuje opieki.
Lehman. Bądź spokojna, my się nim będziemy opiekować.
Hermina. On dla mnie życie na niebezpieczeństwo wystawił, uznaję za świętą powinność pielęgnować jego rany dla mnie poniesione.
Lehman. Hermino!
Gałka. Dajcie spokój. Gdy ciężko chorowała. Kazimierz przyczynił się do jej wyzdrowienia, pozwólcie jej się odwdzięczyć.
Kazimierz. Rozczula mnie wasza troskliwość, nie jestem tak słaby, pozwólcie mi wracać do domu.
Hermina. To pan Kazimierz nie przyimuje mojej usługi?
Gałka. (ciągnie Lehmana i Wilhelminę na stronę, półgłosem). Nie sprzeciwiajcie się, niech go pielęgnuje; ja wam tymczasem odkryję przyczynę choroby waszej córki i podam jedyne lekarstwo, które ją uleczyć może.
Lehman. I cóż było przyczyną choroby?
Gałka. (tajemniczo). Córka wasza cierpi na sercową chorobę.
Wilhelmina. A wy znacie na to lekarstwo?
Gałka. Tylko Kazimierz tę chorobę uleczyć może, bo on jest jej przyczyną.
Lehman. Nie rozumiem pana.
Gałka. Córka wasza zakochała się w Kazimierzu, a ponieważ Kazimierz opuścił dom wasz i znikł jej z oczu, uważała go za straconego i to też było przyczyną jej choroby.
Wilhelmina. Ja to już dawno poznałam.
Lehman. A mnieś ani słówka o tem nie powiedziała?
Wilhelmina. Nie chciałam cię martwić, znając twój popędliwy charakter.
Lehman. W tak ważnej sprawie zamilczać przed ojcem, kiedy chodzi o życie dziecięcia?...
Wilhelmina. Czyżbyś ty zezwolił na taki związek?
Lehman. Nigdy!... O rękę mojej córki starają się hrabiowie, a ja miałbym ją wydać za prostego rzemieślnika.
Gałka. Więc ją wolicie wpędzić do grobu, aniżeli widzieć przy boku poczciwego młodzieńca? Choroba wam pokazała, że bez niego żyć nie może i przekonaliście się, że sam widok jego wyprowadził ją z choroby. Jeżeli ich rozłączycie, stratę jedynego dziecka będziecie mieć na sumieniu.
Lehman. O biedny ojciec, cóż ja pocznę. Moja droga wyprowadź Herminę, muszę z Kazimierzem cokolwiek sam nasam pomówić. (Matka wyprowadza córkę ze sobą, Kazimierz chce także odejść).
Lehman. Zostań chwilkę Kazimierzu, mam do ciebie ważny interes.
Kazimierz. Jeżeli mogę służyć?
Lehman. Chciałbym się wywiązać z wdzięczności, na którą sobie zasłużyłeś.
Kazimierz. Proszę pana...
Lehman. Nie przerywaj mi. Jeżeli względem mnie wielkie sobie zjednałeś zasługi przez odkrycie łotrów, którzyby mnie z czasem może byli zniszczyli, dzisiejsze wybawienie mojego dziecięcia z niebezpieczeństwa daje ci prawo do jeszcze większej wdzięczności. Powiedz otwarcie, czem chcesz być wynagrodzony. Żądaj śmiało, choćby połowę mojego majatku.
Gałka. (szepce mu do ucha). Wygrałeś, żądaj córki.
Kazimierz. Ale... za cóż mnie panie chcesz wynagradzać. Jeżeli byłem dziś tyle szczęśliwy zatrzymać konie, to toż samo uczyniłbym i dla każdego obcego, a tem więcej dla najłaskawszego dobrodzieja mojego.
Lehman. Któregoś bez najmniejszej przyczyny niedawno opuścił.
Kazimierz. Panie... wierzaj, że mnie do tego ważna przyczyna spowodowała, ale to zostanie tajemnicą.
Lehman. Ubolewam nad tem, lecz moje sumienie świadczy mi, żem ja do tego nie dał powodu.
Kazimierz. Broń Boże! nie mówię tego, może przyjdzie czas, w którem pan poznasz, żem go tylko z życzliwości opuścił.
Gałka. Jabym to panu wyjaśnił; mnie się zdaje, że pan Kazimierz uciekł przed panną Herminą.
Lehman. l jakże się to zgadza panie Gałko z doniesieniem twojem o przyczynie choroby.
Gałka. Kazimierz uczynił to z delikatności, lękając się podejrzenia.
Lehman. Panie Kazimierzu, prosi cię ojciec chorującego dziecięcia, żebrze twój najwierniejszy przyjaciel, powiedz mi szczerą prawdę: „Kochasz Herminę?“
Kazimierz. Zasłużyła na mój szacunek.
Lehman. Dalej nie sięga twoje przywiązanie?
Kazimierz. Panie... jestem prostym rzemieślnikiem, synem ubogiego pracownika; czyż miałbym być zuchwałym i mieszać spokój rodzinie zacnego pana?
Lehman. Więc nigdy nie mówiłeś z córką o miłości?
Kazimierz. Na honor, ani słówka.

(Wilhelmina wchodzi)

Lehman. Słuchaj żono, płonne są domysły pana Gałki. Poczciwy pan Kazimierz świadczy się honorem , że nie był przyczyną do niepokoju naszej Herminy.
Wilhelmina. (z cicha do męża). Lecz Hermina się przyznała.
Lehman. Proszę, zawołaj Herminę, a wy panowie bądźcie łaskawi na chwilkę ustąpić do pobocznego pokoju, aż z córką pomówię.

(Kazimierz i Gałka wychodzą do przybocznej stancyi, Wilhelmina idzie po córkę).

