W Harrarze/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł W Harrarze
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KAROL MAY


W HARRARZE
cykl
RÓD RODRIGANDA
POWIEŚĆ
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA


Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.
Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw




I
ACHMED BEN ABUBEKR

Życie podobne jest do morza o niezmierzonej ilości burzliwych fal. Miljony, setki miljonów zmiennych postaci wyłaniają się z nurtów, aby ukazać na powierzchni na krótki moment życia ludzkiego i zniknąć. Na zawsze? Kto to wie? Na brzegu stoi obserwator i wysyła tysiące pytań pod adresem losu, ale los jest głuchy. Mówi i odpowiada nie słowem, ale faktami. Wypadki rozwijają się niepowstrzymanie, śmiertelni muszą z bezbronną niemal cierpliwością czekać na narodziny utęsknionych wypadków.
Często człowiek stoi przed zdarzeniami, które pozornie wydają się brzemienne w skutki, a tymczasem mijają dnie i lata i wydaje się, że skutki na zawsze uwiędły w zalążku. Wydaje się, że minione przestaje działać, że tajemne nici życia zostały przerwane. Nie słychać najmniejszego oddźwięku, nie widać czynu, ani jego rezultatu, człowiek w słabości swej zaczyna wątpić w sprawiedliwość Opatrzności. Sprawiedliwość ta jednak, nie oglądając się na nic, idzie swemi niezbadanemi drogami i właśnie w chwilach, kiedy się tego najmniej spodziewamy, chwyta zdarzenie w swą miażdżącą dłoń; wtedy człowiek poznaje ku swemu zdziwieniu, że czas w ukryciu związał nitki życia w węzeł, aby go teraz człowiek rozwiązywał.
Podobnie ze zdarzeniami, których nici zbiegały się w Reinswalden. Mijały dni, miesiące, lata; o drogich osobach, które wyruszyły w daleki świat, nie było żadnej wiadomości. Zaginął słuch o nich. Trzeba było wreszcie uznać, że zginęły; coraz bardziej ustalające się poczucie tego faktu, napełniało mieszkańców Reinswaldu głębokim smutkiem. Gdy nie było już wątpliwości, że wszelkie poszukiwania są daremne, ból opuszczonych wzmógł się nieskończenie. Ale czas, ten koiciel wszystkich cierpień, robił swoje. Na twarze mieszkańców leśniczówki kładł cień cichej rezygnacji. Nikt już nie skarżył się, nie rozpaczał, tylko w sercach zostało żywe wspomnienie o tych, którzy zaginęli; mimo faktów, nikt nie miał odwagi przyznać się, że ostatnią nadzieję utracił...
Tak minęło dziewięć lat; nadszedł rok 1866, w którym wypadki, pozornie skończone i zamknięte, zaczęły się dalej rozwijać. — —
Na zachodnim brzegu golfu Aden, łączącym Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim, leży kraj, który należał częściowo do sławnego Timbuktu, częściowo zaś do bajecznego Dorado. Najodważniejsi podróżni próbowali napróżno zbadać ten zakątek; do roku 1866, o którym mowa, udało się jedynie w roku 1854 pewnemu gotowemu na wszystko oficerowi brytyjskiemu Ryszardowi Burtonowi dotrzeć do niego i przynieść nieco wiadomości. Niektórzy cudzoziemcy, nawet z pośród Europejczyków, kraju tego, zwanego Harrarem, dotknęli stopą, ale nie mogli poinformować nikogo o panujących w nim stosunkach, nigdy bowiem stamtąd nie powracali. Zatrzymywano ich jako jeńców. Jakkolwiek na wniosek Anglików, a zwłaszcza wskutek usiłowań szlachetnego lorda Wilberforce, przyszło do porozumienia między poszczególnemi krajami, na podstawie którego zabroniono handlu niewolnikami, jakkolwiek okręty wojenne wszystkich krajów miały nietylko prawo, lecz i obowiązek zatrzymywać okręty z transportem ludzkim, oswobadzać niewolników i wieszać całą załogę, od kapitana począwszy, na ostatnim chłopcu okrętowym skończywszy, to jednak niewolnictwo jeszcze istniało. Były nawet kraje, w których kwitło. Jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku każdy, kto zwiedzał Konstantynopol, mógł stwierdzić, że nietrudno w tem mieście kupować ludzi wszelkich ras i narodowości. Najlepsze rezultaty przynosiły polowania na niewolników w okolicach Nilu oraz w miejscowościach, położonych nad Morzem Czerwonem lub wschodnich wybrzeżach Afryki. W tych właśnie stronach leży Harrar.
Kraina ta nie dotyka bezpośrednio brzegu. Można do niego dotrzeć z portów Zeyla i Berbera, przecinając kraj Somali. Somali należą do najpiękniejszych przedstawicieli rasy czarnych; jest to lud bitny, wojowniczy, nie spoczywa w walce z sąsiadami, to też komunikacja wybrzeża z Harrarem nastręcza wielkie niebezpieczeństwo. Oto przyczyna, dla której tylko bardzo nielicznym jeńcom udało się uciec z Harraru i dotrzeć nad brzeg morza. —
Tam, gdzie wyspa Somali wznosić się zaczyna ku zachodowi, i gdzie wśród nagich skał i żółtego piasku pojawiać się zaczyna nieco roślinności, poruszała się karawana w kierunku zachodzącego słońca. Obok ciężko objuczonych wielbłądów szli dobrze uzbrojeni ludzie, ciemni już z przyrodzenia, a w dodatku spaleni przez słońce.
Ludzie uzbrojeni byli egzotycznie. Mieli stare flinty o długich, perskich lufach, maczugi z drzewa hebanowego i łuki, dla których w kołczanie przechowywali niebezpieczne, zatrute strzały. Poza tem każdy miał długi, ostry nóż za pasem.
Wielbłądy nie szły swobodnie; były przywiązane do siebie w ten sposob, że uzda każdego łączyła się z ogonem poprzednika. Wszystkie miały na sobie ciężko obładowane siodła, z wyjątkiem jednego, dźwigającego na plecach coś w rodzaju lektyki, krytej z czterech stron firankami, przez które swobodnie przepływało powietrze. W lektyce spoczywała zapewne kobieta, której nie powinni byli oglądać niepowołani.
Obok tego wielbłąda jechał na mocnym, białym mule człowiek, wyglądający na przywódcę orszaku. Odziany w długi, biały płaszcz beduiński, na głowie miał turban tegoż koloru, broń zaś taką samą, jak ludzie eskortujący karawanę, tylko rękojeść noża i łożysko flinty były ze srebra. Jadąc na czele oddziału, obok wielbłąda, badał ostrym, przenikliwym wzrokiem zachodnią stronę okolicy. W pewnej chwili zatrzymał muła i zwrócił się do swoich ludzi:
— Otmanie, czy widzisz ten wąwóz?
— Widzę go, emirze.
— Tam będziemy dziś nocować — rzekł przywódca. — Byłeś już ze mną nieraz w Harrarze. Czy pamiętasz jeszcze okolice?
— Pamiętam, emirze.
— Doskonałe. Od wąwozu niedaleko do wsi Elaoda, a stamtąd tylko godzina drogi do siedziby sułtana. Odwiąż swego wielbłada, jedź i zamelduj, że jutro rano przybędę.
Człowiek, do którego te słowa były zwrócone, spełnił polecenie. Odwiązując swego wielbłąda, prowadzonego w szeregu wraz z innymi, wskazał w kierunku lektyki i zapytał bardzo cicho, tak, aby tylko mógł słyszeć emir:
— Czy mam powiedzieć sułtanowi, co wieziemy ze sobą?
— Powiedz, że przywozimy szale i jedwabie, miedź, ołów, noże, proch, cukier i papier; powiedz, że chcemy to wszystko zamienić na tytoń, kość słoniową, masło i szafran. Tylko o niewolnicy nie mów ani słowa.
— Czy mam zabrać ze sobą haracz?
— Nie. Sułtan nigdy niesyt daniny. Jeżeli poślę mu teraz, zażąda później nowych podarunków.
Otman dał znak wielbłądowi i oddalił się w błyskawicznem tempie. —
Karawana zwróciła się ku wąwozowi, o którym mówił emir. Leżał wpobliżu, więc dotarli doń szybko. Gdy jeźdźcy zsiedli ze swych zwierząt, słońce właśnie opadało za horyzont. Zachody słońca odbywają się w tych stronach przeważnie punktualnie o szóstej wieczorem; jest to godzina modlitwy wieczornej, przepisanej przez proroka Mahometa.
Beduini wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, uprawiają rozbój, ale równocześnie są tak religijni, że za największy grzech poczytują opuszczenie jakiejkolwiek przepisanej modlitwy. Dlatego też członkowie karawany natychmiast się zebrali i uklękli do modłów. Obrządek ich wymaga umycia rąk; ponieważ wody nie mieli, więc posługiwali się piaskiem, przepuszczając go przez palce, jakby to była woda.
Ukończywszy modlitwę, zdjęli ładunki z pleców wielbłądów, poczem usiedli, aby wypocząć po długiej, uciążliwej podróży.
Kilku odwiązało lektykę z pleców wielbłąda. Osoby, znajdującej się wewnątrz, nie można było zobaczyć. Widocznie w czasie podróży lektyki nie opuszczała.
Emir wziął kilka daktyli, nalał do skórzanego kubka nieco wody, zlekka uchylił zasłon lektyki i zapytał cicho:
— Czy chcesz jeść i pić?
Nie było żadnej odpowiedzi, tylko wychyliła się jakaś ręka, aby wziąć owoce i wodę.
— Allah jest wielki, obdarzył mnie złą pamięcią, — mruknął emir. — Zapominam ciągle, że nie rozumiesz naszego języka.
Zabrał opróżniony kubek i rzucił na dawne miejsce. Na niemy jego znak podniosło się kilku ludzi i chwyciło za broń. Poszli pilnować obozu, uważać, aby żaden wróg nie wypadł znienacka, a schwytana niewolnica nie uciekła. Po niedługim czasie wszystko było pogrążone w głębokim śnie. —
Otman przybył tymczasem do wsi, o której była mowa, i, nie zatrzymując się, pośpieszył dalej w kierunku Harraru. Stanął tam w jakąś godzinę po rozmowie ze swym panem.
Bramy tego miasta zamykano o zachodzie słońca i odtąd nikt nie mógł bez specjalnego zezwolenia sułtana wchodzić przez nie, ani wychodzić. Otman długo i usilnie musiał kołatać, zanim się wreszcie pojawił strażnik.
— Kto tam? — zapytał, nie otwierając.
— Sługa sułtana Achmeda Ben Abubekra — brzmiała odpowiedź.
— Jak się nazywasz?
— Imię moje brzmi: Hadżi Otman Ben Mehemmed Ibn Hulam.
— Do jakiego szczepu należysz?
— Jestem wolny Somali.
Mieszkańcy Harraru gardzą, zresztą bez najmniejszej podstawy, Arabami i szczepem Somali; dlatego też strażnik odparł:
— Człowieka szczepu Somali nie wolno mi wpuścić. Byłbym surowo ukarany, gdybym dla takiej przyczyny zakłócał spokój sułtana.
— Z pewnością będziesz ukarany, — odparł Otman — ale wtedy, gdy nie zameldujesz, że żądam wpuszczenia. Jestem posłańcem emira Arafata.
Słowa te wywołały w strażniku pewne wątpliwości. Wiedział przecież, że emir Arafat jest przywódcą karawan handlowych, z których sułtan ciągnął tak świetne zyski. Dlatego odparł:
— Arafat? Spróbuję. Zdam pieczę nad bramą koledze, sam zaś pójdę i zamelduję o twem przybyciu.
Otman dopiero teraz zsiadł z wielbłąda; spoczął na ziemi, oczekując, aż go wpuszczą. Strażnik pozostawił przy bramie towarzysza i udał się do pałacu sułtana.
Właściwie trudno tu użyć słowa pałac. Sławna, a raczej osławiona stolica otoczona była najzwyklejszym murem; miasteczko samo było niewielkie. Domy wyglądały jak murowane szopy, a pałac sułtana przypominał stodołę. Obok stała rudera, zbudowana z nieociosanych kamieni; dzień i noc dobiegał z niej dźwięk kajdan. Było to więzienie państwowe; składało się z głębokich piwnic podziemnych, do których nigdy nie docierało światło dzienne. Biada więźniom, których doń wtrącono! Sułtan nie dawał im ani jedzenia, ani napoju, a jeżeli nawet jakiś przyjaciel lub krewny przynosił trochę wody i trochę zimnej, kleistej zaprawy z mąki kukurydzanej, używanej w tym kraju, więźniowie umierali w wyziewach własnego brudu.
Tronem potężnego monarchy, nieograniczonego pana i władcy życia i śmierci swych podwładnych, była skromna ławka drewniana, jaką spotkać można tylko u biedaków. Na tej ławie siadywał sułtan z nogami podwiniętemi zwyczajem wschodnim; albo dumał samotnie, albo też udzielał audjencyj, podczas których każdy drżał w śmiertelnym strachu, najmniejszy bowiem drobiazg wystarczył, by sułtan krew czyjąś przelał.
I dzisiejszego wieczora siedział sułtan na swem podniesieniu. Wisiały za nim na ścianie stare, nieużywane już flinty, szable, żelazne kajdany na ręce i nogi — dowody wielkiej surowości władcy.
Przed sułtanem siedział wezyr w otoczeniu paru mahometan uczonych w piśmie. Ztyłu, na ziemi, widać było liczne wynędzniałe postacie, zakute w kajdany. Sułtan lubiał ozdabiać swój tron niewolnikami; uważał, że uświetniają jego potęgę i chwałę.
Na uboczu stał również jakiś jeniec; ręce i nogi miał skute łańcuchami. Był wysoki i szczupły; rozpacz pochyliła głowę jego ku ziemi. Zagasły wzrok i zapadnięte policzki wskazywały, iż jest wygłodzony i głęboko nieszczęśliwy. Jedynem ubraniem jeńca była postrzępiona koszula.
Mówił coś zapewne przed chwilą, oczy bowiem wszystkich były skierowane ku niemu; sułtan spoglądał ponuro i groźnie jak kat.
— Psie! — rzekł do jeńca. — Kłamiesz nikczemnie. Jakże to możliwe, aby chrześcijański władca był potężniejszy od wyznawców proroka? Czemże są wszyscy twoi królowie, wobec mnie, sułtana z Harraru?
Oczy jeńca zabłysły. Odpowiedział:
— Nie byłem królem, tylko jednym z najdostojniejszych obywateli mego kraju. Mimo to byłem po tysiąckroć szczęśliwszy i bogatszy od ciebie.
Sułtan rozpostarł wszystkich dziesięć palców. W tej samej chwili wysunęła się z kąta jakaś postać, podniosła ciężką laskę bambusową i wymierzyła jeńcowi dziesięć uderzeń, jak tego żądał sułtan. Jeniec nie drgnął nawet; zdawało się, że jest przyzwyczajony do takiego traktowania i że uderzeń już wcale nie czuje.
— Czy odwołasz? — zapytał sułtan.
— Nie!
Władca rozkazał mu wymierzyć piętnaście kijów. Gdy to nie poskutkowało, rzekł:
— Pokażę ci, jaką moc posiadam. Jesteś chrześcijańskim psem. Nakazałem ci czcić proroka, ale dotychczas nie usłuchałeś. Dziś rozkazuję po raz ostatni; czy będziesz posłuszny, nędzny robaku?
— Nigdy! — odparł jeniec pewnym głosem. — Zrabowałeś mi wolność, możesz pozbawić życia, ale wiary mej ci nie oddam. To jest granica, przy której kończy się twoja moc!
Władca zacisnął pięści i zawołał ponurym głosem:
— Każę cię wrzucić do najgłębszego lochu!
— Uczyń to! — odparł nieustraszony więzień. — Chcę umrzeć, tęsknię za śmiercią. Skończą się moje męki; nareszcie znajdę spokój i ciszę.
— Dobrze! Stanie się, jak chcesz. Zaprowadźcie go do najgorszego z lochów!
Na ten rozkaz sułtana, kat ujął starca za rękę i wyprowadził na dziedziniec. Tam przyłączyło się do niego jeszcze kilku ludzi i razem zawlekli jeńca do więzienia.
Gdy się drzwi więzienia otwarły, uderzyły ich nieprawdopodobne wyziewy; z wewnątrz słychać było pobrzęk łańcuchów i jęk więzionych. Nie było światła, więc jeniec nie mógł nic zobaczyć. Zaprowadzono go do jakiegoś kąta. Tu kat podniósł przy pomocy swych towarzyszy wielki, ciężki kamień. Trąciwszy jeńca z całej siły, rzekł, śmiejąc się:
— Tu twoje miejsce, psie chrześcijański. W przeciągu dwóch dni zostaniesz pożarty.
Stary wpadając w norę głębokości kilku metrów, uderzył się twarzą o ścianę i skaleczył. Nie miał jednak wprost czasu pomyśleć o tem skaleczeniu, gdyż ledwie usłyszał, jak położono kamień na jego grobie, poczuł, że jakieś zwierzęta zaczynają obgryzać mu gołe nogi.
— Na Boga, a więc naprawdę mam zostać żywcem pożarty! — zawołał w trwodze.
Były to szczury, które głodowały zapewne oddawna. Zaczął się bronić przed nimi, gniotąc nogami. Chwytał je w ręce i dusił, ale setki ukąszeń sprawiały mu straszne cierpienia. Loch, w którym się znajdował, miał przeszło metr szerokości i trzy i pół metra głębokości. Oparł się plecami o jeden brzeg muru, nogami o drugi i próbował wdrapywać metodą kominiarzy.
Pod naporem jego ciała oderwał się od muru jeden z kamieni i spadł na dno lochu. Kwik i pisk, który nastąpił, przekonał go, że kamień zabił kilka szczurów.
— Dzięki Bogu, mam coś w rodzaju broni!
Zlazł nieco niżej, chwycił kamień i zaczął walić po ziemi. Walił tak, nie bacząc na ukąszenia, aż ostatni szczur przestał się poruszać.
Waląc kamieniem na wszystkie strony, natrafił ręką na jakiś okrągły, pusty wewnątrz przedmiot. Wydał okrzyk przerażenia, Chwycił bowiem czaszkę trupa.
— Taki będzie i mój los — rzekł. — Boże, mój Boże cóż uczyniłem, że gotujesz mi śmierć tak straszną? Niechaj będą przeklęci Cortejo i Landola...
Stał w ciemnościach więzienia i wyciągał naprzód ręce. Nagle przejął go strach, jakiś głos bowiem odpowiedział:
— Landola? Niech będzie przeklęty do dziesiątego pokolenia!
Słowa te zostały wypowiedziane głosem tak ponurym, tak rozpaczliwym, iż jeńca przejął dreszcz grozy.
— Kto to? — zapytał. — Któż tu przemawia moim ojczystym językiem?
— Powiedz naprzód, kim ty jesteś, — odezwał się głos z góry. — Tyś wywalił dziurę w murze mego więzienia.
— Jestem Hiszpanem, pochodzę z Meksyku, — odpowiedział jeniec. — Nazywam się hrabia Fernando de Rodriganda.
— Santa Madonna! — brzmiała odpowiedź. — Hrabia Fernando, brat hrabiego Manuela de Rodriganda.
Valgame Dios! Mówicie o moim bracie Manuelu? Więc go znacie?
— Oczywiście, że znam. Przecież... Ale, ale. To niemożliwe, abyście byli hrabią Fernando. Przecież hrabia Fernando umarł już przed laty.
— Powiadam wam, że nie umarł, a został tylko uznany za zmarłego. Landola porwał go i sprzedał tutaj, do Harraru.
— To, co mi mówicie, sennor, brzmi jak bajka i wprost mi się w nią wierzyć nie chce. Ale, gdy się nad tem zastanowić... Przecież don Manuel również... ale o tem później. Zejdę do was, don Fernando. Może mi się uda przy waszej pomocy usunąć drugi kamień. Wtedy będę mógł wydostać się przez otwór. Czy chcecie mi pomóc, den Fernando?
— Chętnie; już idę.
Stary wdrapał się po ścianie wgórę; wspólnym wysiłkiem udało się jeńcom poruszyć drugi kamień. Otwór był dostatecznie wielki, aby człowiek mógł się przezeń przedostać.
— Złaźcie, sennor. — Idę do was.
A jeżeli nas razem znajdą? — przestrzegł hrabia.
— Nie złapią. Skazano nas przecież na to, abyśmy zdechli z głodu, jeśli nas przedtem szczury nie zjedzą, więc nikt nie będzie tutaj zachodził. A gdyby przypadkiem chciano odwiedzić jednego z nas, drugi skorzysta z ciemności i wymknie się przez dziurę. Musimy pomówić ze sobą. Już idę.
Hrabia zlazł nadół, towarzysz podążył za nim. Więzienie było tak wąskie, że stanęli sobie twarzą w twarz, ale to im nie przeszkadzało. Przeciwnie, było szczęściem dla hrabiego widzieć obok siebie człowieka, który mu sprzyjał. Człowiek ten ujął hrabiego za rękę i rzekł:
— Ach, don Fernando, pozwólcie, że wam uścisnę rękę. Czuję się szczęśliwy, iż po tak długich cierpieniach spotykam rodaka. Pochodzę z Manrezy.
— Z Manrezy? Tak blisko od Rodriganda?
— Tak. Jestem zwykłym prostakiem; nazywam się Mindrello. O panie, mam wam wiele do opowiedzenia! Niech mi sennor powie, jak dawno temu opuścił pan Meksyk?
— O, już bardzo dawno. Nie mogę określić dni, tygodni, ani miesięcy, ale mam wrażenie, że gniję w niewoli mniej więcej od lat osiemnastu.
Dios! A więc nie wiecie zapewne, że brat wasz został uznany za zmarłego?
— Nie. Kiedyż to się stało?
— Przed siedemnastu laty.
— Powiadacie, że go uznano za zmarłego? A może naprawdę umarł? Gdy się zastanawiam nad tem, co mnie spotkało, nabieram wrażenia, iż są ludzie, którym bardzo zależy na tem, aby zginął on zarówno, jak ja.
— Sądzicie tak naprawdę? — zapytał szybko Mindrello. — Bezwątpienia macie rację. Ale co się z wami stało?
— Nie mówmy o tem chwilowo — rzekł hrabia. — Powiedzcie mi naprzód, jakie macie wiadomości o mojej ojczyźnie, o moich bliskich, i w jaki sposób dostaliście się tutaj.
— Co się tyczy rodziny hrabiego, to wiadomo mi, że hrabia Manuel jest uznany za zmarłego i że don Alfonso objął dziedzictwo.
— Ach! — zawołał don Fernando.
Przypomniał sobie teraz sprawy drugiego testamentu, który sporządził w obecności Marji Hermoyes. Przypomniał sobie również, że testament ten schował w środkowej szufladzie biurka. Czy go nie znaleziono? Wydziedziczył przecież Alfonsa i jednak ten został hrabią Rodriganda! Albo więc testament sfałszowano, albo też zginął w jakiś sposób.
— Alfonso — zapytał — jest hrabią? Jakże on rządzi?
— Och, jak prawdziwy tyran. Znienawidził go cały kraj. Boją się go jak ognia; opowiadają o nim dziwy. Nie wiem, czy mi wolno o tem mówić.
— Ależ, proszę, mówcie zupełnie szczerze.
— Ludzie opowiadają sobie, że Alfonso nie należy wcale do rodu Rodrigandów.
— Ach! — krzyknął hrabia. — Na jakiejże to podstawie ludzie opowiadają?
— To trudno określić. Ale byłem sam świadkiem pewnych sytuacyj, które potwierdzić musiały podejrzenie, iż Alfonso nie jest prawdziwym hrabią Rodriganda. Ten mój pogląd jest również powodem, dla którego tutaj się znalazłem; unieszkodliwiono mnie.
— Mówcie, mówcie! — naglił hrabia.
Mindrello nie odrazu spełnił tę prośbę. Jakiś czas namyślał się, coś sobie przypominając. Wreszcie zaczął opisywać wydarzenia, których widownią był zamek Rodriganda, pojawienie się doktora Sternaua, jego śmiałe i skuteczne wkroczenie w życie hrabiego Manuela, które skończyło się uwolnieniem hrabiego i małżeństwem Sternaua z hrabianką, zawartem w Reinswalden. Mindrello mówił:
— Dzięki wynagrodzeniu, które otrzymałem za służbę u hrabiego Manuela, przedzierzgnąłem się w zamożnego człowieka. Wróciłem do Manrezy; wróciłem ku mej zgubie! Te łotry dowiedziały się przez swych szpiegów w Niemczech, w jaki sposób pokrzyżowałem ich plany, i całą złość skierowali na mnie. Don Manuela nie potrzebowali się chwilowo obawiać, hrabia bowiem miał zamiar wystąpić z pretensjami dopiero po odnalezieniu przez Sternaua prawdziwego Alfonsa. Tem bardziej obawiali się, że ja zdradzę ich machinacje. Pewnego dnia otrzymałem od jednego z mych towarzyszy — trzeba panu wiedzieć, że dawniej zajmowałem się od czasu do czasu kontrabandą — kartkę, naznaczającą spotkanie. Pismo towarzysza było mi dokładnie znane, to też nie miałem żadnych podejrzeń. Udałem się o umówionej porze na miejsce, nie poto jednak, by przyjąć jakieś polecenie, a poto, aby oświadczyć, że proponowany interes mi nie odpowiada. Zaledwie doszedłem do umówionego miejsca, chwyciło mnie czterech ludzi skrępowało. Związano mnie, skneblowano i wyniesiono gdzieś w zamkniętym worku. Dokąd, nie wiem.
Mindrello zamilkł na chwilę. Wspomnienie strasznych chwil odebrało mu mowę. Po dłuższej pauzie ciągnął dalej:
— Gdy mnie po długim, długim czasie uwolniono z worka, znalazłem się w ciasnej, ciemnej norze. Proszę sobie wyobrazić moją rozpacz, kiedy po kołysaniu i szumie wody przekonałem Się, że jestem zamknięty w kajucie okrętowej. Dopiero, gdyśmy już byli na pełnem morzu, mogłem wyjść na pokład i zaczerpnąć nieco powietrza. Zaprowadzono mnie do kapitana, do tego samego Landoli, o którym mówiliście przedtem. Kpiąc w żywe oczy, oświadczył mi, że pewnym ludziom zależy bardzo na mojem zniknięciu, dlatego mam zostać marynarzem i słuchać ślepo rozkazów pod grozą śmierci. Wkrótce zorjentowałem się, że ten Landola jest handlarzem niewolników i piratem. Pomyśleć tylko, miałem mu pomagać! Miałem chwytać tych biednych murzynów i kupczyć nimi! Miałem napadać na okręty, rabować je i brać udział w mordowaniu załogi! Nie dziw, że się ociągałem. Wtedy znowu wtrącono mnie do lochu; musiałem przymierać głodem, musiałem narażać się na uderzenia, które kaleczyły mi ciało. Ponieważ mimo to nie kwapiłem się do udziału w zbrodniczych machinacjach, Landola oświadczył, że przeznaczył mi najsurowszą karę: sprzeda mnie jako niewolnika. Płynęliśmy obok wschodniego wybrzeża Afryki. Zarzucił kotwicę koło Garad i udał się na ląd. Po krótkim czasie zabrano mnie. Landola sprzedał mnie naprawdę. Nabywca mój był dzikim handlarzem niewolników; musiałem w kajdanach iść za nim w głąb kraju, aż do Dollo. Tam sprzedał mnie komu innemu. Wędrowałem z rąk do rąk. Ostatnim mym panem był okrutny książę murzyński. Język ludzki nie potrafi opisać tego, co u niego wycierpiałem. Musiałem pracować za trzech i spełniać najgorsze, najohydniejsze posługi; maltretowano mnie i morzono głodem. Mimo tych strasznych warunków i mimo niezdrowej okolicy, wytrzymałem wszystko. Wreszcie pan mój umarł, a ponieważ spadkobierca jego nie chciał mnie zatrzymać, więc sprzedał pewnemu mieszkańcowi Harraru; człowiek ten zawlókł do sułtana i zgotował mu ze mnie podarunek.
— Od jak dawna tutaj jesteście?
— Od jakichś czternastu dni.
— Ach, dlatego was nie widziałem. Pracowałem przez ostatnie trzy tygodnie w plantacjach kawy sułtana. Cóżeście uczynili, że was wtrącono do więzienia?
— Zaledwie tu przybyłem, kazano mi się zbisurmanić.
— Ten sam los przypadł nam w udziale.
— Dręczono mnie, a gdy mimo cięgów nie chciałem wołać pomocy Mahometa, wpakowano do lochu. To wszystko, co mogę powiedzieć.
Mindrello zamilkł. Czekał na odpowiedź, ale nie było jej. Stary hrabia pogrążył się w rozmyślaniach; usłyszał przed chwilą tyle, znalazł coś w rodzaju klucza do rozwiązania zagadki. Czy miał uważać to za zrządzenie Opatrzności? Czy miął odtąd wierzyć, że Bóg uratuje go od śmierci i długiej niewoli? Odruchowo złożył ręce do modlitwy i padł na kolana. Mindrello nie widział go, ale wyczuł, co się z hrabią dzieje, i całą duszą modlił się również. Nastąpiła długa pauza, po której były przemytnik rzekł:
— Zbierzmy siły i krzepmy się nadzieją, czcigodny mój panie. Bóg jest miłością, pomoże nam, ale tylko przez nas samych.
— Macie rację — rzekła hrabia, wstając z klęczek. — Musimy pomyśleć, w jaki sposób możnaby uciec.
Zaczęli rozważać wszystkie ewentualności ucieczki i przyszli do przekonania, że byłaby ona możliwa jedynie z lochu Mindrella.
Mindrello rzekł:
— Czy nie możemy zaraz przystąpić do dzieła?
— O, bardzo chętnie. Niestety jednak, dziś jest za późno. Odkrytoby jutro naszą ucieczkę i wnet rozpoczęłoby pościg. Wtedy bylibyśmy zgubieni.
— Dobrze, zastosuję się do was, don Fernando. Ale jedno możemy uczynić już teraz. Możemy spróbować, czy się nam nie uda poruszyć kamienia, zagradzającego otwór mojej celi.
— Słuszne słowa. Jeżeli nam się to uda, będziemy przynajmniej spokojni, iż możemy w każdej chwili opuścić więzienie. Jeżeli zaś nie, będziemy wiedzieli, że trzeba sobie z więzienia utorować drogę inną.
— Więc przeleźmy do mojej celi. Pójdę pierwszy.
Hiszpan zaczął wdrapywać się po murze; hrabia uczynił to samo. Bez trudu udało im się dostać przez otwór do drugiego lochu. Loch ten miał, jak to stwierdził hrabia Fernando, tę samą szerokość i głębokość, co jego nora. Zaczęli wdrapywać się ku powale.