Lehman. Jak sobie tu postąpić? Hermina jeszcze słaba, nie można jej drażnić, a z drugiej strony, czyż ja, pierwszy fabrykant miasta i nadworny liwerant króla mam dać córkę ubogiem u rzemieślnikowi, do tego katolikowi?
Hermina. (wchodząc z matką). Wołaliście mnie ojczulku?
Lehman. Wiesz dziecię moje, jak ja cię kocham?
Hermina. Czy to nie świadczą o tem tysiączne dowody twojej miłości. Obsypujesz mnie nad miarę dobrodziejstwami, i nie miałam dotąd życzenia, któremubyś dobrowolnie zadosyć nie uczynił.
Lehman. (pieszcząc się z córką). A kiedy mnie kochasz, pewnie wypełnisz moją prośbę.
Hermina. Czyż ojciec może o tem wątpić?
Lehman. Wiesz o tem, że szczęście twoje jest mojem szczęściem, i że przedewszystkiem staram się o zapewnienie twojej przyszłości. W ostatnich dniach prosił mnie o twoją rękę fabrykant Wiebert.
Hermina. Ach, to człowiek nieznośny.
Lehman. A baron Bomsdorf? lub bankier Iglitz, to świetne partye!
Hermina. (smutnie). Ale nie dla mnie.
Lehman. Dziecię, zastanów się, podobne partye nie częso się zdarzają. Chcesz zostać starą panną?
Hermina. Ojcze, alboż to koniecznie muszę iść za mąż? mnie tu tak dobrze u ciebie.
Lehman. Córko, ja i matka starzejemy się i dla tego pragniemy przed śmiercią w poczciwym mężu dać ci opiekuna; a nadto: zabiegi i troski około fabryki za ciężkie już na mnie, i potrzeba młodego umysłu, któryby tem wszystkiem kierował.
Hermina. Jeżeliby się tatuś nie gniewał, udzieliłabym rady: oddaj fabrykę w zarząd Kazimierzowi, a ja tatusia pielęgnować będę i nigdy go nie opuszczę.
Lehman. Kiedy on nie chce.
Hermina. Uproszę go.
Lehman. Widzę, że Kazimierz ma w tobie troskliwą adwokatkę.
Hermina. Alboż to nie zasłużył na nasze względy i wdzięczność?
Lehman. Dziecię, obawiam się, bo twoja wdzięczność przechodzi granice. Czyliżby te pogłoski prawdziwe być miały, że między wami powstała miłość? Córko badź otwartą!
Lehman. Ojcze, on mi jeszcze nic o tem nie mówił.
Wilhelmina. Powiedz ojcu prawdę.

(Hermina rzuca się w objęcia ojca i milczy).

Wilhelmina. Ona go kocha.
Lehman. (odpychając córkę od siebie). Ona go kocha? poniża się tak dalece, że go kocha bez wzajemności! Córka moja kocha ubogiego rzemieślnika! Córko! cóż świat na to powie? u dworu królewskiego stracę wszelką łaskę, gdy się dowiedzą, że katolik... nie... to nigdy być nie może... na to nigdy nie zezwolę. Nieszczęśliwa godzina. która w mój dom wprowadziła chytrego Polaka!
Hermina. Ojcze, nie ubliżaj mu!
Wilhelmina. Uważaj mężu, że on jej nie oświadczył swojej miłości.
Lehman. Ale stawiał na jej serce sidła.
Hermina. Nigdy! Jeżeli to grzech kochać najpoczciwszego i najszlachetniejszego młodzieńca, który twój majątek ocalił i mnie z największego wyrwał niebezpieczeństwa, to karz mnie, niech twój gniew na mnie spadnie, a nie na niewinnego.
Lehman. Dziecię, przed tobą stoi ojciec, błaga i żebrze o wysłuchanie tej jednej prośby: zapomnij o nim, bo inaczej przed czasem wpędzisz mnie do grobu.
Hermina. (w rozpaczy). Boże, cóż mnie!
Lehman. Więc wcale nie zważasz na prośbę ojca?
Hermina. (słabym głosem). Wyrzekłam się go! (zemdlona upada na krzesło).
Wilhelmina. Dziecię, upamiętej się, Hermino! (do męża). Zadałeś jej sercu cios śmiertelny.
Hermina. (ocucając się). O mój Boże!
Lehman. Cóż pocznę nieszczęśliwy ojciec, (namyśla się). Niech świat mówi co chce, czyż mi córkę wskrzesi, lub uszczęśliwi. Córko, ojciec ci przynosi największą ofiarę. Pomówię z Kazimierzem, a jeżeli się przekonam, że jest dla ciebie wzajemnym, niech się stanie wola twoja.
Hermina. Dobry ojcze, nigdy nie pożałujesz tego zezwolenia.
Lehman. Zostawcie mnie samego. (Matka z córką odchodzą). Kazimierzu! pójdź do mnie, proszę i pana Gałki.

SCENA III.

Lehman. (do Gałki). Jestem w wielkim ambarasie. Hermina bez Kazimierza żyć nie chce, a Kazimierz zapewnia mnie na swój honor, że jej się nie oświadczył.
Gałka. Ej co tam po długich ceregielach, chodź Kazimierzu, spotkało cię wielkie szczęście: jeżeli pana Lehmana poprosisz, dostaniesz jego córkę i będziesz sobie panem całą gębą.
Kazimierz. (W największem podziwieniu spogląda to na Lehmana to na Gałkę).
Gałka. I cóż stoisz jak drewniany posąg?
Kazimierz. Jest to rzeczą nader ważną i wymaga dlugiego namysłu.
Gałka. Cóż się tu długo namyślać? dziewczyna jak malina, przytem bogata. Trzymaj szczęście, kiedy ci się samo ciśnie do ręki.
Kazimierz. Bez rodziców nie mogę uczynić tak ważnego kroku.
Gałka. Cóżby rodzice przeciwko temu mieć mogli? O zezwoIenie rodziców ja się postaram, a ty nie czekaj wieczora, lecz bierz kiedy pora.
Lehman. Okropne poniżenie dla ojca wpraszać się ze swem dziecięciem, kiedy hrabiowie starają się o jej rekę. Kazimierzu! czyż możesz żądać większego upokorzenia?
Gałka. (trącając Kazimierza). I cóż czekasz?
Kazimierz. Jeżeli się to zgadza z wolą rodziców, przyrzekam panu Lehmanowi, że całe życie swoje skieruję ku uszczęśliwieniu Herminy, aby się przez to odwdzięczyć tobie, szlachetny panie. Wyznaję ci szczerze, że od pierwszej chwili Hermina była jedyną, na którą moje oczy ciągle patrzeć chciały, do której serce moje przylgnęło i która cała moją duszę zajęła. Nie możesz przecież panie mieć tego za złe, żem musiał ukrywać swoje uczucia. Nie równo nas Bóg uposażył; jam biedny, ona bogata, to też ta różnica stała mi w myśli tą ogromną przestrzenią, która ukochaną przeze mnie Herminę zawsze ode mnie oddzielała. Pragnąłem ją widzieć, a unikałem jej widoku; pokochałem ją wprzód może jak ona mnie, a nie mogłem jej tego powiedzieć. Zanadto szanowałem twoją życzliwość, zacny panie, abym mógł czemkolwiek zamieszać spokój twojej rodziny. Dlatego też to opuściłem nawet twój dom, aby Hermina pozbawiona mego widoku, prędzej o mnie zapomniała. Bóg chciał inaczej. Dziś, dzięki ci panie, żeś dla naszego szczęścia tak wielka z siebie zrobił ofiarę. (całując go w rękę). Bądź przekonany, że Hermina, jeżeli mnie prawdziwie kocha, znajdzie szczęście w pożyciu ze mną. Otoczę ją najczulszą opieka, każda chwila słodko nam przeminie, za którą cię panie wspólnie błogosławić będziemy. Pozwól mi tylko panie, abym tego nie uczynił bez wiedzy rodziców moich.
Lehman. (ocierając łzę). Im dłużej z tobą jestem, tem lepiej poznaję twoją szlachetność, dobry młodzieńcze! Pisz co prędzej do twoich rodziców, niech przyjeżdżają, pragnę ich widzieć. Wieczne im błogosławieństwo za to, że w swoim synu takiego szlachetnego zięcia dla mnie wychowali! Przyprowadźmy Herminę, niech jej powtórzy to, co mnie powiedział.