Pierwszy szedł Mindrello, opierając się o jedną stronę muru plecami, o drogą zaś nogami; don Fernando postępował za nim szybciej, aniżeliby to jego wiek pozwalał przypuszczać. Na wzniesieniu półtora metra od ziemi loch skręcał wbok. Przechodził tu pod murem więziennym w tunelik nieco szerszy. Dostali się wreszcie bez specjalnych wysiłków do płyty kamiennej, zamykającej im drogę do wolności.
— No, teraz się pokaże, — rzekł Mindrello. — Niech hrabia się zbliży; spróbujemy.
Znaleźli tutaj dla siebie dosyć miejsca, loch bowiem wznosił się nie prostopadle, a pod kątem ostrym; mogli więc znaleźć mocne oparcie i naprężyć mięśnie do poruszenia płyty. Z początku sprawa szła ciężko, ale po powtórnem uderzeniu płyta posunęła się nieco na bok, tak, że powstał nieduży otwór, przez który nasi nieszczęśni więźniowie ujrzeli gwiaździste niebo.
— Chwała niechaj będzie Bogu i wszystkim świętym! — szepnął hrabia. — Jakże cudowne jest to świeże powietrze w porównaniu z ohydnym smrodem tam w dole. Mam wrażenie, jakgdyby gwiazdy uśmiechały się do nas i błogosławiły nasz plan. Czy umiecie z gwiazd odczytywać godzinę?
— Tak. Jest po północy.
— Więc za późno, by rozpocząć nasze dzieło. Jak cicho i nieruchomo dokoła. Harrar pogrążone jest w głębokim śnie. Tam przed domem hadżi Amandana stoją jeszcze worki daktyli, które dziś otrzymał; poznaję je mimo ciemności.
— Worki z daktylami? — zawołał Hiszpan. — Ach, gdybym mógł z nich coś zabrać! Przez cały dzień nic nie jadłem.
Hrabia spojrzał badawczo przez otwór. Po chwili rzekł:
— Właściwie, wychodząc, popełnimy nieostrożność. Musimy jednak pamiętać o tem, że jutro czeka nas wielki wysiłek. Co do mnie, to pragnienie mam większe od głodu, a wiem, że pod dachem wisi torba skórzana, napełniona wodą. Mindrello, czy ryzykujemy?
— Dlaczegóż nie? Któż nas spostrzeże?
— Zgoda! Podniesiemy kamień zupełnie i poczołgamy się po ziemi, aby nas nikt nie zauważył.
— Naprzód wezmę na wszelki wypadek mój nóż.
— Ach, macie nóż?
— Tak. Udało mi się przed jakimś czasem ściągnąć go niepostrzeżenie.
Mindrello zszedł nadół; po niedługim czasie wrócił, trzymając nóż w zębach.
Znowu oparli się o kamień i odsunęli go na bok. Wydobyli się teraz na powierzchnię ziemi. Przypadli do niej i zaczęli czołgać się naprzód na rękach i nogach w kierunku budynku, pod którego dachem stały worki z daktylami. Nad nimi wisiał wór z wodą, o którym mówił hrabia. Hrabia zbliżył się, chcąc ugasić pragnienie, ale towarzysz jego rzekł:
— Poco pić teraz, sennor?
— A kiedyż?
— Później. Pomyślcie, że ten wór, napełniony wodą, nam potrzebny bardziej, aniżeli hadżiemu. Proponuję, byśmy go zabrali.
— O świcie wykryje się kradzież.
— Cóż to nam szkodzi? — rzekł Mindrello, zarzucając na plecy worek pełen daktyli. — Weźcie wór, sennor, będziemy mieli co jeść i pić.
Po tych słowach pomknął szybko do więzienia; hrabia, chcąc nie chcąc, musiał ponieść wodę.
Naprzód spuścili nadół daktyle i wór z wodą, potem weszli obydwaj. Na dole było dosyć miejsca na dwóch. Zaspokoili głód i pragnienie, poczem znowu wrócili na górę, aby zaczerpnąć świeżego powietrza; mieli czas aż do chwili, w której mieszkańcy Harraru budzą się ze snu.
Leżeli tak przy ujściu otworu i omawiali planowaną ucieczkę; gdy daleki gwar wskazał im, że mieszkańcy miasta już wstają, umieścili płytę na właściwem miejscu i zsunęli się do lochu. Tam Mindrello zapytał:
— Czy zostaniemy razem, sennor?
— Nie — odparł hrabia. — Dopuścilibyśmy się nieostrożności. Być może, zechcą zobaczyć którego z nas, łub pomówić z którymś. Wracam do mojej celi; wstawimy tymczasem wyłamane kamienie do ściany. — —



II
NIEWOLNICA

Podczas, gdy Otman, wyprawiony przez przywódcę karawany, czekał pod bramą miejską, strażnik udał się do sułtana, aby go zameldować. Wszedł do pałacu w chwili, gdy właśnie odprowadzano do więzienia hrabiego Fernanda. Przestąpił próg sali recepcyjnej; sułtan siedział wciąż jeszcze na ławce tronowej. Twarz władcy była ponura, gniew na krnąbrnego niewolnika jeszcze nie minął. Kto go znał, wiedział, że było teraz niebezpiecznie zbliżać się do niego. Prześwidrował strażnika ostrym wzrokiem i zapytał:
— Czego chcesz o tak późnej porze?
Zapytany padł na ziemię, uniósł nieco głowę i odparł:
— Przed bramą stoi goniec i domaga się, aby go wpuszczono.
— Kto go przysyła?
— Arafat, emir karawany.
— Arafat? A więc nareszcie wrócił! Kazał długo czekać na siebie, więc przekona się, czego żąda mój gniew. Kim jest goniec, którego przysłał?
— Należy do szczepu Somali.
Sułtan drżał z gniewu.
— Do szczepu Somali? i śmiesz, psie, niepokoić mnie o tak późnej porze z powodu jakiegoś tam Somali? Niech Allach będzie dla ciebie litościwy. Zbliż się!
Strażnik przyczołgał się bliżej, aż głowa jego dotknęła stóp sułtana.
— Uklęknij i odwróć się! — rozkazał sułtan.
Słowa te wskazywały biedakowi, co go czeka. Władca Harraru miał bowiem zwyczaj ostrym nożem zadawać uderzenia w kark tym, którzy wzbudzili jego gniew. Jeżeli uderzenie trafiało w szyję, ofiara umierała i nikt nie ważył się nawet ulitować nad jej losem. Jeżeli jednak cios omijał szyję, trafiony uchodził wprawdzie z życiem, ale też z raną bolesną, po której pozostawało zwykle pewne zesztywnienie karku. W Harrarze i w okolicy spotykało się wielu ludzi o sztywnych szyjach; było to pamiątką po gniewie uprzejmego władcy, który życie swych poddanych cenił mniej, niż życie pierwszej lepszej muchy.
Strażnik ukląkł, zamknął oczy i wystawił kark. Sułtan wyciągnął swój jatagan, zamierzył się i uderzył. Uderzenie było takie silne, że wiązania szyji pękły. Głowa strażnika spadła z korpusu, ciało runęło na ziemię, strumień krwi trysnął z rany.
— Taki los musi spotkać wszystkich, którzy są nieposłuszni — zawołał sułtan. Wnet potem zapytał kata, który powrócił właśnie z więzienia:
— Czy w pewnem miejscu umieściłeś jeńca?
— Tak, panie, — odparł kat, padając plackiem przed władcą. — Zepchnąłem go do najgorszego lochu. Będzie miał straszną przeprawę ze szczurami.
— Doskonale! Jesteś posłusznym służką, więc nie minie cię nagroda. Zajmiesz miejsce strażnika. Urząd twój rozpoczyna się od tej chwili. Idź przed bramę i i powiedz temu przeklętemu Somali, by go Allah potępił. Niechaj wraca do swego pana i zamelduje, iż oczekuję jego podarków w dwie godziny po nastaniu świtu. O tak późnej porze nie może być wpuszczony żaden mieszkaniec Harraru, a co dopiero Somali.
— Czy mam wpuścić emira, skoro się zbliży z podarunkami?
— Nie. Pomyślałby, że się nie mogę doczekać. Niech stoi pod bramą ze swoimi ludźmi przez całą godzinę. I tak okazuję temu psu zaszczyt niezasłużony, że mu wogóle pozwalam wejść w mury miasta.
Otman, oczekujący przed bramą, był przekonany, że go wpuszczą, to też zdziwił się niepomiernie, gdy rzekł doń kat, który zaawansował na strażnika:
— Wróć do swego pana i powiedz, że żaden Somali nie zostanie wpuszczony.
— Allah jest wielki! A dlaczegóż to?
— Bo sułtan pogardza szczepem Somali. Strażnik, który pytał, czy cię można wpuścić, poniósł za to śmierć. Jestem jego następcą.
— Powiadasz, że mam wrócić do swego pana? Powiadasz, że sułtan pogardza szczepem Somali? — pienił się Otman za bramą. — A czy wiesz o tem, że nie mam pana? My, Somali, jesteśmy wolnymi ludźmi, a wyście nikczemnymi parobkami i niewolnikami. Życie wasze należy do tyrana; zabiera je, gdy mu na to przyjdzie ochota. Powiada, że nami pogardza. Ale mimo to, kupuje nasze towary i targuje się z nami jak Jehudu, jak Żyd. Bądź zdrów, niewolniku swego kata!
Po tych słowach Otman wsiadł na wielbłąda i odjechał.
Wkrótce miasto pogrążyło się we śnie. Spali wszyscy, z wyjątkiem naszych dwóch jeńców i rodziny zabitego strażnika. —
Następnego ranka, w dwie godziny po nastaniu świtu, przybył do nowego strażnika goniec sułtana.
— Czy karawana handlowa jest już tutaj? — zapytał.
— Nie — odparł strażnik.
— Masz zjawić się przed sułtanem.
Strażnik zbladł na wiadomość, że ma stanąć przed władcą. Musiał jednak usłuchać rozkazu.
Sułtan siedział już na swym drewnianym tronie. Strażnik padł plackiem, aby wysłuchać słów władcy. Obok sułtana stało kilku dygnitarzy.
— Czy emir Arafat przybył z podarunkami? — brzmiało pytanie.
— Jeszcze nie, panie...
— Dlaczego ten pies zwleka? Czy nie powiedziałeś jego gońcowi ze szczepu Somali, że oczekuję go w dwie godziny po wschodzie słońca?
— Nie, nie starczyło mi czasu, aby to powiedzieć, — odparł strażnik, drżąc na całem ciele.
— Dlaczego, ty psie, ty psi synu? — ryknął władca.
— Odjechał tak prędko...
— Więc przez ciebie mam czekać? Więc dlatego mianowałem cię strażnikiem? Allah jest wielki i sprawiedliwy. Co człowiek daje, to otrzymuje zpowrotem. Jako kat wielu ludzi pozbawiłeś życia; teraz rozstaniesz się ze swojem. Chodź tutaj.
Powtórzyła się scena z poprzedniego wieczora. W kilka chwil później strażnik leżał na ziemi z przebitą szyją. Następca jego pośpieszył ku bramie, otrzymawszy klucze z rąk sułtana.
Sułtan był wściekły. Oświadczył wprawdzie, że pogardza szczepem Somali, ale mimo to wyskakiwał ze skóry, czekając kiedy mu przedstawiciele tego szczepu przyniosą podarki.
Emir zameldował się dopiero w południe. Sułtan nie kazał mu czekać przed bramą, jak to sobie postanowił wczoraj, lecz wydał rozkaz wpuszczenia natychmiast i wprowadzenia do pałacu.
Przywódca karawany zjawił się wkrótce. Towarzyszyło mu pięciu ludzi, którzy eskortowali silnie objuczonego wielbłąda. Wielbłąd ten niósł podarunki dla sułtana. Przejęli je ludzie władcy Harraru. Teraz mógł emir wraz z towarzyszami zjawić się przed sułtanem; musieli wszyscy odłożyć broń i zdjąć obuwie.
Władca przyjął ich obcesowo:
— Dlaczego nie padacie na kolana? — zawołał.
— Padamy na kolana tylko przed Allahem — odpowiedział dumnie emir. — Jesteśmy wolnymi ludźmi i nie modlimy się do żadnego człowieka.
— Dlaczego przybywasz tak późno?
Pytał tonem tak brutalnym, że emir odparł z gniewem:
— Bo mi się tak podobało.
— Powinieneś postępować według mojej woli, a nie według swoich upodobań! Czy wiesz, że z twego powodu zabiłem dwóch strażników?
— Nie moja to wina. Przyszedłem tutaj jako kupiec, a nie jako kłótnik, i nie poto, abyś mnie obrażał.
— Usta masz zuchwałe. Czy cię obraziłem?
— Kto dokucza gońcowi, ten dotyka również i pana tego gońca. Powiedz, czy chcesz przyjąć moje podarki i czy chcesz ubić interes ze mną. Jeżeli nie, odjeżdżam.
— Co mi przynosisz tym razem?
— Jedwabie i chusty, miedź, ołów, żelazo, proch, papier i cukier.
— A czego chcesz wzamian za to?
— Kości słoniowej, tytoniu, kawy, szafranu, masła, miodu i gumy.
— Zobaczę. Pokażcie podarki.
Wyłożono przed sułtanem dary, ofiarowane przez emira, jako zachętę do interesu. Składał się na nie proch strzelniczy, piękne szaty i galanterja z żelaza. Sułtan zapalił się specjalnie do trzech rewolwerów, które zobaczył.
— Ta broń jest bardzo pożyteczna — rzekł. — Wiem, jak się z nią obchodzić; wiem również, że w braku amunicji staje się bezużyteczna. Był tu raz jeden Anglik, który mi darował pistolet. Nauczył mnie, jak się z nim obchodzić; zaledwie jednak odjechał, wyczerpały się naboje i broń straciła wartość.
— Mam dużo nabojów — odparł Emir. — Mogę je wszystkie sprzedać.
— Co? Mam kupować? — zapytał sułtan. — Darowujesz mi broń, a naboje każesz kupować? Czy nie wiesz o tem, że naboje należą do rewolweru?
— Wcale nie. Musiałem zapłacić za nie w Adenie moc pieniędzy. Mam jeszcze inne naboje do dwóch pięknych strzelb, które mogę sprzedać. Takich strzelb jeszcze tu nie było; są to dwururki wyrobu amerykańskiego.
— Przynieś je! — rozkazał sułtan.
— Przyniosę z innymi towarami, skoro mi tylko powiesz, żeś zadowolony z podarków, i że możemy rozpocząć nasz targ.
Sułtan obrzucił raz jeszcze dary chciwym wzrokiem i odparł:
— Jestem najpotężniejszym władcą wszystkich krajów. Tak wielki sułtan nie zasługuje na tak mamy haracz, ale Allah jest litościwy, więc i ja chcę być łaskawy. Przynieś, co masz. Najpierw ja poczynię zakupy, później niechaj kupują moi ludzie.
— Idę, ale mylisz się, twierdząc, że nic nie mam godnego ciebie. Mam coś, czego nie posiada żaden książę, żaden sułtan.
— Cóż to takiego?
— Niewolnicę.
— Wszystkie kobiety, czy to matki, czy córki, do mnie należą i mogę wśród nich wybierać wedle upodobania.
— Masz rację. Ale takiej dziewczyny, jaką ja przywiozłem, niema w całym Harrarze.
— Czy to Nubijka?
— Nie.
— Abisynka?
— Także nie.
— A więc?
— Należy do rasy białej — odparł emir bardzo dobitnie.
Sułtan zatoczył ruch radosnego zdumienia.
— Na Allaha! Więc to Turczynka!
— Nie. Turczynka kosztowałaby najwyżej pięćset talarów, niewolnica zaś, którą chcę sprzedać, jest warta tyleż tysięcy.
Sułtan zerwał się z ławki i zawołał:
— A więc jest białą chrześcijanką, niewierną?
Trzeba pamiętać, że w stronach tych europejską niewolnicę uważano za skarb niesłychanie cenny, trudny do opłacenia.
— Tak — odparł emir. — To chrześcijanka.
— Czy jest bardzo biała?
— Jak kość słoniowa.
— Piękna?
— Żadna rajska huryska nie może się z nią porównać.
— Niska?
— Przeciwnie, wysoka i zgrabna, jak palma, która rodzi złote owoce.
Widać było, że chciwość sułtana rośnie z każdą chwilą.
— Opisz ją — rozkazał. — Jakie ma ręce?
— Drobne i delikatne, jak u dziecka; paznokcie jej błyszczą, jak liście róży, jak pierwszy sen jutrzenki.
— A usta?
— Wargi ma jak granaty; zęby lśnią wśród nich jak perły. Kto ją całuje, temu grozi niebezpieczeństwo zapomnienia o życiu, o świecie, o samym sobie.
— Na Allaha, całowałeś ją! — zawołał sułtan, tak zazdrosny, jakby niewolnica należała już do jego haremu.
Emir z trudem krył uśmiech zadowolenia, zorjentował się, że będzie mógł towar swój zacenić wysoko.
— Mylisz się — odparł. — Jeszcze żaden mężczyzna nie pocałował ust tej dziewczyny.
— Czy jesteś tego pewien?
— Ręczę. Trudno całować, gdy nikt z nią mówić nie może.
— Na Allaha! Czy głuchoniema?
— Nie. Mowa jej brzmi jak śpiew słowika, ale mówi językiem, którego u nas nikt nie rozumie.
— Cóż to za język?
— Tego nie wiem; nigdy go nie słyszałem przedtem. Słyszałem, jak mówią Arabowie, Somali, mieszkańcy Harraru, Indusi, Malajczycy, Turcy, Francuzi i Persowie, ale nikt z nich nie mówił tak, jak ta dziewczyna.
— Skąd ją wziąłeś?
— Spotkałem na Ceylonie Chińczyka, handlarza dziewcząt. Dałem za tę dziewczynę dużo pieniędzy; przeznaczyłem ją dla ciebie.
— Idź i sprowadź niewolnicę wraz z resztą towaru.
Emir oddalił się ze swymi ludźmi, aby spełnić rozkaz sułtana. Tymczasem dla parady powieszono w sali tronowej rewolwer. Gdy wszyscy obecni oddalili się na rozkaz władcy, sułtan zaczął pozostałe skarby znosić osobiście do skarbca.
Wiadomość o przybyciu karawany handlowej wyciągnęła mieszkańców z domów; ale plac przed pałacem sułtana był pusty. Wiedziano o tem, że ludność mogła rozpocząć zakupy dopiero wtedy, gdy pan je skończy. Wiedziano i o tem, że wszelki pośpiech w tym względzie mógłby kosztować życie.
Po niedługim czasie emir wraz z ludźmi swymi i wielbłądami przekroczył bramę; minąwszy przepaściste uliczki, zatrzymał się przed pałacem. Tu zdjęto ciężary z pleców zwierząt; zostawiono chwilowo tylko wielbłąda, który dźwigał na sobie lektykę. Rozpostarto wielkie dywany i rozłożono na nich towary. Zjawił się sułtan, by je obejrzeć. Był sam; nikogo nie dopuszczał do siebie, gdy czynił zakupy.
— Gdzie niewolnica? — zapytał.
— Tam, w atuszy[1] — odpowiedział emir.
— Chcę ją widzieć.
Kupiec opornie potrząsnął głową i rzekł:
— Naprzód martwy towar, później żywy.
Sułtan odparł z gniewem:
— Jam władcą w Harrarze. Należy mnie słuchać. Chcę ją widzieć!
— Władcą moich rzeczy jestem ja sam! — rzekł Arafat, niezbity z tropu. — Kto kupi dużo towaru, ten będzie mógł zobaczyć niewolnicę — nikt inny. Jeżeli nie będę mógł rozporządzać swoją własnością wedle mej woli, odjadę.
— A jeżeli cię zatrzymam? — rzekł groźnie sułtan.
— Mnie zatrzymać? Mnie wziąć do niewoli? — zawołał emir, cofając się o krok.
— Tak, ciebie.
— Tysiące Somali i Arabów przyjdą i uwolnią mnie.
— Znajdą tylko twego trupa. Otwórz lektykę!
— Nie teraz; później.
— Dowiodę ci, że jestem tu władcą.
Po tych słowach postąpił kilka kroków ku lektyce. Emir zagrodził mu drogę i rzekł groźnie:
— Wiem, żeś ty potężniejszy ode mnie. Nie mogę cię uderzyć, ale mam prawo rozporządzać swoją własnością, jak mi się podoba. Jeżeli otworzysz lektykę i spojrzysz na niewolnicę, palnę jej prosto w łeb.
Wyciągnął pistolet i położył rękę na cynglu. Sułtan zmiarkował, że emir mówi poważnie, ustąpił czem prędzej.
— Spełnię twą wolę, — rzekł — ale ostrzegam, abyś nie wystawiał mojej pobłażliwości na nowę próbę, bo inaczej srodze pożałujesz. Pokaż rzeczy!
Niewielką zwracał uwagę na towary; był bowiem cały pochłonięty myślą o dziewczynie. Decydował się szybko i targował mało. Zapomniał dopiero o niewolnicy na widok obydwóch dwururek; kupił je drogo wraz z całym zapasem amunicji. Suma, którą miał zapłacić, była znaczna, nie została jednak wypłacona odrazu, gdyż emir miał również zabrać nieco towaru; wyrównanie więc różnicy odłożono na później.
Kupiec był bardzo zadowolony z rezultatów tranzakcji. Osiągnął sumę o wiele wyższą, niż się spodziewał. Dlatego nie opierał się już dłużej, gdy sułtan zaczął ponownie nalegać, aby mu pokazał dziewczynę. Arafat zażądał tylko, iżby ceremonja odbyła się wewnątrz pałacu.
Sułtan klasnął w dłonie. Zjawiła się służba, której polecił zabrać kupione towary. Czterech pachołków zdjęło lektykę z pleców wielbłąda i zaniosło ją do sali przyjęć. Gdy sułtan został w sali sam z emirem, rzekł doń:
— Teraz otwieraj!
Emir odsunął firanki; ujrzeli postać kobiecą, ubraną w białe, delikatne szaty. Twarz była zasłonięta podwójnym welonem.
Sułtan rozkazał emirowi zdjąć welon. Ujrzał teraz twarz tak białą, tak delikatną i piękną, jakiej nie widział jeszcze nigdy w życiu. Policzki dziewczyny były niezwykle blade. Sułtan zerwał się, zdecydowany na zatrzymanie tej cudnej istoty. Zawołał tonem rozkazującym:
— Niech wyjdzie z lektyki! Muszę widzieć jej postać.
Emir dał znak niewolnicy; gdy go nie zrozumiała, czy też zrozumieć nie chciała, ujął ją za rękę i wyciągnął.
Stała teraz wysoka i smukła, cała drżąca ze wstydu, a jednak wyniosła jak księżniczka.
Sułtan wypłacił emirowi za piękną niewolnicę sumę pięciu tysięcy aszrafów, to jest około czterystu funtów. Gdy emir oddalił się, złożywszy władcy głęboki, nieco ironiczny ukłon, sułtan ujął niewolnicę za rękę i przeprowadził ją przez kilka komnat, jeśli je można tak nazwać. Potem otworzył jakieś zaryglowane drzwi i wszedł do obszernego pokoju, który zamiast okna miał niewielki, wąski otwór, przepuszczający bardzo mało światła. Trzy ściany pokoju obstawione były skrzyniami, powiązanemi mocno sznurami. Z sufitu zwisała napełniona oliwą czara; wyglądało z niej kilka knotów. Pokój ten był skarbcem sułtana; na ścianach wisiała kosztowna broń i bogata odzież. Pod czwartą ścianą stała obita dywanem perskim otomana, jakgdyby przeznaczona dla piękności tak szczególnej, jak obecna niewolnica sułtana.
Gestem ręki polecił jej, aby usiadła. Usłuchała. Zaczął wypytywać w najrozmaitszych znanych sobie dialektach; odpowiadała tylko kiwaniem głowy.
— Nie zrozumie — rzekł wreszcie sam do siebie. — Ale znajdę sposób porozumienia się z nią. Jest chrześcijanką. Chrześcijaninem jest również niewolnik, którego wczoraj wrzuciłem do lochu. Twierdzi, że był księciem. Mówi z pewnością wszystkiemi językami niewiernych; niechaj więc będzie moim tłumaczem. Chcę jej powiedzieć, że nie jest u zwykłego mieszkańca Harraru, a u władcy tego kraju.
Rozwiązał teraz wszystkie kosze i paki. Niewolnica ujrzała ku swemu zdumieniu nawałę złota i srebra, monet i kruszców; była przekonana, że się dostała do najbogatszego człowieka w kraju. Chociaż wśród skarbów znajdował się nie jeden przedmiot, który w Europie nie jest wart grosza, ale w Harrarze były to perły urjańskie. Wystarczył powierzchowny rzut oka, aby przekonać się, że nagromadzono tu skarby miljonowej wartości.
Sułtan zaprowadził białą niewolnicę do swego skarbca dla bardzo określonych powodów. Przedewszystkiem chciał olśnić ją bogactwami, następnie pragnął nasycić się jej krasą. Aby uniknąć swarów i ataków zazdrości, nie zabrał jej do swych odalisek.
Wreszcie wyszedł i przyniósł osobiście białej dziewczynie jadła i napoju, potem zaś, schowawszy skarby, oddalił się, ponieważ musiał doglądać swych ludzi, gdy rozdzielali między siebie zakupione towary; chciał również starego kata, który pełnił funkcje dozorcy więziennego, posłać po chrześcijanina — niewolnika. —
Don Fernando ślęczał w lochu i myślał o planowanej na wieczór ucieczce. Tkwił w bardzo niewygodnej pozycji; nie mógł położyć się wskutek ciasnoty, usiąść zaś bał się z powodu trupów szczurzych, które zalegały podłogę. Musiał stać, co go wyczerpywało.
Wiedział, że trwać to będzie tylko do wieczora. Jak strasznie musieli się czuć jeńcy, skazani na przebywanie wśród robactwa, oczekujący śmierci, bez promyka nadziei, wiary, pociechy!
Było według jego obliczeń południe; nagle usłyszał jakiś szmer. Odsunięto kamień, zamykający wejście do celi. Jakiś głos zapytał:
— Czyś ty stary niewolnik — chrześcijanin?
— Tak — odparł.
— Sułtan chce z tobą mówić. Czy szczury uszanowały cię do tego stopnia, że możesz jeszcze chodzić?
— Spróbuję — odparł ostrożnie.
— Więc chodź na górę; spuszczę ci drabinę.
Hrabia namacał drabinę. Był to właściwie pień drzewa, w którym wydrążono wgłębienia na ręce i nogi. Wydostał się po nich na górę.
Jakie szczęście, że się rozłączył z Mindrellem! Na górze znalazł się w gołej, kamiennej sali, w której bytowało około dwudziestu skutych łańcuchami jeńców. Zorjentował się, że ludzie ci musieliby w każdym razie zauważyć jego ucieczkę z celi; ponadto mocne drzwi zaopatrzono od zewnątrz ryglem, który odbierał wszelką nadzieję ucieczki. Dlatego Bogu dziękował w skrytości ducha, że pozwolił mu spotkać Mindrella, z celi którego można się było wydostać wprost na swobodę.
Dopiero w świetle dnia zobaczył, jak strasznie pogryzły go szczury. Ciało miał pokryte ranami, koszulę całą w strzępach. Paliła go ciekawość, czego też chce sułtan.
Zastał władcę w sali przyjęć. Sułtan wiercił się niespokojnie, jakgdyby miał za chwilę odejść. Pytanie jego zdziwiło jeńca.
— Czy wiesz, iloma językami mówią niewierni?
— Języków tych jest bardzo wiele — odparł don Fernando.
— Czy znasz je?
— Tylko najgłówniejsze. My, chrześcijanie, mamy kilka języków, które znają wszyscy ludzie wykształceni, choć nie są ich mową rodzinną.
— Słuchaj więc, co ci powiem. Kupiłem niewolnicę, która należy do plemienia niewiernych. Mówi językiem nikomu tutaj nieznanym. Zaprowadzę cię do niej, byś spróbował, czy ją zrozumiesz. Jeżeli ci się uda zostać tłumaczem, spadnie na ciebie blask mej łaski i nie zginiesz w więzieniu. Będziesz ją uczył mojego języka, ażeby mogła ze mną rozmawiać. Nie wolno ci jednak widzieć jej twarzy i nie wolno powiedzieć nic złego o mnie, bo zginiesz.
— Jestem twoim sługą i będę posłuszny — odparł hrabia, składając korny ukłon.
Tysiące myśli przemknęło mu przez głowę. Niewolnica chrześcijanka? Azjatka, czy Europejka? Jakim językiem mówi? Będzie się musiał rozstać z Hiszpanem. Może lepiej udawać, że nie rozumie języka niewolnicy? A może nadarzy się sposobność do spełnienia dobrego uczynku?
— Chodź ze mną! — rzekł sułtan.
Hrabia podążył za nim. Gdy doszli do skarbca, władca odryglował drzwi i wszedł do komnaty, by zasłonić twarz niewolnicy. Dopiero teraz hrabia przestąpił próg, a sułtan zamknął za nim drzwi.
Don Fernando obrzucił pokój badawczym, czujnym wzrokiem. Uprzytomnił sobie odrazu, że w pakach i koszach mieszczą się bogactwa sułtana.
Niewolnica leżała na otomanie; twarz miała zasłoniętą podwójnym welonem, przez który mogła patrzeć, sama nie będąc widziana. Gdy hrabia wszedł, odwróciła twarz i drgnęła; widać spotkanie z nim było dla niej ogromną niespodzianką.
— Mów z nią — rozkazał sułtan. — Może zrozumiesz jej mowę.
Don Fernando postąpił kilka kroków w kierunku niewolnicy. Z okna padło nieco więcej światła na jego twarz. Kobieta nie mogła ukryć ponownego odruchu zdumienia. Sułtan zauważył to, tłumaczył sobie jednak zdziwieniem, iż pozwolono mężczyznie ją odwiedzić.
Quelle est la langue, laquelle vous parlez, mademoiselle? — Jaki jest pani język ojczysty? — Zapytał po francusku.
Uniosła głowę na dźwięk tych słów, ale wahała się odpowiedzieć, zapewne z nadmiaru radości. Przypuszczając, że niewolnica nie rozumie po francusku, don Fernando zapytał po angielsku:
Du you speak englisch perhaps, miss? — Może pani mówi po angielsku?
Benito sea Dios! — odparła wreszcie po hiszpańsku. — Rozumiem po angielsku i po francusku, ale mówmy po hiszpańsku.
Teraz zkolei zdumiał się don Fernando. Nieszczęście nauczyło go jednak panowania nad sobą; zapytał, nadając swoim słowom ton obojętny:
— Na Boga, pani — Hiszpanką? Niech pani zachowa spokój. Nie zdradźmy się! Musimy być ostrożni.
— Będę posłuszna ostrzeżeniu pana, choć przyjdzie mi z trudnością, — odparła. — Na Boga, czy to możliwe, czy mnie oczy nie mylą? Tak, musimy panować nad sobą. Ale co za radość, co za szczęście, jeżeli się przypadkiem nie mylę!
— Co ma pani na myśli, sennorito? — pytał, zaciekawiony.