(Lehman wychodzi).

Kazimierz. Biedna Hermina! ona pewnie myśli, że Kazimierz nie poznał jej uczuć, że jak zimny głaz nieczuły.
Gałka. Co za bieda, kiedy tak tęgiego dostaje chłopca. Od takiej biedy jeszcze żadna dziewczyna nie umarła. Ej znam ja się na kobietach! hę!
Lehman. (wchodząc z żoną i córką, oddaje jej rękę Kazimierzowi). Dzieci żyjcie szczęśliwie!
Hermina. Mój drogi ojcze! (rzuca się w jego objęcia, Kazimierz całuje rękę matki).
Lehman. Poznawszy szlachetność Kazimierza, nie dziwię się, że zdobył twoje serce. (Do Kazimierza). Chętnie oddaję ci mój skarb (podaje jej rękę Kazimierzowi, Kazimierz i Hermina rzucają się wspólnie w objęcia).
Hermina, Kazimierz (razem). Kazimierzu! Hermino!
Lehman. Kazimierzu! oddaję ci wszystko, co posiadam, córkę, jedyną pociechę moją i cały mój majątek, a tylko jeden stawiam warunek, który łatwo wypełnić możesz.
Kazimierz. Cóżbym tak dobremu ojcu mógł odmówić? Lehman. Wiesz, że od dwóch lat jestem nadwornym dostawcą, i że to dla mojej fabryki jest wielką korzyścią, której mi zazdroszczą wszyscy fabrykanci i szukają przyczyny, aby mi jakimkolwiek sposobem zaszkodzić. Ty jesteś katolikiem. Skoroby się świat dowiedział, że fabrykę oddałem zięciowi katolickiej wiary, to mogłoby się przyczynić do wielkiego uszczerbku.
Kazimierz. Spodziewam się więcej sprawiedliwości od naszego króla. Katolicka rodzina ksiąrząt Radziwiłłów jest z nim spokrewniona, katolicki książę raciborski był prezydentem ministeryum, generał Falkenstein, wierny katolik należy do najznakomitszych generałów.
Lehman. O króla nie chodzi, lecz o nadwornych intendentów, którzy z nami zawierają kontrakty.
Kazimierz. Od wiary mojej nigdy nie odstąpię!
Hermina. (prosząc). Kazimierzu! zgódź się na prośbę ojca.
Kazimierz. Hermino! spodziewasz się ode mnie wierności, a równocześnie przypuszczasz, żebym mógł złamać wiarę Bogu mojemu. Nikczemnego wiarołomcę chcesz mieć za męża?
Lehman. Ale wcale nie potrzebujesz wiary łamać! W sercu zostań katolikiem, a tylko powierzchownie udawaj ewangelika. Widzisz mnie też policzają miedzy dobrych ewangelików, choć przez cały rok nie zajrzę do kościoła! Wierzymy wszyscy w jednego Boga.
Kazimierz. Nie pozwala na to mój charakter, żebym coś obłudnego przed światem udawał.
Lehman. Kto się tam o wiarę będzie w Berlinie pytał. Pójdziesz do pastora, zamówisz zapowiedzi i przytem mu oznajmisz, że przestępujesz na ewangelicką wiarę. Sam go odwiedzę, aby cię nie fatygował nauką, ani ceremonią publicznego przyjmowania wyznania.
Kazimierz. Sumienie moje nigdy się na to nie może zgodzić.
Hermina. Więc dla mojej miłości nie chcesz żadnej uczynić ofiary?
Wilhelmina. Nie pojmuję przyczyny takiego oporu.
Gałka. (odprowadzając go na stronę). Ej zgódź się na to, czego chcą od ciebie, po ślubie możesz uczynić, co ci się podoba. Gdy z Herminą zagarniesz majątek, to sobie będziesz znowu katolikiem.
Lehman. Ciężki mnie los prześladuje! Córkę zamiast milionerowi, oddaje ubogiemu młodzieńcowi, a teraz tracę u dworu całą reputacyę.
Wilhelmina. Kazimierzu, więc i najmniejszej nie chcesz spełnić prośby ojca, który ci wszystko ofiaruje.
Kazimierz. Proszę o kilka dni do namysłu.
Gałka. Nie troszczcie się, ja go przerobię. Chodź Kazimierzu!

(Odchodzą, zasłona zapada).


Akt  II. (Odsłona 4).
SCENA I.
Na ulicy przed kościołem św. Jadwigi w Berlinie.

Żebrak. Przychodzę ostatni raz do ciebie, świątynio Pańska, któraś mi tem droższa. żeś poświęcona św. Jadwidze, patronce narodu polskiego. Nie spodziewałem się, że w głównem mieście państwa niemieckiego znajdę polskie nabożeństwo i tak wielką liczbę wiernych rodaków, którzy się odznaczają silnem przywiązaniem do wiary i Ojczyzny. Słońce zaszło na pogodnem dzisiejszem niebie, i mnie już zachodzi na widnokręgu pochmurnego życia. Zdala słychać wrzawę uliczną, lecz tu około świątyni błogi panuje spokój. Dobrze tu spoczywać i pomodlić się do świętej Patronki, aby mnie do ojczystej ziemi szczęśliwie doprowadziła. (Usiada na schodach i szepce różaniec).