— Jestem nietylko Hiszpanką, lecz i Meksykanką — odparła.
Teraz hrabiemu trudno było zapanować nad sobą; przemógł się jednak i odparł równomiernym głosem:
— Meksykanką! Sennorito, muszę uważać, gdyż czujne oko tyrana jest na nas skierowane; zapewniam panią jednak, że tylko z trudem mogę zapanować nad swemi uczuciami. Przecież i ja jestem również Meksykaninem!
Santa Madonna! A więc się nie mylę. Twarz wydaje mi się znana, jak również głos. Jesteś sennor naszym drogim, kochanym don Fernandem de Rodriganda, nieprawdaż?
Starzec panował nad sobą nadludzkim wprost wysiłkiem. Mimo to głos jego zadrżał, gdy zapytał:
— Znacie mnie, sennorito? Kimże jesteście?
— Nazywam się Emma Arbellez; jestem córką waszego dzierżawcy Pedra Arbelleza.
Nastąpiła długa pauza; przez serca obojga przeszła cała fala uczuć; spotkali się tutaj jakby cudem. Hrabia nie mógł rozpoznać rysów twarzy Emmy, usłyszał tylko, że głos jej załamał się przy ostatnich słowach. Płakała. I don Fernando nie potrafiłby zapewne opanować cisnących się do oczu łez, gdyby sułtan nie przerwał brutalnie:
— Jak widzę, rozumiesz jej mowę. Jakiż to język?
— Pochodzi z kraju, którego tutaj nikt nie zna.
— Jak się nazywa ten kraj?
— Hiszpanja.
— Nie znam nazwy. Musi to być jakiś mały, nędzny kraik.
— Przeciwnie; kraj to duży, należy do niego dużo wysp, które rozsiane są po wszystkich morzach świata.
— Czy kraj ten ma sułtana?
— Nie; tylko potężnego króla, który sprawuje rządy nad miljonami mieszkańców.
Sułtan uśmiechnął się z powątpiewaniem. Nie słyszał nigdy nazwy Hiszpanja i dlatego uważał słowa hrabiego za blagę.
— Co powiedziała niewolnica? — zapytał.
— Że cię cieszy, iż właśnie ty ją kupiłeś.
Rozpogodziła się twarz sułtana.
— Jakiego jest rodu?
— Ojciec jej był jednym z najdostojniejszych ludzi w kraju.
— Tego się domyślałem. Jest bardzo piękna. Jest piękniejsza od kwiatu i jaśniejsza od słońca. W jakiż sposób dostała się w ręce emira?
— O tem nie mówiliśmy jeszcze. Czy mam ją zapytać?
— Zapytaj! Powtórzysz mi później.
Hrabia zwrócił się do Emmy z pozornym spokojom i rzekł:
— A więc to ty, droga Emmo! Boże, w jakim stanie mnie spotykasz! Ale zostawmy to. Sułtan chce wiedzieć, jak się tutaj dostałaś. Muszę mu odpowiedzieć.
— Jak się dostałam? Przecież nawet nie wiem, gdzie jestem.
— Kraj ten zwie się Harrar, tak samo nazywa się i miasto, w którem jesteśmy. Przed nami stoi sułtan, władca tego kraju. Ale odpowiedz naprzód na moje pytanie.
— Pirat chiński porwał mnie na Ceylon. Tam zostałam sprzedana człowiekowi, który dostarczył mnie tutaj.
— W jaki sposób dostałaś się w ręce Chińczyków.
— Płynęłam na tratwie po szerokiem morzu przez szereg dni. Wreszcie zabrał mnie holenderski statek, który koło Jawy wpadł w ręce chińskiego handlarza niewolnikami.
— Na tratwie? Jestem zdumiony. Jak się dostałaś na morze? Czy to wpobliżu Meksyku?
— Nie; byliśmy wszyscy na odległej wyspie.
— Wszyscy? O kim mówisz, Emmo?
— No, wszyscy, sennor Sternau, Mariano, obydwaj bracia Ungerowie, Bawole Czoło, Niedźwiedzie Serce i Karja, siostra Miksteki.
— To dla mnie same zagadki. Jedno tylko nazwisko! mnie zastanawia: Sternau. Któż to taki?
— Nie znasz go, hrabio? Ach, radość z powodu i spotkania sennora odebrała mi pamięć. Zapominam, że nic panu o tem wszystkiem, co zaszło, niewiadomo. Sennor Sternau wyruszył z domu, by odszukać ciebie, hrabio, i kapitana Landolę.
— Na Boga, a więc to ten sam człowiek, o którym mi wczoraj opowiadał Mindrello! Powiedz, to lekarz i bratanica moja, Roseta, jest jego żoną nieprawdaż?
— Tak.
— Operował mego brata i przywrócił mu wzrok?
— Tak. Ale skąd wie pan o tem wszystkiem, don Fernando?
— Dowiesz się później. Patrz, sułtan się niecierpliwi. Jak dawno już temu opuściłaś kraj ojczysty?
— Szesnaście lat — odparła.
Córka hacjendera zmieniła się niewiele w przeciągu tych wielu, bądź co bądź, lat. Tu, w Harrarze, gdzie ludność, zwłaszcza kobiety, starzeją się niezwykle szybko, Emma mogła uchodzić za dwudziestoletnie dziewczę. Odpowiedź jej wywarła na don Fernandzie ogromne wrażenie. Stał z otwartemi ustami w milczeniu. Dopiero po długiej chwili zapytał:
— Szesnaście lat? Gdzieżeś była przez ten cały czas?
— Na wyspie.
— Na jakiej wyspie, Emmo?
— Ach, zapominam ciągle, że pan o tem wszystkiem nie może mieć nawet pojęcia. Landola wziął nas w Guaymas do niewoli i umieścił na odludnej wyspie Oceanu Wielkiego, gdzie żyliśmy przez ten cały czas.
— Mój Boże, to niesłychane, zdumiewające!
W tym momencie sułtan przerwał. Przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, wreszcie znudziło mu się to i rzekł:
— Nie zapominaj, że czekam na odpowiedź. Cóż ci takiego opowiedziała?
— Powiada, że podczas spaceru po morskiem wybrzeżu, schwytał ją i wziął do niewoli jeden z chińskich piratów.
— I sprzedał ją później na Ceylonie emirowi?
— Tak.
— A więc powiedział mi prawdę. Czy jest kobietą, czy dziewczyną?
— Dziewczyną.
— Dobrze. Czy powiedziała coś o mnie?
Hrabia skłonił się głęboko i rzekł:
— Jestem twym posłusznym sługą i przedewszystkiem myślę o tobie, o sułtanie. Dlatego postanowiłem skierować oczy jej na ciebie i zapytać, co serce jej powiada na twój widok.
Twarz władcy wyrażała w tej chwili błogość i zaciekawienie zarazem. Pogładził się po brodzie i zapytał tonem, zdradzającym dobry humor:
— Cóż ci odpowiedziała?
— Odpowiedziała, że jesteś pierwszym wogóle mężczyzną, na którego widok serce jej coś mówi.
— A dlaczego?
— Albowiem twarz twoja pełna dostojności, oko pełne siły i wyrazu. Chód twój dumny, a sam tyś poważny jak kalif. Oto jej słowa.
— Jestem z ciebie bardzo zadowolony, mój niewolniku, tak samo jak i z niej. Sądzisz więc, że odda mi swoje serce i nie będę zmuszony zdobywać go siłą?
— Mężczyzna nigdy nie powinien zdobywać siłą miłości kobiety. Powinien patrzeć na nią pobłażliwie i łagodnie, a wtedy miłość wystrzeli sama, jak roślina pod wpływem promieni słońca.
— Niewolniku, masz słuszność. Okażę jej wiele łaskawości.
— Czy wiesz, o władco, że miłość naprzód powinna się przyoblec w słowa, zanim wyrodzi się w czyny? Niewolnica ta tęskni za chwilą, kiedy będzie mogła pomówić z tobą w ojczystym twoim języku; chce powiedzieć ci sama, co czuje jej dusza.
— Niechaj życzeniu temu stanie się zadość. Mianuję cię jej nauczycielem. Kiedy będzie mogła mówić ze mną?
— To zależy, kiedy będę mógł rozpocząć nauki, oraz ile godzin dziennie trwać będą.
 — Ta dziewczyna zawładnęła całem mem sercem; wprost doczekać się nie mogę, kiedy mi sama powie, że chce być moją żoną. Dlatego rozkazuję ci przystąpić do nauczania dzisiaj.
— Będę posłuszny, o panie!
— Czy trzy godziny dziennie wystarczą, niewolniku?
— Jeżeli będę mógł z nią mówić trzy godziny dziennie, za tydzień niewolnica powie ci, że doznasz szczęścia. Ale kobiety takie, jak ona, nie przywykły do widoku mężczyzn nieodzianych. W takim stroju, jak mój...
— Będziesz miał inną odzież, znacznie lepszą, i nie powrócisz już do lochu. Otrzymasz, ile chcesz, mięsa, ryżu i wody, abyś lepiej wyglądał.
— Dzięki ci, panie. Czy mam dziś rozpocząć?
— Skoro się tylko przebierzesz. Nie mam czasu przy nauczaniu asystować. Wyznaczę eunucha, który was będzie strzegł. Chodź, niewolniku!
— Czy mogę powiedzieć jej, co łaska twoja postanowiła?
— Powiedz.
Hrabia był zadowolony, iż mu się tyle udało uzyskać. Zwrócił się do Emmy i rzekł:
— Niestety, muszę teraz odejść; wkrótce będziemy mogli pomówić obszernej. Sułtan pozwolił mi uczyć sennoritę jego języka. Codzień będziemy spędzali trzy godziny razem. Musimy być cierpliwi. Przedewszystkiem jednak pragnę cię uspokoić tem, że ratunek jest możliwy. Miałem zamiar uciec stąd dzisiaj wieczorem. Może plan ten jeszcze się powiedzie.
Po tych słowach udał się za sułtanem, który wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi; jednemu ze służących polecił zdjąć łańcuchy z nóg więźnia, odziać go porządnie i dbać o to, aby otrzymywał pożywną strawę. Gdy hrabia przebrał się i posilił solidnie, sułtan kazał go zawezwać do siebie.
Władca zaprowadził don Fernanda do skarbca i zamknął za nim drzwi. Nie przeczuwał nawet, na czem będzie polegała lekcja.
Don Fernando zastał Emmę na tem samem miejscu, co przedtem, mocno zawoalowaną. Naprzeciw niej siedział czarny eunuch.
Murzyn wiedział, że starzec jest niewolnikiem; podniósł się na jego widok i rzekł wyniośle:
— Masz być jej nauczycielem?
— Tak — odparł hrabia krótko.
— Ale pozostanie pod welonem.
— Oczywiście.
— Nie masz prawa jej dotknąć.
— Ani mi to w głowie.
— I nie masz prawa mówić z nią nic złego o nas, inaczej powiem sułtanowi.
— Skąd będziesz wiedział, czy mówię coś dobrego, czy złego? Nie rozumiesz przecież języka, w którym mówimy.
— Wyczytam to z twojej miny.
Murzyn nie był tak głupi, jak wyglądał. Rozłożył obok niewolnicy koc i rzekł do hrabiego:
— Oto twoje miejsce. Tak rozkazał sułtan. Siadaj i zaczynaj!
— Jak długo ma trwać lekcja? — zapytał hrabia.
— Trzy godziny.
— Jakże to określisz?
— Zapomocą tego oto zegara.
Eunuch wyciągnął z fałdów swego ubrania klepsydrę piaskową. Don Fernando rozpoczął:
— A więc, droga Emmo, możemy mówić teraz ze sobą przez trzy godziny; nikt nas nie rozumie i nikt nam nie będzie przeszkadzał. Musimy tylko uważać, aby dla tego czarnego rozmowa nasza była lekcją. Dlatego rzucę od czasu do czasu jakiś harrarski wyraz, który będziesz musiała powtórzyć. Zresztą, możemy być nieco mniej ostrożni, aniżeli w obecności sułtana. Żyliście zatem przez szesnaście lat na bezludnej wyspie?
— Tak; gdy nas na nią wysadzono, była bezludna i goła. Udało się nam jednak zalesić ją nieco. Cały nasz wysiłek szedł w tym kierunku, by otrzymać drzewo na łódkę, czy tratwę.
— Opowiadaj, opowiadaj! Umieram z ciekawości, co się stało z wami i z moimi.
Emma zaczęła mówić. Opowiadanie to przejęło hrabiego do głębi i wyjaśniło mu wiele rzeczy. Uświadomił sobie, jakim zdrajcą był Cortejo, upewnił się, że Alfonso nie jest jego bratankiem. Z chęcią uwierzył w to, iż Mariano jest zamienionym chłopcem. Podczas, opowiadania Emmy musiał wrażenia swe opanowywać niemal siłą; przecież grał rolę nauczyciela. Gdy Emma skończyła, don Fernando powiedział głośno kilka słów w narzeczu sułtana i, wytłumaczywszy znaczenie, kazał się ich nauczyć napamięć. Słowa te brzmiały: — jesteś wielkim władcą; jesteś rozkoszą kobiet; widok twój napełnia radością mą duszę; bądź litościwy, a pokocha cię me serce.
Emma doszła w swem opowiadaniu do chwili, w której wylądowali na wyspie.
— Gdzie leży ta wyspa? — zapytał hrabia.
— O tem nie mieliśmy pojęcia — odpowiedziała córka hacjendera. — Dopiero po upływie wielu lat udało się Sternauowi z obserwacji gwiazd i innych znaków, które mi nie są znane, ustalić, że jesteśmy na czterdziestym stopniu szerokości geograficznej, o jakie dwadzieścia dwa stopnie na zachód od południka Ferro. Sternau oświadczył, że znajdujemy się o trzynaście stopni na południe od wysp Ostera, i że moglibyśmy dotrzeć do nich, gdybyśmy mieli dosyć drzewa do zbudowania tratwy.
— Co za nieszczęście! Ratunek był tak blisko, a równocześnie tak daleko! A więc nie mieliście drzew?
— Nie. A zresztą, gdybyśmy je nawet mieli, brakowało nam przecież narzędzi do obróbki drzewa. Dopiero z biegiem czasu udało się odłamki raf koralowych tak wyostrzyć, że mogły zastępować siekiery i noże. Ogołociliśmy więc krzaki, które się na wyspie znajdowały, z dolnych gałęzi, i wyhodowaliśmy je w ten sposób na drzewa.
— Ale z czego żyliście?
— Naprzód z korzeni, owoców i jaj. Odkryliśmy również rodzaj muszel, które można było jeść jak ostrygi. Później zaczęliśmy wyrabiać sieci i wędki, by łapać ryby. Zkolei nauczyliśmy się ostrzyć strzały i wiązać łuki, z których strzelaliśmy do ptactwa. Poznaliśmy na wyspie pewien rodzaj królików; stały się naszem pożywieniem.
— Pożywieniem? Przypuszczam, że Landola chyba nie zostawił wam krzesiwa.
— Oh, ogień wykrzesaliśmy bardzo szybko. Sternau zwiedził sporo krajów, których ludność wydobywała ogień z dwóch kawałków drzewa. Musieliśmy jednak bardzo oszczędzać nasze zapasy.
— A jak było z ubraniem?
— Ubrania zniszczyły się jeszcze na statku; odzież panów przegniła niemal zupełnie. Musieliśmy pomyśleć o skórkach króliczych, które nauczyliśmy się oprawiać. Mieszkania mieliśmy bardzo prymitywne: lepianki z otworami, zamiast okien. Kawalerowie jadali u małżeństw.
— U małżeństw? — zapytał hrabia. — Ach, rozumiem, — rzekł po chwili z uśmiechem. — Niedźwiedzie Serce wziął za żonę Karję, córkę Miksteków. Indjanie nie mają przy zawarciu małżeństw żadnych przygotowań. Jakżeż jednak było z drugiem małżeństwem?
Milczała przez chwilę; gdyby ktoś mógł dojrzeć twarz jej pod welonem, zauważyłby, że oblała się ponsem. Po chwili zaczęła mówić z pewnem wahaniem:
— Ach, panie hrabio, niechże pan uświadomi sobie nasze położenie! Byliśmy samotni i zdani na siebie samych; wybawców przestaliśmy oczekiwać. A kochaliśmy się tak bardzo, ja i Antonio. Postanowiliśmy zostać mężem i żoną; reszta towarzyszy niedoli aprobowała naszą decyzję. Myśleliśmy o tem, że nas pobłogosławi ręka księdza, gdy tylko odzyskamy wolność. Nie wiem, czy zobaczę jeszcze kiedyś mego Antonia i pozostałych towarzyszy. Wyobrażam sobie, w jaką wpadli rozpacz, gdy nie powróciłam!
— Jestem niezwykle ciekaw, w jaki sposób wydostałaś się z wyspy?
— To było smutne i okropne; groza mnie przejmuje, gdy o tem myślę.
Emma westchnęła głęboko i boleśnie; mimo welonu i szerokiej szaty, w jaką była ubrana, don Fernando zauważył, że drży.
— Opowiadaj, Emmo! — prosił. — Choć ci to ciężko idzie, choć cię wspomnienia przerażają, musisz mi wszystko wyznać. To, co sam przeżyłem, jest z pewnością niemniej okropne.
— Nareszcie udało się nam wyhodować tak potężne drzewa, że mogliśmy pomyśleć o tratwie. Ze względu na stan naszych narzędzi, kosztowało to niemało trudu. Tratwa była wreszcie gotowa. Mogła pomieścić nas wszystkich i nasze zapasy. Zaopatrzyliśmy ją w ster, maszt i żagiel, szyty ze skórek króliczych. Leżała przy brzegu; postanowiliśmy przepłynąć na niej miejsce, które nawet przy pogodzie jest bardzo burzliwe. W nocy, poprzedzającej nasz wyjazd, zbudziło mnie jakieś wycie. Zaczęłam nasłuchiwać; rozszalała burza. Pomyślałam o zapasach, znajdujących się na tratwie, i postanowiłam zobaczyć, czy łódź jest dobrze przymocowana do brzegu. Ponieważ mężczyźni dużo w dzień pracowali, nie zbudziłam nikogo, i sama poszłam nad brzeg. Zobaczyłam, że wzburzone fale miotają tratwą na wszystkie strony. Linę, na której łódź była uwiązana, uplotliśmy ze skóry. Mogła łatwo pęknąć, skóra bowiem królicza jest bardzo nietrwała. W łodzi leżała jeszcze jedna lina. Chciałam ją zabrać, by lepiej łódź przymocować. Ledwie stanęłam na tratwie, spadła olbrzymia fala i zerwała linę. Po chwili łódź była już na burzliwem morzu. Ze strachu upadłam, tracąc przytomność.
— Dalej, dalej!
— Nie przypominam sobie, co się potem działo; nie przypominam sobie również, w jaki sposób łódź przebyła rafy koralowe.
— To łatwo wytłumaczyć. Morze było tak wzburzone, fale tak wysokie, że rafy już nie stanowiły przeszkód.
— Jak we śnie słyszałam ryk morza, uderzenia piorunów; widziałam błyskawice, rozdzierające ciemności nocy. Gdy już zupełnie oprzytomniałam, świeciło słońce. Deszcz ustał zupełnie; morze zaczęło się uspakajać. Najważniejszą sprawą było pytanie, czy prowianty nie zatonęły. Okazało się, że fale ich nie spłukały. Jak łódź potrafiła wyjść cało z orkanu, pozostało to dla mnie zagadką; w każdym razie wyspa znikła; byłam otoczona tylko wodą. Co miałam czynić? Płakałam i modliłam się naprzemian aż do nadejścia nocy. Płakałam i modliłam się przez całą noc i przez dzień następny, ale to nie pomogło mi wrócić na wyspę. Wreszcie, znużona wzruszeniami dnia, usnęłam. Gdy się obudziłam, straciłam zupełnie poczucie czasu. Pomyślałam teraz o tem, o czem powinnam była pomyśleć przedewszystkiem.
— O sterze i żaglach, nieprawdaż?
— Tak. Miałam wrażenie, że burza rzuciła mnie na wschód, więc zaczęłam sterować ku zachodowi. Teraz dopiero wiem, że lepiej byłoby postąpić przeciwnie. Z natężeniem wszystkich sił podciągnęłem żagiel. Chociaż nie miałam pojęcia, jak należy obchodzić się z łodzią, udało mi się umieścić go tak, by łódź płynąć mogła na zachód. Dniami stałam przy sterze, nocami przywiązywałam go. Tak przeszło piętnaście dni i piętnaście nocy. Czy mam mówić, co przez ten czas wycierpiałam? To wprost niemożliwe.
— Wyobrażam sobie, droga moja Emmo, — rzekł hrabia. — To i tak godne podziwu, że nie zginęłaś w tych warunkach i nie straciłaś zmysłów.
— Szesnastego dnia ujrzałam statek; ludzie ze statku spostrzegli również mą tratwę. Był to okręt holenderski; płynął do Batawji. Dowiedziałam się od kapitana, że jesteśmy między Karolinami a wyspami Palaos. Zdaniem jego, burza gnała tratwę z niesłychaną szybkością w kierunku zachodnim. Przebyłam archipelag, nie widząc ani jednej wyspy. Kapitan polecił krawcowi okrętowemu sporządzić dla mnie suknię i pocieszył mnie nadzieją, że w Batawji znajdę z pewnością pomoc. Gdyśmy płynęli szlakiem Sund, napadł na nas jeden z chińskich okrętów korsarskich; grasuje ich sporo w tych stronach. Odniósł zwycięstwo i wyciął w pień załogę. Tylko mnie oszczędzono. Reszta jest wam znana, don Fernando. Zawieziono mnie na Ceylon i tam sprzedano. Emir odstąpił mnie sułtanowi Harraru; oto wszystko.
— Dziecko, — rzekł hrabia łagodnie — jest Bóg dobrotliwy, który każdem nieszczęściem pokierować potrafi i obrócić je na dobre. Kto wie, czy wam wszystkim razem udałoby się dotrzeć do jakiejś wyspy? Pismo Święte mówi: „Z wiatrów czyni anioły, z płomieni swe sługi“. Burza zagnała cię na zachód. Bóg chciał, byś mnie znalazła; wierzę, że wszystko jeszcze cudownie się skończy.
— Ach, gdyby spełniła się ta nadzieja! Powiadam wam, don Fernando, wolę umrzeć, aniżeli zostać żoną tego człowieka.
— Nie umrzesz i nie będziesz do niego należała, drogie dziecię. Dziś w nocy uciekniemy. Wyobraź sobie, spotkałem w tutejszem więzieniu dzielnego człowieka, który pochodzi z Manrezy, niedaleko Rodrigandy. Ten łotr Landola i jego sprzedał, ponieważ był niewygodny dla Gasparina Cortejo. Mam wrażenie, że przeznaczono nas wszystkich na zagładę, a tylko chciwość Landoli uratowała nam życie. Z Hiszpanem, który się zwie Mindrello, postanowiliśmy uciec dzisiejszej nocy.
— W jakiż to sposób, sennor?
— Powiedziałbym ci chętnie, ale patrz: murzyn wyciąga zegar po raz drugi; piasek już się kończy.
— Nic jeszcze nie wiem o waszym losie i przygodach.
— Chciałem ci wszystko opowiedzieć, ale znajdzie się na to czas później. Mamy do dyspozycji jeszcze tylko kilka minut; musimy czas ten zużyć na powtarzanie słów, których się nauczyłaś. Przyjdę dziś wieczorem do ciebie; nie myśl o niczem innem, tylko o przestrzeganiu największej ciszy. Gdyby nam coś przeszkodzić miało, zobaczysz mnie jutro, na lekcji.
Hrabia zaczął powtarzać z Emmą wyrazy, których się miała nauczyć; eunuch kiwał z zadowoleniem głową. Gdy upłynęły trzy godziny, murzyn podniósł się z godnością i rzekł rozkazująco:
— Czas twój minął. Chodź ze mną!
Hrabia wstał z koca i zaczął zmierzać ku wyjściu. Przy samych drzwiach zaszedł mu drogę sułtan.
— Na Allaha! Jesteście punktualni — rzekł władca Harraru, poczem, zwracając się do eunucha, zapytał:
— Czy słyszałeś wszystko?
— Wszystko, panie, — odparł zapytany piskliwym głosem eunucha.
— Czy mówił o mnie dobrze, czy też źle?
— Dobrze, nawet bardzo dobrze!
— Jesteś tego pewien?
— Najzupełniej, bo przecież słyszałem na własne uszy.
Sułtan skinął głową z zadowoleniem i, zwracając się do hrabiego, zapytał:
— Czy się czegoś nauczyła?
— Tak — odparł zapytany pewnym głosem.
— Czego? Czy mogę wiedzieć?
— Jeżeli taka twoja wola... Mówiłem z nią bardzo wiele o tobie. Zapytaj, za kogo cię uważa.
Sułtan zapytał z ogromną ciekawością:
— Powiedz, kim jestem?
Hrabia skinął głową i Emma wyrzekła w języku sułtana pierwsze wyuczone zdanie.
— Jesteś wielkim władcą.
Sułtan uśmiechnął się szeroko i pytał dalej:
— Czy umie jeszcze coś?
— Zapytaj, czy uważa, że jesteś uprzejmy?
— Czy sądzisz, że jakakolwiek kobieta mogłaby mnie nienawidzieć lub mi się oprzeć? — zapytał władca.
— Jesteś rozkoszą kobiet — brzmiała odpowiedź z za woalu.
— Zapytaj, czy czuje tę rozkosz? — rzekł hrabia.
— Widok twój koi mą duszę — odpowiedziała.
Sułtan był zachwycony rezultatem pierwszej lekcji. Poklepał jeńca po ramieniu, co mu się nigdy dotąd nie zdarzyło, i rzekł doń protekcjonalnie:
— Jesteś najlepszym nauczycielem, jakiego sobie można wyobrazić. Niewolnica zostanie dziś jeszcze moją żoną, ty zaś będziesz nagrodzony, nie jak niewolnik, lecz jak człowiek wolny.
— Panie, nie śpiesz się zbytnio, — rzekł don Fernando. — Pomyśl o tem, że serce jej jest jeszcze przy tych, z którymi wyrosła i żyła, i że dopiero dziś stała się twą własnością. Bądź jeszcze przez kilka dni cierpliwy i pozwól jej naprzód uspokoić się nieco. Im więcej będziesz okazywać przyjaźni i serdeczności, tem łatwiej zdobędziesz jej serce. Zapytaj sam, a przyzna mi rację.
Sułtan zwrócił się znowu do Emmy.
— Czy to prawda, że prosisz o zwłokę?
— Bądź litościwy, a serce moje cię pokocha, — brzmiała ostatnia wyuczona odpowiedź.
— Kocha mnie, chce mnie kochać! — zawołał sułtan. — Uczynię to, o co mnie prosi. Ty zaś będziesz mieszkał w drugim pałacu. Nie wolno ci go opuszczać; musisz być stale do mej dyspozycji.
Hrabia wyszedł z pokoju. Sułtan polecił eunuchowi przygotować dla jeńca mieszkanie. —
Don Fernando otrzymał w drugim pałacu pokój, w którym miał zamieszkać. Oczywiście, nie należy brać określenia pałac zbyt dosłownie. Była to poprostu oficyna głównego budynku; stała tam otomana i nic ponadto.
Sułtan był dziś przyjaźnie usposobiony względem jeńca, tak srogo ukaranego wczoraj; hrabia przekonał się o tem, gdyż przyniesiono mu fajkę i jako-taką porcję tytoniu. Palenie sprawiało mu rozkosz niewysłowioną; wszak był go pozbawiony przez cały szereg lat.
Jakże zmieniły się od wczoraj warunki! Hrabia był pełen nadziei, że wszystko skończy się jak najlepiej i ucieczka się uda.
Zapadający wieczór dowiódł, że nadzieja w pomoc Bożą nie była bezpodstawna. Ledwie się zaczęło ściemniać, sprowadzono z pastwiska cztery najlepsze wielbłądy i postawiono w szopie, w której mieściły się części uprzęży sułtana. Na zapytanie hrabiego: — dlaczego wielbłądy nie zostają na pastwisku? — odparł człowiek, który je prowadził:
— Ponieważ taki jest rozkaz sułtana. Wyjeżdża jutro rano ze swą najstarszą żoną do jej ojca, u którego pozostanie czas jakiś. Mam przygotować dwa siodła męskie, jedną lektykę damską i siodło do ładowania ciężarów.
Sułtan usuwał pierwszą żonę, pragnąc czas swój poświęcić wyłącznie nowej niewolnicy.
Hrabia był uszczęśliwiony. Dwa siodła, to przecież w sam raz dla niego i Mindrella; lektyka — dla Emmy; na czwartem siodle można będzie ulokować rzeczy, potrzebne do drogi.
— Czy mogę ci pomóc? — zapytał hrabia człowieka, pędzącego wielbłądy.
— Dobrze! Jestem zmęczony i chciałbym się prędko położyć — odparł tamten.
Hrabia nie mógł nawet marzyć o korzystniejszej odpowiedzi. Nakarmił i napoił wielbłądy, a gdy poganiacz oddalił się o zmroku, przyrzekł mu na pożegnanie spać przy nich, aby się ulubieńcom sułtana nic złego nie przytrafiło. Fajka, napełniona tytoniem, była nagrodą za tę propozycję. — —
Tymczasem Mindrello siedział samotny w swej celi i z tęsknotą wyczekiwał zmroku. Gdy wieczór, według jego obliczeń, nastał, wdrapał się po ścianie na górę i zrzucił kamień. Powstała przez to dziura, prowadząca do lochu hrabiego.
— Don Fernando! — zawołał półgłosem.
Nie było odpowiedzi.
— Don Fernando! — powtórzył.
Znowu milczenie.
— Panie hrabio! Sennor! Don Fernando!
Nikt nie odpowiadał.
— Cóż to znaczy, na Boga? — mruknął Hiszpan przerażony. — Czy mu się coś stało? Czy go wyciągnięto z lochu? Tak, czy owak, byłoby źle dla nas obu, gdyby mu się przytrafiło nieszczęście. Przelezę do jego celi, aby się przekonać.
Wyciągnął jeszcze jeden kamień ze ściany, dzielącej cele, i wlazł do lochu. Hrabiego nie było. Na ziemi leżały pozabijane szczury.
Pełen niepokoju i rozpaczy, wrócił do swojej nory i czekał. Gdy mu już zabrakło cierpliwości, wdrapał się znowu ku wyjściu i, ukryty za kamieniem, zaczął nasłuchiwać, czy w śpiącem mieście nie odezwie się jaki szmer. Panowała cisza. Wyjrzałby chętnie przez kraty, ale nie mógł przecież sam odsunąć kamienia.
Przeszedł długi czas w trwodze i zgryzocie. Mindrello zaczął już tracić nadzieję, gdy nagle usłyszał jakiś szelest. Ktoś uwijał się koło kamienia. Kto to być może? Kat, czy też hrabia? Zapukano kilkakrotnie do płyty, poczem głos jakiś zapytał:
— Mindrello, czy to wy?
— Tak, to ja, sennor.