(Kazimierz wchodzi na scenę i nie spostrzegłszy żebraka, mówi sam do siebie):

Kazimierz. Los mój rozstrzygniony. Przykry to dla mnie krok stanąć przed pastorem i kazać się wpisać za członka wiary, której się w sercu wyrzekam. Darmo, danego słowa Lehmanowi i Herminie złamać nie mogę, zresztą pocieszam się nadzieją, że wkrótce po weselu nawrócę moją żonę.

(Słychać dzwonek wieczorny z wieży kościoła; Kazimierz zdjąwszy kapelusz, odmawia Anioł Pański).

Żebrak. Błogosławieni rodzice, którzy tak pobożnego wychowali młodzieńca, błogosławiony syn, który wśród zgiełku wielkiego miasta zacheował nieskalane uczucie swej wiary. Kiedy wiernym jesteś Najświętszej Pannie, nigdy cię nie wypuści ze Swej macierzyńskiei opieki.
Kazimierz. (słysząc te słowa, z przerażeniem zakrywa twarz dłońmi). Ja nieszczęśliwy! Właśnie chciałem iść wyrzec się Najśw. Matki. O jak mogłem zapomnieć prośb moich rodziców, upomnienia pobożnej matki, która najdroższy swój klejnot zawiesiła mi na szyi, a św. Relikwię tak szkaradnie obrazić?! Dzięki ci, staruszku, którego mi pewnie Opatrzność zesłała jako Anioła Stróża, aby mnie zatrzymał nad grożącą przepaścią. Kto jesteś, czcigodny starcze?
Żebrak. Nie jestem Aniołem. biednym tylko tułaczem, który powraca z sybirskiego grobu, aby na ojczystej ziemi złożyć swoje kości. Już drugi rok wędruję z Tobolska, gdzie przez 4 lata pracowałem w podziemnem więzieniu kopalń sybirskich. Czy możesz pojąć moją tęsknotę za słońcem, za rodzinną ziemią i za jedynem dzieckiem, które zostawiłem w obcych rękach i nie wiem, co się z niem dotąd stało. Widzę, żeś moim rodakiem, skądże pochodzisz, poczciwy młodzieńcze?
Kazimierz. Niegodzien jestem, abyś mnie poczciwym nazywał, nazwij mnie wyrodnym synem.
Żebrak. Kto jak ty na głos dzwonka nie zapomina o Najśw. Pannie, tego nie mogę nazywać wyrodnym synem. Prędzej przypuszczam, że ciężkie nieszczęścia zakołatały do twej duszy.
Kazimierz. Słuchaj, a osądź. Gdy mnie pobożni rodzice wysyłali z domu, troskliwa matka obdarzyła mnie cudowną pamiątką, którą od kilku wieków zachowuje rodzina jako świętą relikwię (wyjąwszy szpinkę, oddaje ją żebrakowi). Oto odbierz ją ode mnie, bom niegodzien nosić obrazu Matki Częstochowskiej, której się zaparłem.
Żebrak. Czy nie znasz pieśni o tej św. Pani?

Choćby matka własne dzieci
Opuściła z swej pamięci,
Ty o nich nie zapominasz,
Miłość matek Ty przewyższasz.

Śpiesz się do Niej, z otwartem i czeka na ciebie rękoma.
Kazimierz. Niegodny jestem Jej łaski. Pobożna matka ze łzami mnie prosiła, abym nigdy nie zapominał o obecności Boga i kochał wiarę, jako najdroższy skarb życia. Ja o wszystkiem zapomniałem, a dla marnej mamony wyrzekłem się wiary ojców! Właśnie byłem na drodze do pastora, aby przestępstwo moje pismem potwierdzić.
Żebrak. Nie wydajesz się być tak chytrym skąpcem, żebyś dla bogactwa porzucił wiarę.
Kazimierz. Jedynaczka bogatego fabrykanta oczarowała mnie i dla niej gotów byłem nawet duszę zaprzedać.
Żebrak. I cóż teraz uczynisz?
Kazimierz. Porzucam wszystko, pójdę w daleki świat, do Ameryki.
Żebrak. Abyś niezagojony cios zadał twoim rodzicom?
Kazimierz. Jakże się usprawiedliwię przed niemi?
Żebrak. Synu! nie znasz serca rodziców; ono zawsze gotowe do przebaczenia nawracającemu się dziecięciu.
Kazimierz. (ściskając kolana starca). Ojcze, bądź moim przewodnikiem.
Żebrak. Uciekaj stąd do rodzicielskiego domu, tam na ich łonie znajdziesz utracony spokój. Gdzież mieszkają twoi rodzice?
Kazimierz. Na Górnym Śląsku.
Żebrak. Szczęśliwe zdarzenie, bo i ja ciągnę w te strony szukać poczciwej rodziny, której oddałem moje jedyne dziecię.
Kazimierz. Chodź ze mną ojcze. Jutro pierwszym pociągiem udamy się w podróż. (Odchodzą, zasłona spada).

Koniec aktu drugiego.



Akt  III.
SCENA I.
(W domu Czarnieckiego).

Czarniecki. (wchodząc ze Stachem do pokoju). Chodźcie dalej, mój Stachu; podobno byliście w Berlinie z Gałką?! Cóż tam nowego?
Stach. Ano nic nowego. (Usiada na ławie).
Czarniecki. Czyś się widział z Kazimierzem?
Stach. Ano widziałem.
Czarniecki. Nie dał ci on listu?
Stach. Toć nie dał. Mój gospodarzu, jeżeli się nie rozgniewacie, to się was o coś zapytam.
Czarniecki. Cóż takiego? proszę.
Stach. Ano już to człowiek dojrzał i nie chce mi się też już dłużej tak tyrać po służbach.
Czarniecki. Ej, to myślisz o założeniu własnego gospodarstwa?
Stach. Ano zgadliście. Najpierw chciałbym się ożenić.
Czarniecki. Jeżeli mi się wolno zapytać, obrałeś to już sobie żonkę?
Stach. Ano obrałem, ale się wstydzę powiedzieć jej o tem. A więc przyszedłem was prosić, abyście to tam wy jako sporządzili.
Czarniecki. Domyślam się, że mnie obierasz za swojego swata, albo jak to mówią kletę? Skądże ci to przyszło, że mnie obierasz za rzecznika? Źle wyjdziesz na tem, bo ze mnie niewielki gaduła, a do tego potrzeba wyparzonego języka: nadto wiesz że nie rad wychodzę.
Stach. Ano wychodzić nie potrzebuiecie.
Czarniecki. A cóżto, sama tu przyjdzie twoja oblubienica?
Stach. Ano adyć tu jest.

(Barbara wchodzi i wita Stacha).

Czarniecki. Słuchaj, żonko ciekawe rzeczy: Stach chce się żenić, mnie prosi za swata i powiada, że jego oblubienica w domu naszym się znajduje.
Barbara. (z zadziwieniem). Stach chce się żenić? jego kochanka w naszym domu? jakżę to mam rozumieć. Przecież Stach o mnie nie myśIi, a oprócz Anneczki niema tu nikogo więcej.
Stach. Właśnie też o Anneczce myślę.
Czarniecki. Ha... ha... ha! patrzcie mi, on wie co dobre.
Stach. (nieco obrażony). Ano, ja tu nie żartuję, bo to nie żarty jak często powtarza mój gospodarz.
Barbara. Ale powiedzże mi Stachu, co ci po żonie?
Stach. Ano, pomógłbym jej też w gospodarstwie: przyniósłbym wody, narąbałbym drzewa, zakolebałbym też. Ano widzicie... że wiem na co chłop w chałupie.
Czarniecki. (śmiejąc się). Żeby cię gęś kopła tylną nogą.
Stach. Ano mnie tu nie do śmiechu, powiedzcie mi, czy mi dacie Anneczkę, bo jak nie, to na złość dla was wezmę inną. Mnie się zdaje, że mnie Anneczka będzie chciała.
Czarniecki. (żartując). Trzeba zawołać Anneczkę (woła) Anneczko! (Anneczka wbiega).
Czarniecki. (popychając Stacha). No dalej.
Stach. Ano... ano...
Barbara. Ej, to ja cię wybawię z kłopotu. Słuchaj Anneczko. Stach prosi nas o twoją rękę.
Anneczka. (prawie w oburzeniu). Stach o moją rękę? (spokojniej) mameczka wie o mojem postanowieniu. Ja nigdy nie pójdę za mąż! (odchodzi).
Czarniecki. Widzisz Stachu, z tej mąki nie będzie chleba.
Stach. Ej, wiem ja ci przyczynę: nabiła sobie głowę Kazimierzem! ale z tej mąki też nie będzie chleba, bo Kazimierz bierze sobie jakąś berliniankę.
Barbara. Co ty mówisz Stachu? to być nie może, boby nam Kazimierz był o tem coś pisał.
Stach. Ano nie pisze, bo się boi.
Czarniecki. Czegożby się to bał?
Stach. Ano, bo jego kochanka nie jest katoliczką.

Barbara. Znamy lepiej naszego Kazimierza, na nic się przyda twoje oczernienie.
SCENA II.
(Ci sami i Gałka).