— Pomóżcie mi odsunąć kamień; sam nie poradzę.
Nareszcie płyta ustąpiła. Bez trudu odsunęli teraz kamień i Mindrello wydostał się na powietrze.
O Dios, co się strachu najadłem! — rzekł. — Zaglądałem do waszej celi, don Fernando, nie znalazłem was jednak. Gdzieście przepadali?
— Wezwano mnie do sułtana; przeżyłem wiele, mój drogi Mindrello. Szczegóły opowiem ci później.
Dla uśpienia podejrzeń umieścili kamień na dawnem miejscu, poczem udali się w kierunku pałacu. Szyldwach stał przy bramie. Otaczały ich ciemności egipskie. Obydwaj poczołgali się do wartownika. Hrabia skoczył szybkim ruchem, chwycił strażnika obydwiema rękami za gardło i zdusił tak mocno, że szyldwach stracił oddech i ze strachu gębę rozdziawił. W jednej chwili zakneblowali mu usta, a w kilka chwil później skrępowali tak mocno, że się ruszyć nie mógł. Tak omotanego zanieśli do szopy, w której czekały wielbłądy, już przedtem osiodłane przez hrabiego.
Droga stała przed nimi otworem. Pocichu dostali się do przedsionka sali przyjęć; hrabia zdjął nóż ze ściany, chciał bowiem na wszelki wypadek mieć broń przy sobie. Gdy odsunął parawan, zastępujący najbliższe drzwi, stwierdził, że sypialnia jest pusta.
— Co to? — zapytał Mindrello półgłosem.
— Ach, — szepnął hrabia — jeszcze nie śpi. Bawi u niewolnicy, która mieszka tam, w skarbcu.
— Więc tam jest skarbiec? Do djabła, wygodne urządzenie!
— Byłem w skarbcu dzisiaj przez trzy godziny. Wszystko pójdzie dobrze. Chodźcie bliżej.
Dotarli do drzwi; przez szparę płynęła jasna smuga światła. Hrabia rozszerzył nieco szparę, mogli więc wyraźnie zobaczyć wnętrze skarbca.
Na poduszkach spoczywała Emma; w pewnej odległości siedział zapatrzony w nią sułtan.
Hrabia rzekł szeptem do Mindrella:
— Sułtan odwrócony jest do nas plecami. Stwierdziłem dziś, że drzwi te otwierają się bez szmeru. Chodzi tylko o to, aby się Emma nie zdradziła, żeśmy przyszli, a sułtan nie miał czasu na przywołanie pomocy lub na opór. Wejdę pierwszy i dam znak.
Odsunął nieco drzwi i wszedł cicho. Emma czekała na jego zjawienie się już oddawna. To też widok hrabiego nie zdziwił jej wcale; udając, że go nie widzi, patrzyła prosto w oczy sułtanowi.
Trzeba było działać błyskawicznie. Hrabia w dwóch susach stanął przy sułtanie i chwycił go za gardło. Mindrello zmiął skraj ubrania sułtana i wcisnął mu w usta. Zaopatrzyli się zawczasu w sznury, więc z wiązaniem kłopotu nie było. Rzucili później skneblowanego władcę na łoże, z którego podniosła się Meksykanka.
— Nareszcie! — westchnęła z ulgą. — Zaczęłam już tracić nadzieję.
Hrabia nie odpowiedział; podszedł ku drzwiom i zamknął szczelnie, aby żaden promień światła nie mógł się przedostać przez szpary. Potem zaczął się przyglądać sułtanowi. Sułtan nie zemdlał; rzucał wokoło wściekłe, ponure spojrzenia. Fernando de Rodriganda nachylił się nad nim i rzekł pógłosem:
— Pamiętaj: jeżeli słowo piśniesz, jeżeli się poruszysz, nóż ci w serce wpakuję!
Zabrał sułtanowi klucz, służący do zamykania i otwierania kajdan, postanowił bowiem oswobodzić dawnych towarzyszy niedoli. Teraz zwrócił się do Emmy:
— Dla ciebie przygotowana jest lektyka. Mimo to, będziesz musiała włożyć strój męski, aby zmylić naszych ewentualnych prześladowców. I nam potrzebne porządne ubrania, abyśmy wyglądali na bogatych podróżnych. Na ścianach wszystkiego tu poddostatkiem. Wybierzmy, co nam potrzeba.
Gdy się don Fernando i Mindrello przebrali, hrabia przeciągnął sznur od jednej ściany do drugiej i powiesił na nim kilka arabskich płaszczy. Za tym parawanem przebrać się mogła Meksykanka.
Zanim minęło dziesięć minut, byli gotowi. Ubrania nosili strojne i bogate; nie ulegało wątpliwości, że budzić będą u ludzi szczepu Somali podziw nieodparty.
— A teraz sprawa broni — rzekł hrabia.
— Wiem, gdzie jest broń, — rzekła radośnie Emma. — Sułtan przyniósł przedtem dwa rewolwery, dwie dwururki i amunicję. Włożył wszystko do tej oto skrzyni.
Otworzyli skrzynię i wyjęli broń. Hrabia dorzucił jeszcze kilka cennych gałganów oraz trzy szable z wykładanemi rękojeściami, wysokiej pono wartości.
— A teraz otwórzmy pozostałe skrzynie i kosze; zobaczymy, czy niema w nich pieniędzy, — rzekł don Fernando. — Rozwaga radzi je zabrać.
— Wiem, gdzie wszystko leży, — rzekła Emma. — Pokazywał mi swoje skarby.
— Czy ma złoto?
— Tak. Sądzę, że jedna skrzynia jest niem napełniona.
— A srebro?
— Srebro leży w trzech skrzyniach, które stoją obok tamtej. Sułtan posiada również klejnoty i drogocenności.
— Tem lepiej. Być może, będziemy musieli wynająć sobie lub kupić jaki statek, aby dotrzeć do wyspy naszych przyjaciół; trzeba nam dużo pieniędzy.
Ściągając sznury ze skrzyń, zapytał:
— Gdzie leżą klejnoty?
— Tu, w środkowej skrzyni; w pudełkach.
Srebro, które znaleźli, zawarte było przeważnie w talarach Marji-Teresy, złoto zaś w hiszpańskich dublonach, gwinejach angielskich i francuskich ludwikach. Klejnoty miały wartość miljonową. Marnowały się tutaj, nie przynosząc nikomu pożytku. Zabierały w stosunku do swej wartości najmniej miejsca; wzięli je wszystkie. Talarów zabrał hrabia tylko tyle, ile trzeba było na drogę, szczepy bowiem, które mieli napotkać, nie przyjmowały innej zapłaty. Złoto zagarnięto również.
Mieli dosyć worków, aby w nie spakować zabrane rzeczy. Położyli wszystko na stos wspaniałych koców i dywanów, dodając do tego kilka przepięknych fajek oraz nieco tytoniu. Obydwaj mężczyźni zaczęli ładować zdobycz na wielbłądy; Emma pozostała na warcie przy sułtanie.
Wynoszenie zabranych rzeczy trwało długo, bowiem hrabia i Mindrello musieli być ostrożni i zachowywać się jak najciszej. Trzeba było pomyśleć jeszcze o worach skórzanych na wodę, jak również o worach na żywność, około północy Emma dowiedziała się wreszcie, że będą mogli wyruszyć.
— Co sobie teraz myśli nasz poczciwy sułtan Harraru? — rzekł hrabia. — Pęka z pewnością ze złości. Biada nam, gdyby nas schwytał!
— Nie sądzicie chyba, aby mógł za nami nadążyć? — zapytała trwożnie Emma.
— Nie, nie sądzę; mamy przecież najlepsze wielbłądy i około wieczora przekroczymy granice tego kraju. Nie jest to wykluczone, że zechcą mu nas wydać, lecz weźmiemy obrońcę — abbana. Ale, wpadła mi dobra myśl do głowy! Czy wiecie Mindrello, gdzie znajdziemy najlepszego, najwierniejszego, najofiarniejszego abbana?
— Gdzież to?
— W tutejszem więzieniu.
— Jeniec? Czy potrafi nas obronić?
— Jako jeniec nie. Ale gdy go uwolnimy, wdzięczność jego będzie bezgraniczna.
— Czy mamy czas na to?
— Uwolnienie abbana nie wymaga więcej, aniżeli pół godziny. Chodźcie, Mindrello! A sennora niechaj zostanie jeszcze na straży.
Hrabia odszedł wraz z Hiszpanem. Jak wszyscy mieszkańcy Harraru, nosili miękkie pantofle, zabrane sułtanowi, poruszali się więc zupełnie cicho. Bez najmniejszego szmeru, ukradkiem, podeszli pod bramę więzienia. Wartownik siedział po drugiej stronie, zatopiony w rozmyślaniach.
— Zwiążemy go i skneblujemy, jak tamtych, — rzekł hrabia.
— Czem? — zapytał Mindrello. — Czy macie powrozy?
— Nie, ale mamy noże i będziemy mogli pociąć na pasy jego ubranie.
— Zrobię to, wy zaś trzymajcie strażnika.
— Doskonale. Więc naprzód!
W kilka chwil później znaleźli się przed strażnikiem. Ledwie zdążył jęknąć, zasznurowali mu gardło; po niedługiej chwili leżał związany na ziemi, z kneblem na ustach w postaci zwiniętego gałgana. Jedyną jego bronią był kij.
Drzwi więzienia nie były zaopatrzone w zamek, a tylko zamknięte na dwa rygle. Gdy je hrabia otworzył, uderzyła go fala straszliwego fetoru. Jeńcy zbudzili się, słychać było dźwięk łańcuchów.
— Zostańcie przy drzwiach na warcie, aby nas nie zaskoczono, — rzekł hrabia Fernando do Mindrella, poczem wszedł do więzienia i zamknął drzwi za sobą. W więzieniu panowała cisza oczekiwania. Jeńcy wiedzieli, że ktoś wszedł; mogło to być, przy okrucieństwie sułtana, dla każdego z nich równoznaczne z wyrokiem śmierci.
— Czy jest tu pośród was ktoś z wolnych Somali? — zapytał hrabia.
— Jest — odparły dwa głosy.
— Aż dwóch! Do jakiego szczepu należycie?
— Do szczepu Zareb; jesteśmy tu dwaj, ojciec i syn, — rzekł jeden z nich.
— Dobrze. Pójdziecie za mną, nie mówiąc ani słowa. Im bardziej będziecie posłuszni, tem lepiej dla was. Posłuszeństwo przyniesie wam wolność.
Wyciągnął zabrany klucz od kajdan i zbliżył się do tego, który mu odpowiedział, chcąc go uwolnić z łańcucha. Kajdan, krępujących ręce i nogi jeńca, hrabia nie zdjął.
— Gdzie drugi? — zapytał.
Zbliżył się i tamten; hrabia oswobodził go z łatwością mimo grobowych ciemności.
— Wychodźcie teraz! — zawołał.
Obydwaj jeńcy musieli na chwilę zatrzymać się pod drzwiami, dopóki don Fernando, z pomocą Mindrella, nie przeniósł do wnętrza napadniętego strażnika i nie zaryglował drzwi za sobą. Hrabia uszedł z dwoma jeńcami kilkanaście kroków. Gdy już upewnił się, że pozostali nie będą mogli posłyszeć ich rozmowy, rzekł:
— Odpowiadajcie jak najciszej. Dlaczego zostaliście schwytani?
— Żyliśmy w spokoju, — odpowiedział starszy — lecz sułtan napadł na nas, ponieważ ktoś z naszego szczepu ukradł mu konia.
— Jak długo już jesteście w niewoli?
— Dwa lata.
— To straszne. I chcecie być znowu wolni?
— Tęskno nam za swoimi. Kimże jesteś, tajemniczy panie?
— Jesteście wolnymi Somali i dlatego ufam wam. Towarzysz mój i ja byliśmy dotychczas jeńcami, tak samo jak i wy, ale wyprowadziliśmy sułtana w pole i chcemy zbiec. Szukamy najkrótszej drogi do morza; potrzebujemy przewodnika, abbana. Na wybrzeżu otrzymamy złoto, a wtedy nie ominie was zapłata. Jeżeli jeden z was chce być naszym przewodnikiem i obrońcą, uwolnimy go z więzów i zabierzemy ze sobą. Odpowiadajcie szybko; nie mam czasu.
— Panie, weź nas obydwóch ze sobą! — rzekli jednocześnie.
— Dobrze. Czy przysięgacie, że będziecie mnie i tych, którzy są ze mną, ochraniać przed waszymi ludźmi i wszystkimi wrogami?
— Przysięgamy.
— Przysięgacie na Allaha i na brodę Mahometa?
— Tak, na Allaha, na brodę Mahometa i na świętych kalifów!
Po tej przysiędze, którejby się nie odważył złamać żaden pobożny mahometanin, zwolniono ich z reszty więzów. Udali się z Mindrellem do szopy, w której stały wielbłądy; don Fernando wrócił do Emmy. Ucieszyła się i uspokoiła na jego widok. Spięła włosy do góry, a hrabia zrobił jej z delikatnego, wschodnio-indyjskiego welonu turban na głowę, by mogła uchodzić za młodego Turka.
Postarawszy się o odpowiednie akcesorja dla Emmy, wyszukał zkolei don Fernando dwie strzelby, proch, ołów, ubrania, noże i jatagany dla obydwóch Somali.
Trzeba było jeszcze znaleźć odpowiedni klucz. Harrar posiada pięć bram; u każdego klucza zwisała numerowana płytka metalowa, dobrać więc odpowiedni nie było trudno. Zaopatrzywszy się w rzeczy, przeznaczone dla Somali, i poleciwszy Emmie iść za sobą, mógł hrabia ruszyć. Gdy się zbliżyli do szopy, zastali obydwóch Somali, czekających z niecierpliwością.
— Oto odzież, proch, broń i ołów — rzekł hrabia. — Ubierajcie się prędko. Te obydwa dywany przeznaczyliśmy dla waszych wielbłądów, które zabierzemy z pastwiska. Żywo, musimy się śpieszyć!
— Panie, — odparł ojciec — nie wiemy, kim jesteś, ale możesz rozporządzać naszem życiem, — należy ono do ciebie. Znamy wszystkie drogi i zaprowadzimy was aż do morza. Nie obawiaj się wcale prześladowców; nie dościgną nas. Nie chcemy od ciebie zapłaty; dajesz nam przecież wolność, która jest więcej warta, aniżeli srebro i złoto.
— Mówisz, jak człowiek, który umie ocenić przysługę. Nie zapłacę, ale dam wam podarek godny tego przywiązania, jakie przyrzekacie. Oto wielbłądy; trzy będą nas nosiły, czwarty poniesie towary. Młody mój towarzysz nie jest wprawdzie kobietą, ale, skoro mamy lektykę, niechaj w niej spocznie. Wyjeżdżamy przez bramę, która prowadzi do Gaffy. Będziecie szli obok nas, jakgdybyście byli naszymi służącymi. Będę przy bramie udawał sułtana. Oto klucz. Otworzysz bramę i zamkniesz ją później; to wszystko, co macie czynić. Naprzód!
Dosiedli wielbłądów i rozpoczęła się podróż. Dotarli do bramy. Strażnik spał. Somali zaczął otwierać bramę; zgrzyt klucza zbudził śpiącego. Podbiegł szybko ze sztabą, oznaką swojej godności; ponieważ nie miał czasu na zapalenie światła, nie mógł rozpoznać jeźdźców.
— Kim jesteście? — zapytał. — Hola! Wstrzymajcie się! Bez zezwolenia sułtana nie wolno nikomu opuścić bramy. Zabraniam otwierać!