Gałka. (wchodząc). Dobry wieczór. (Do Stacha). A cóż się ty tu wałęsasz?
Stach. Ano bardzo ważny interes.
Gałka. Czy znowu o żeniaczce. Od kilku dni szaleje, staremu się w głowie przewróciło.
Stach. Wam się cztery razy przewracało, ady to nic; mieliście już cztery żony, a mnie to ani jednej nie życzycie.
Gałka. Ej, weźmij sobie i dziesięć, ale patrz żebyś do wołów przyszedł, bo inaczej zaraz cię wypędzę.
Stach. (odchodząc). Tak to, tak idzie biednemu człowiekowi.
Barbara. Stach nas tu chciał przestraszyć jakąś straszną bajką, że się Kazimierz żeni w Berlinie i to z niekatoliczką.
Stach. (do siebie). Obrzydły gaduła (do Czarnieckich). Co on tam wie o tej sprawie.
Barbara. (z trwożną ciekawością). O jakiej sprawie?
Gałka. (siadając pomieszany). Muszę wam to szczegółowo opowiedzieć. Wiecie, że za mojem staraniem wasz Kazimierz dostał się do fabryki p. Lehmana, który między berlińskimi fabrykantami pierwsze zajmuje miejsce. Wiecie także i to, że p. Lehman całą fabrykę oddał pod zarząd Kazimierzowi, który dopiąwszy posady inspektora, jest sobie teraz panem całą gęba.
Barbara. Dziękujemy codziennie Bogu za szczęście naszego dziecięcia.
Gałka. To jeszcze nie koniec szcześcia! Kazimierz chłopiec urodziwy, do tego zaopatrzony w porządne ubranie, wpadł w oczy Herminie, jedynaczce fabrykanta, która za nim szaleje, a nawet niebezpiecznie zachorowała. Koniec końcem, fabrykant swoją córkę i cały swój majątek gotów jest oddać waszemu Kazimierzowi. To nie jest bagatela ożenić się z córką takiego bogacza, co pierwszego lepszego magnata na Górnym Śląsku w kieszeń schować może. Oj, będziecie też to mieć życie na stare lata! Co tylko dusza zapragnie, wszystko wam będzie na usługi, chyba wam ptasiego mleka jeszcze zabraknie.
Czarniecki. Musi tu coś innego zachodzić, czemuż nam Kazimierz dotąd o tem ani słówka nie pisał.
Barbara. Czy już tak zhardział, że się obejdzie bez naszej rady?
Gałka. A i pocóż tu rady, kiedy się szczęście sypie jak z miecha.
Barbara. Nie wszystko złoto co się świeci.
Gałka. Ale cały interes Kazimierza czy się świeci czy nie świeci, jest litem złotem. Ogromny majątek! miliony! Mnie wiele na tem zależy, żeby się ta para zeszła. Założylibyśmy potem z Kazimierzem handel do spółki. Zakupiłbym potem wszystkie ruskie woły.
Czarniecki. Panie Gałko, nie odchodźcież od rzeczy, powiedzcie nam szczerą prawdę. Stach nam coś wspomniał o wierze.
Gałka. Ej, tylko o to jeszcze chodzi, czy wy na to zezwolicie.
Barbara. Jeżeli jest poczciwą katoliczką, cóżbyśmy się mieli sprzeciwiać.
Gałka. No, katoliczką jeszcze nie jest, ale ją tam Kazimierz pewnie przerobi.
Barbara. O ja nieszczęśliwa! więc na to wychowałam syna?
Czarniecki. Na to nigdy nie zezwolę, a jeżeli przeciw mojej woli postępować będzie, wyrzeknę się go.
Gałka. Jeżeliby Kazimierz był złym synem obszedłby się teraz bez was, będąc tak bogatym, lecz to właśnie świadczy o dobroci jego serca, że mimo bogactwa stara się o wasze zezwolenie. Kazimierz dobry katolik, a wy także; jeżeli się wszyscy przyłożycie, łatwo ją nawrócicie, jeszcze będziecie mieć wielką zasługę.
Barbara. Czem skorupka za młodu nawrze tem już zawsze trąci.
Gałka. Ale ta skorupka jeszcze nie nawrzała.
Czarniecki. Od małżeństwa zawisło szczęście lub nieszczęście całego życia. Już mi się zaczęła siódma dziesiątka, byłem daleko w świecie i poznałem tysiące rodzin, lecz nabrałem tego przekonania, że między tysiącem mieszanych małżeństw, ledwie pięć znajdziesz szczęśliwych.
Gałka. No, jabym ręczył za to, że Kazimierzowe będzie szóste.
Barbara. O po cóż Kazimierz poszedł w świat i wydał się na takie niebezpieczeństwo. Chcieliśmy zapewnić dziecku los, a teraz nas Bóg karze za to, żeśmy się chcieli wynosić nad nasz stan.
Gałka. Ale to właśnie Bóg mu dał takie szczęście.
Barbara. Nie słyszałam jeszcze, żeby mamona kogo uszczęśliwiła.
Czarniecki. Szczęście nie siedzi w worku lecz (uderzając sie w piersi) tu, w sercu, w którem szczera wiara panuje, a wszystko inne tylko złudzenie, marność.
Barbara. Drogi mężu! żyliśmy w ustawicznem ubóstwie, były nawet czasy, żeśmy w garnek nie mieli co wstawić. Powiedz panu Gałce, czyśmy się kiedykolwiek policzali do nieszczęśliwych (Do Gałki). Bogactwo nie jest podstawą szczęścia.
Gałka. Że się kochacie, to też wiodło się wam aż do dziś dnia dobrze, lecz Kazimierz z Herminą jeszcze tysiąc razy więcej się kochają. To wasz przesąd, że gardzicie bogactwem. Rozważcie sobie, wiele to dobrego Kazimierz może czynić ubogim, kościołowi itd.
Czarniecki. Przed obliczem Pańskiem grosz wdowi tyle płaci, co i worek złota bogacza.
Gałka. Biedny Kazimierz! nie przypuszczał nigdy, żeby rodzice byli tak zawzięci.
Barbara. Nie przypuszczałam nigdy, żeby dziecko moje, które sumiennie wychowałam, tak lekceważyło wiarę.
Gałka. Wy hałasicie, jak gdyby już przeszedł na Mahometanina, a on tymczasem myśli o nawróceniu zbłąkanej owieczki.
Czarniecki. Kościół zakazuje mieszanych małżeństw; a kto kościoła nie słucha, mówi Apostoł, tego uważaj za poganina.
Gałka. Widzę, że z wami nie dojdę do ładu, żebyście tylko nie pożałowali, że odpychacie od siebie szczęście. Bądźcie zdrowi. (Odchodzi).
Barbara. I czegóż doczekałam na moje stare lata! Dziecko, które nad miarę kochałam, zadaje mi najcięższy cios!
Czarniecki. Wypełniliśmy nasze powinności, więcej po nas Bóg wymagać nie będzie (po chwili milczenia). A wreszcie przecież jeszcze nie stracony! pójdę do księdza dobrodzieja, poproszę go, żeby do Kazimierza napisał list. l ja sam pisać będę i prosić dziecko na miłość Boską! Kazimierz miał dotąd dobre serce; niepodobna, żeby w krótkim czasie tak zakamieniał i wcale nie zważał na prośby i łzy rodziców.
Barbara. O ja inaczej malowałam sobie przyszłość naszą, a teraz się wszystko zmieniło.
Czarniecki. Nie przystoi na chrześcijan rozpacz. Szukaj pomocy u Tego, w ręku którego serca są miękkim woskiem.

(Ktoś stuka do drzwi).

Barbara. Któż przychodzi?
Czarniecki. (Idzie i otwiera drzwi).
Żebrak. (wchodząc). Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Czarniecki. Na wieki. Proszę dalej ojcze, odpocznijcie.
Żebrak. Bóg wam zapłać za miłe przyjęcie. O jak to miło sercu, kiedy po długiej tułaczce po obcych krajach, znów na ojczystej ziemi spotkać staropolską gościnność.
Barbara. Więc z daleka przychodzicie?
Żebrak. Oj z daleka, bo już drugi rok podróżuję, odbywszy więcej jak tysiąc milową drogę. Słyszeliście o Sybirze!?
Barbara. Usiądźcie ojcze. Ile razy nam kto przypomni Sybir, staje nam na myśli drogi przyjaciel, który zginął w wodach Wołgi.
Żebrak. Któż policzy Polaków, którzy tam zginęli, i którzy daremnie tęsknili za rodzinną ziemią, i nie dostąpili tego szczęścia jak ja. Nie pojmiecie, co to znaczy to słówko Ojczyzna!
Czarniecki. l dopieroście teraz przybyli?
Żebrak. Wczoraj wyjechałem z Berlina. Gdyby nie poczciwy młodzieniec, także Górnoślązak, którego poznałem w Berlinie, bylbym musiał pieszo wędrować kilka tygodni, lecz poczciwy Kazimierz zapłacił za mnie kolei.
Barbara. Kazimierz!? I my mamy w Berlinie syna, któremu także Kazimierz.
Żebrak. Kazimierz, którego ja poznałem, jest zarządcą wielkiej fabryki, pobożny i uczciwy chłopak.
Czarniecki. I nasz syn był pobożny, lecz teraz...
Barbara. Podobno zapiera się wiary.
Żebrak. Ten Kazimierz pochodzi z rodziny Czarnieckich, a już nazwisko jego daje mi rękojmią jego poczciwości.
Barbara. Boże!... to mój syn!...
Żebrak. Ciesz się, matko, z takiego dziecięcia.
Barbara. Lecz przestraszył nas ktoś, że się przeniewierzył Kościołowi i bierze sobie niekatoliczkę.
Żebrak. Był w niebezpieczeństwie, lecz twój medalik z Matką Boską Częstochowską, a raczej Najświętsza Panna nie dała mu upaść.
Czarniecki. A więc to mój syn porzucił zamierzane małżeństwo?
Żebrak. Z tego niebezpieczeństwa wybawił go dzwonek świętej Jadwigi.
Barbara. Dzięki Bogu! jakże się to stało?
Żebrak. Już był zezwolił na to, że przed ślubem każe się wpisać w księgę innowierców. Wstydząc się uczynić tego we dnie, wieczorną porą szedł do pastora, a właśnie w tej chwili koło kościoła św. Jadwigi, kiedy na wieży odezwał się dzwonek na „Anioł Pański.“ Pobożne wychowanie wasze było przyczyną, że zatrzymawszy się przed bramą kościoła, zdjął swój kapelusz i odmówił wieczorne „Zdrowaś Maryo.“ Tu podczas modlitwy przypomniało mu się, że już ostatni raz odmawia „Anioł Pański,“ a przez zamierzony krok wyrzecze się Najświętszej Panny. Głos dzwonka św. Jadwigi był pobudką, że się upamiętał i nawet Berlin opuścił, aby się ratować z niebezpieczeństwa.
Barbara. Jakże Ci dziękować, Najświętsza Panno? Prawdziwie moja szpinka jest wielkim skarbem, bo nowy cud uczyniła!
Czarniecki. Nic o tem nie wiemy, że Kazimierz opuścił Berlin, i gdzież teraz bawi?
Żebrak. Posłał mnie przed sobą do rodziców, aby wyprosić dla niego przebaczenie.
Barbara. Więc powraca do domu?
Żebrak. Może już jest niedaleko.
Barbara. Mój Kazimierz... gdzie?
Żebrak. (otwierając drzwi). Oto wasz syn ocalony.
Kazimierz. (wszedłszy, pada do nóg rodziców). Przebaczenia!
Czarniecki. Dopiero teraz poznaję prawdę słów, że większa radość w niebie nad nawracającym się, jak nad 99 sprawiedliwymi.
Kazimierz. (powstając, rzuca się w objęcia ojca, a potem wskazując na żebraka). Pierwsza po Bogu wdzięczność należy się temu pobożnemu starcowi, którego spotkałem u drzwi kościoła św. Jadwigi. Przypomniawszy mi rodziców, o których w tej chwili zapomniałem; zatrzymał mnie nad przepaścią, w której wiara moja byłaby zginęła.
Barbara. Niech ci Bóg zapłaci, czcigodny ojcze!
Czarniecki. I jakże ci się odwdzięczymy?
Żebrak. Toście mi już tysiąckrotnie zapłacili, wychowawszy opuszczoną sierotę.
Barbara. Annę?
Czarniecki. Czy ją znasz?
Żebrak. (drżącym głosem). To moje dziecię! Ja Ludwik Paprocki, którego Moskale wywieźli na Sybir.
Barbara. Czy to być może?
Anna. (wchodząc, uderzona widokiem Kazimierza). Witam pana...
Kazimierz. Anneczko! tak witasz Kazimierza, który wiernie chował twój pierścień?
Anna. Powiadał mi Stach na polu, że Kazimierz wielkim panem, i że... (zakrywa twarz rękami).
Kazimierz. Że Kazimierz zapomniał o Annie, nieprawda?...
Anna. Powiedział mi, że wpadł w sidła...
Kazimierz. Dzięki Bogu, uwolniłem się z nich tak, że całe serce ofiarować ci i śmiało o twoją rękę prosić mogę.
Anna. (smutnie). Zawiodłeś się, Kazimierzu. Kocham cię miłością siostry, ale więcej nie żądaj.
Kazimierz. (do siebie). Zasłużyłem na to upokorzenie. (Do Anny). Chcesz mnie ukarać, Anneczko!
Anna. Nie zrozumiałeś mnie, Kazimierzu. Kiedy ojca mojego w kajdanach wywozili na Sybir, a z nim tysiące i tysiące nieszczęśliwych rodaków, wtedy ja biedna dziewczyna zawołałam do Boga: „Boże, ofiaruję Ci całe moje życie, a natomiast zmiłuj się nad ojcem i nieszcześliwym narodem.“ Myślałam. że takim sposobem wybawię i ojca i utrapionych katolików pod Moskalem. Chociaż później dowiedziałam się, że ojciec mój zginął pod lodami Wołgi, jednak nie uważam się być uwolnioną od mojego ślubu. Były czasy, że o niem chwilowo zapomniałam, lecz gdym sie dowiedziała, że pan Kazimierz jest w największem niebezpieczeństwie utracenia Wiary św., wtedy powtórnie uczyniłam ślub, że jeżeli Najświętsza Panna ocali Kazimierza, całe życie poświęcę pielęgnowaniu nieszczęśliwych. Ksiądz dobrodziej wie o mojem postanowieniu i pisał do Sióstr Miłosierdzia, aby mnie przyjęły do swego klasztoru.
Kazimierz. Jeszcześ nie w klasztorze, a nawet i tam, jako nowicyatka, masz rok czasu do namysłu. A choćby i nie to, bez zezwolenia ojca tak ważnego kroku uczynić nie możesz.
Anna. (do Czarnieckich). Kochani rodzice wiedzą o moim zamiarze.
Kazimierz. Lecz twój rodzony ojciec...
Anna. Mam przekonanie, że patrząc na mnie z nieba, błogosławi mojemu przedsięwzięciu. Wiem o tem, że w zaciszu klasztoru nieustannie za jego duszę i za moją mateczkę modlić się będę.
Kazimierz. A jeżeli jeszcze żyje na ziemi? Może wieść o jego śmierci wcale nieprawdziwa!
Anna. Nie wzbudzaj we mnie daremnej nadziei!
Kazimierz. W Berlinie nabrałem wiadomości, że ojciec w owym wypadku na Wołdze nie zginął.
Anna. Boże. czyż to można przypuścić, abym jeszcze raz ujrzała oblicze drogiego ojca?! l któż ci doniósł tę radosną nowinę?
Kazimierz. Oto ten staruszek.
Anna. Nie łudźcie biednej sieroty! a jeżeli prawda, powiedzcież, gdzie szukać ojca mojego?
Żebrak. (z rozczuleniem). Anneczko!... nie poznajesz mnie?...
Anna. (przypatrując się chwilkę twarzy staruszka). Mój ojcze! (Rzuca się w objęcia).
Żebrak. (spoglądając w niebo i przytulając córkę do siebie). Dzięki Ci, Ojcze niebieski, za tę chwilę!
Gałka. (wchodząc). A przecież będzie po mojemu; Hermina będzie twoją, róbcie co chcecie.
Barbara. Byliśmy w tej chwili tak niewypowiedzianie szczęśliwi, i dla czegoż pan przerywasz naszą radość?
Gałka. Oto list z Berlina! Przeczucie powiada mi, że wesołą dla was przynoszę nowinę.
Kazimierz. (otwiera kopertę i czyta chwilę po cichu; potem). I cóż po tajemnicy w gronie tak wiernych przyjaciół. Słuchajcie, co pisze Hermina:

„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Najświętsza Matka Jego!“

Barbara. Jakże ewangeliczka może takiemi słowy zaczynać list, przecież to pozdrowienie katolickie? Czy takim sposobem chce sobie nas ująć?
Gałka. Coście wy za dziwni ludzie! Chcecie być gorliwymi katolikami, a oburzacie się na katolickie pozdrowienie. Możebyście woleli, żeby list rozpoczynała: „Gut Morgen!“
Barbara. Ale mnie sie to zdaje być szyderstwem.
Gałka. Lepiej, żebyście dalej cierpliwie słuchali.
Kazimierz. (czyta). „Wielkiej łaski użyczył Bóg domowi naszemu; jestem katoliczką i członkiem tej samej wiary co Ty i Twoi rodzice. Nie myśl jednak, że dla doczesnych widoków porzuciłam wiarę, w której się urodziłam, chociaż przyznać muszę, że Twoje szlachetne postępowanie i gorące przywiązanie do swego Kościoła wzbudziło we mnie chęć poznania wiary, która takiemi cnotami obdarza jej wyznawców. Z ciekawości odwiedziłam kościół św. Jadwigi, w którym właśnie odprawiał misyjne kazanie ksiądz hrabia Klinkowstrom. Jego nauka pokazała mi jedyną do prawdy drogę; mojemi opowiadaniami zaciekawieni rodzice poszli ze mną na drugie kazanie i odtąd nie opuściliśmy ani jednego. Już trzeciego dnia prosiliśmy proboszcza kościoła św. Jadwigi, aby nas przyjął do grona wyznawców swej wiary, czegośmy też zeszłej niedzieli dostąpili. Ojciec sprzedał swoją fabrykę i zamierza się osiedlić na Górnym Śląsku. Spodziewam się, że niniejsza nowina przyjemną Ci będzie. Oświadcz Twoim rodzicom moje uszanowanie.
Hermina.“
Anna. Widocznie i dzisiaj Bóg cuda czyni!
Gałka. A to wszystko zasługa pana dyrektora.
Kazimierz. Cudowne nawrócenie rodziny Lehmana przypisuję modlitwie tej pobożnej dziewczyny, która nawet całe życie ofiarowała Bogu na tę intencyę, abym się ratował z grożącego niebezpieczeństwa.
Anna. To sprawiła Najświętsza Panna przez cudowny medalik.
Gałka. Nie powiadałem wam, że Hermina będzie żoną Kazimierza, albo (do Czarnieckich) czy się jeszcze sprzeciwiać będziecie?
Barbara. Niech się dzieje wola Boża!
Gałka. No, a wy panie Czarniecki co na to?
Czarniecki. Podzielam zdanie mojej żony.
Gałka. Świeże kołaczki, najlepsze przysmaki; dlatego odprawmy jeszcze dziś zaręczyny.
Kazimierz. Zdaje mi się, że się znacie na czarach jak Twardowski, kiedy bez młodej pani chcecie wyprawiać zaręczyny.
Stach. (wchodzi). Gospodarzu! jest tu ktoś...
Gałka. A kto?
Stach. Ano jacyś państwo w bogatej karecie.
Gałka. Gdzie?
Stach. Ano przed sienią.
Gałka. (wybiegając). Gotujcie się na gości z Berlina!
Kazimierz i Barbara (razem). Państwo Lehmanowie! Jakże ich przyjmiemy w naszej ubogiej chatce.
Gałka. (wprowadzając Lehmana i Herminę) Oto rodzice Kazimierza.

(Wszyscy kłaniają się).

Lehman. Składam uszanowanie i wdzięczność czcigodnemu ojcu i czcigodnej matce za poczciwe wychowanie Kazimierza, przez którego Bóg wskazał nam prawdziwą wiarę. Wyzułem się z berlińskich pęt, zamyślam pod Gliwicami założyć jakąś fabrykę, a ponieważ mi koniecznie potrzeba pomocy Kazimierza, więc też przyszedłem po niego.
Gałka. Państwo Czarnieccy zgadzają się na wszystko, a Kazimierz obowięzuje się służyć wam wiernie aż do śmierci. No cóż, panie Kazimierzu?
Kazimierz (do Lehmana). Wszystko mi szlachetny panie przebaczasz...
Lehman. Co ci w Berlinie przyrzekłem, chcę koniecznie dotrzymać. (Do Czarnieckich). Spodziewając się, że rodzice przyjmą moją córkę za synową, przystąpcie bliżej, a Bóg niech wam błogosławi! (Kazimierz i Hermina upadają do nóg rodzicom i odbierają błogosławieństwo. W tej chwili odzywa się dzwon na Anioł Pański).
Lehman. Co za śliczny dźwięk! zda mi się, że słyszę głos dzwonu świętej Jadwigi.
Barbara. Błogosławiony ten dzwon, bo on ocalił syna od najcięższego upadku.
Lehman. A przez Kazimierza i nas nawrócił.
Czarniecki. Za wstawieniem się Najświętszej Panny. Słuchajmy głosu dzwonu i wdzięcznem sercem za wszelkie łaski pozdrówmy Ją nabożnie.

(Wszyscy klękają, zasłona spada).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Miarka (ojciec).