— Jak śmiesz, psie! — zawołał hrabia, naśladując głos sułtana. — Czy nie wiesz, że się udaję do ojca mej żony? A może nie znasz swego władcy? Jutro będziesz ziemię gryzł przede mną, ty synu szakala!
Strażnik padł na ziemię, nie odważywszy się wykrztusić słowa. Zbiegowie przebyli bramę. —
Po drugiej stronie płonęły światła wart karawany handlowej, która jeszcze nie załatwiła wszystkich interesów w Harrarze. Hrabia jechał czas jakiś na przodzie, wreszcie zatrzymał się i zsiadł z wielbłąda.
— Chodźcie! — rzekł. — Tu naprzeciw pasą się wielbłądy sułtana, obok zaś stoi szopa, w której leżą siodła i wory. Spróbujemy wyprowadzić w pole dozorców i zabrać im dwa dobre wierzchowce.
Gdy dotarli do pastwiska, stwierdzili, że niema na niem istoty ludzkiej.
— Gdzież się podzieli? — zapytał jeden z Somali.
— Ach, przystali do karawany, gdzie nie jest tak samotnie, jak tutaj, — odparł hrabia. — Ułatwiają nam wykonanie planu. Wybierzcie wielbłądy, ja zaś zabiorę z szopy dwa siodła.
Nie minął kwadrans, — obydwaj Somali mieli już dwa dobre wielbłądy — a cała karawana, składająca się z sześciu zwierząt, ruszyła. Emma nie spodziewała się wczoraj gdy wyjeżdżała do miasta, że opuści je dziś, przebrana za Turczyna i wolna. — —



III
KAPITAN WAGNER

Mniej więcej w tydzień później płynął jakiś bryg przez szlak Bab-el-Mandeb. Statek zbudowany był bardzo strojnie, z masztu powiewała niemiecka flaga handlowa. I bez tego pawilonu można było poznać, że nie jest to okręt wojenny, a handlowy, mimo, iż na pokładzie stały cztery armaty, nadające statkowi wojowniczy wygląd.
Armaty umieszczono na pokładzie dlatego, że w owych czasach morza te były niezbyt bezpieczne. Szczególnie dobrze uzbrojony być musiał każdy, kto uprawiał handel z wyspami; stykał się bowiem z niezupełnie pewnymi ludźmi, po których można się spodziewać zawsze, że zdradą opanują statek i zawładną ładunkiem.
Słońce prażyło; mimo lekkiego wietrzyka, upał był tak silny, że załoga statku leżała pod rozpiętemi żaglami. Sternik, który kierował sterem zapomocą powroza, siedział w cieniu dywanu, rozwieszonego na sznurach.
Kapitanowi również było za gorąco w kajucie. Wyszedł wolnym krokiem na pokład, spojrzał ku niebu i udał się do sternika. Sternik chciał wstać, jak wymagały przepisy. Kapitan wskazał mu ruchem ręki, aby się nie trudził, i usiadł sam obok niego.
— Djabelski upał! — rzekł lakonicznie, po marynarsku.
— Tak — odparł sternik.
— Lubię północ, ciągnął kapitan po krótkiej pauzie — a tu tymczasem wpada naszemu przedsiębiorcy pomysł wysłania nas na tę wyspę. Ciekaw jestem, czy zrobimy tam takie dobre interesy, jak to on sobie wyobraża.
— Tłumacz tak przypuszcza.
— To mnie właśnie irytuje, że trzeba tłumacza. Gdyby ktoś z nas znał ten przeklęty język arabski, nie narażałby się na niebezpieczeństwo, iż obcy naród go oszuka. Ale patrzcie, tam ktoś płynie ku nam. Ciekaw jestem, kto to taki?
Statek płynął na południe; teraz na południu ukazał się punkcik. Sternik wziął lunetę i patrzał przez nią bacznie. Widać nie mógł się zorjentować, co to za przedmiot, gdyż powiedział:
— Czegoś podobnego nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Niech pan spojrzy, kapitanie.
Kapitan ujął lunetę. Zorjentował się szybko i rzekł z pogardliwym uśmieszkiem:
— Musi to być okręt arabski. Za godzinę dotrzemy do niego i wtedy będzie można pomówić z załogą.
Marynarze zobaczyli również obcy żagiel i przyglądali się bacznie. Obydwa statki zbliżały się do siebie coraz bardziej; nareszcie można było dojrzeć z brygu, nawet nieuzbrojonem okiem, że nieznany statek, posiada tylko jeden, krzywo umocowany maszt, na którym rozwieszono dwa dziwne żagle. Na pokładzie stali ludzie w turbanach, bacznie przyglądając się brygowi.
— Czy mam nabić? — zapytał sternik.
— Tak. I przyślijcie mi tłumacza.
Sternik podszedł do jednej z armat i skinął na odzianego w strój arabski człowieka, który siedział na dziobie pokładu i palił długą fajkę. Człowiek ten podniósł się wolno i udał w kierunku steru. Tu zakrył powieki ręką, obrzucił okiem drugi statek i zapytał kapitana:
— Chcecie z nim mówić?
— Tak — brzmiała odpowiedź.
— Czego się chcecie od niego dowiedzieć?
— Przedewszystkiem, co to za statek?
— Tego się możecie dowiedzieć ode mnie. To statek wartowniczy gubernatora Zeyli.
— A więc coś w rodzaju okrętu wojennego?
— Tak. Cała załoga pod bronią.
— Do czego przeznaczają te statki?
— Zazwyczaj posługują się niemi do celów handlowych i komunikacyjnych, tylko wyjątkowo załoga rekrutuje się z wojskowych. Musiało zajść coś ważnego w Zeyli.
— Trzeba się o tem dowiedzieć; przecież tam jedziemy. Będziecie dokładnie tłumaczyć pytania i odpowiedzi.
Okręty zbliżyły się do siebie tak, że można już było rozpoznać rysy twarzy. Sternik gotował się właśnie do wystrzału armatniego na znak, aby statek arabski opuścił żagle, gdy naraz padła z tamtego okrętu salwa karabinowa. To statek arabski żądał, aby bryg żagle opuścił. Kapitan roześmiał się głośno. Bawiło go, że ta łupina przybiera pozory statku wojennego.
— Słyszeliście? — zawołał do sternika. — Komar wydaje nam rozkazy! Zaniechajmy wystrzału z armaty. Okażmy posłuszeństwo. Ciekaw jestem, czego od nas zażąda. Opuszczajcie żagle, chłopcy!
Rozkaz spełniono; bryg nie płynął już z wiatrem, a zatoczył łuk. Statek arabski wykonał taki sam obrót i znalazł się tuż u jego boku. Na pokładzie stało około piętnastu uzbrojonych Arabów. Dowódca zapytał donośnym głosem:
— Jak się nazywa wasz statek?
— „Syrena“ — powtórzył tłumacz za kapitanem.
— Skąd płynie?
— Z Kolonji.
— Gdzież to jest?
— W Niemczech.
— Musi to być mały, nędzny kraik; nie znam go — rzekł Arab wyniośle. — Co macie na pokładzie?
— Towary.
— A pasażerów?
— Nie.
— Nie wieziecie zbiegłych niewolników?
— Nie.
— Przyjdę na wasz statek, by się dowiedzieć, czy mówicie prawdę.
Tego było już kapitanowi za wiele. Kazał zapytać:
— Kimże ty jesteś?
— Jestem kapitanem sułtana z Zeyli.
— W Zeyli rządzi gubernator, a nie sułtan. Nie będę słuchać ani jego, ani jego lokaja.
— A więc sprzeciwiasz się przeszukaniu statku?
— Sprzeciwiam się, nie masz bowiem prawa. Raczej mnie ono przysługuje. To ty musiałbyś być powolny, gdybym chciał wejść na twój okręt.
— Właśnie, że zabroniłbym ci tego; jestem wojownikiem — rzekł Arab pogardliwie. — Zmuszę cię, abyś wpuścił na pokład mnie i moich ludzi celem przeszukania okrętu.
— Dlaczego budzę w tobie podejrzenia?
— Szukamy jeńców, którzy uciekli z Harraru. Opierasz się wpuszczeniu nas na pokład, a to już starczy za dowód, że jeńcy ukryli się na pokładzie twego okrętu.
— Niema ich tutaj. To zupełnie wykluczone, przybywam bowiem z północy i nie byłem jeszcze na waszem wybrzeżu.
— Tak twierdzisz, ale nie wierzę ci. Przymocuję twój okręt do swego zapomocą sznura i dostawię do Zeyli. Niech go przeszuka gubernator.
Była to jawna groźba; kapitan odpowiedział:
— Mam wrażenie, że Bóg ci pomieszał rozum. Chcesz mnie zmusić, abym przyjął twoją linę na pokład? śmieję się z tego.
— Śmiej się, śmiej; śmiech ten zmieni się wkrótce w płacz. Rozkazuję ci, byś przyjął na pokład moich ludzi, którzy przyniosą ze sobą linę.
Kapitan zaczął się namyślać. Jak każdy europejski marynarz, był amatorem dobrych konceptów. Teraz nadarzała się po temu sposobność i dlatego rzekł po chwili, rozejrzawszy się chytrze po swoich marynarzach.
— Dobrze, zgadzam się, aby ludzie twoi weszli na pokład i wzięli okręt na linę.
Na rozkaz Araba, wsiadło trzech jego ludzi do szalupy; po chwili dotarli do brygu i umieścili linę na dziobie. Zachowywali się przytem jak władcy statku; po jakimś czasie dali znać, że statek może ruszyć.
— A to półgłówki! — rzekł z uśmiechem sternik. — Przecież lina za słaoa, by nas na niej mogli ciągnąć! Pęknie, ani chybi.
— Słusznie. Ale jest wystarczająco silna na to, abyśmy mogli ich ciągnąć. — rzekł kapitan.
Statek arabski podniósł żagiel i zwrócił się na południe. Wiatr zaczął dąć w płótno. Lina napięła się mocno; w każdej chwili trzeba było liczyć, że pęknie. Kapitan brygu rozkazał:
— Hola, podnieść żagiel! Musimy im pomóc.
W kilka minut potem bryg płynął już pełną szybkością, a ponieważ płynął szybciej aniżeli statek arabski, musiał więc na niego najechać. Niemiec zwrócił się przez tłumacza do obecnych na pokładzie trzech Arabów:
— Powiedzcie swoim, aby żeglowali prędko, inaczej potopię ich!
Potrząsnęli przecząco głową; nie mieli odwagi rozkazywać zwierzchnikowi. On tymczasem, na widok grożącego niebezpieczeństwa zawołał:
— Płyńcie wolniej, łotry! Czy nie widzicie, że możecie na nas najechać?
— Płyn sam szybciej, ośle! — odparł kapitan. — Nie zabieraj się do statków, których nie masz siły ciągnąć.
Jeszcze kilka chwil, a spotkanie nastąpiłoby bezwątpienia. Kapitan sam ujął ster w ręce, aby zmienić nieco kierunek.
— Nie potrącę ich, ale dam im dobrą nauczkę, — rzekł. — Hola, chłopcy, uwaga! Niszczcie wszystko, co się pojawi na naszym pokładzie.
Bryg dotarł do statku arabskiego, który miał bardzo niski pokład. Nie uderzył w środek szerokiego tyłu, a tylko sztabą potężnie go trącił. Nacisk był silny; Arabom dostał się zadatek tego, co ich czeka.
Prawa strona brygu ocierała się mocno i ostro o lewy brzeg statku arabskiego i zdzierała mu liny. Po krótkim czasie bryg znalazł się przed arabskim okrętem. Lina napięła się znowu i wlec zaczęła za sobą statek arabski, który wykręcił się, płynąc rufą do tyłu.
Na pokładzie brygu rozległ się śmiech, na pokładzie okrętu arabskiego — ryk wściekłości. Statek arabski był zrujnowany, żagle pozrywane, lina porwana w strzępy; groziło mu w każdej chwili zatonięcie. Przywódca klął i ryczał; ludzie jego wyli niemiłosiernie. Zamiast odciąć linę, na której byli przywiązani do obcego statku, i oswobodzić się, Arabowie dali znów salwę karabinową, która jednak żadnej szkody nie wyrządziła.
Teraz podszedł do kapitana jeden z trzech arabów, pozostałych na brygu, i kazał powiedzieć przez tłumacza:
— Rozkazuję ci zatrzymać się i naprawić nasz statek!
Był to, zaiste, szczyt komizmu i bezczelności.
— Nie masz mi nic do rozkazywania! — odparł kapitan.
Jeden z Arabów wyciągnął nóż z pasa i rzekł groźnie:
— Jeżeli w tej chwili nie usłuchasz, poskromię cię. Czy jesteś muzułmaninem?
— Nie; jestem chrześcijaninem.
— Musisz mnie słuchać, psie!
— Co takiego? Psie? Oto moja odpowiedź!
Kapitan wymierzył Arabowi tak silny policzek, że  uderzony padł, wywracając koziołka. Dwaj pozostali wyciągnęli noże, chcąc rzucić się na kapitana. Ale nie wporę się wybrali, kapitan bowiem miał potężną pięść. Twardą jak stal ręką wymierzył każdemu z nich uderzenie tak skuteczne, że padli na ziemię, niezdolni do walki.
— Chłopcy, przywiążcie tych łotrów do masztu! — rozkazał kapitan. — Nauczymy ich, co to znaczy obrażać kapitana-Europejczyka, powiedzieć mu psie!
Rozkaz wykonany został szybko i chętnie. Marynarze zabrali Arabom broń i przywiązali tak mocno, że ci nie mogli się ruszyć.
Tymczasem położenie statku arabskiego stawało się coraz groźniejsze. Bryg wlókł go za sobą; ponieważ pokład był niski, zaczęła Araba zalewać woda.
— Wstrzymajcie się, łotry! — ryknął przywódca. — Czy nie widzicie, że utoniemy, jeżeli nas nie usłuchacie?
— Dla mnie to obojętne, czy zatoniecie, czy też nie, — odparł kapitan. — Przetnijcie linę, jeżeli się chcecie ratować.
— Nie wolno mi tego uczynić. Lina należy do gubernatora.
— Cóż robić? Pijcie więc wodę morską za pomyślność gubernatora.
— Przecież sami możemy przeciąć linę — rzekł sternik.
— Ani mi to w głowie! — odparł kapitan. — Dałem im nauczkę i palcem nie kiwnę, aby ich uratować. Nie byłem nigdy w tych stronach, ale słyszałem wiele o usposobieniu tych ludzi. Ci niewolnicy i lokaje, te pachołki drobnych, nieznanych nikomu władców i urzędników, wyobrażają sobie, że są Bóg wie kim. Każdego, który inaczej myśli, aniżeli oni, uważają za psa nieczystego. Nie znam ich języka, nie znam również zwyczajów, ale oni muszą w każdym razie poznać moje zwyczaje.
— Jedziemy przecież do Zeyli i zetkniemy się z gubernatorem. Będzie się mścił.
— Niech spróbuje!
W tej samej chwili przeszył powietrze głośny krzyk. Statek arabski przechylił się tak mocno, że omal nie został pogrążony w topieli. Woda już wdarła się na pokład.
— Czy naprawdę jesteście takimi głupcami? Dlaczego nie przetniecie liny? — kazał im kapitan powiedzieć przez tłumacza.
Ale słowa te nie pomogły. Załogę tonącego statku ogarnął popłoch; zaczęli więc Arabowie skakać do wody i płynąć w kierunku brygu.
— Rzućcie im sznury, niech się po nich wdrapują! — rozkazał kapitan. — Zaczęli komedję, niechaj więc grają do końca. Umieśćcie ich wszystkich na przednim pokładzie i skierujcie na nich działa.
Gdy wszyscy Arabowie znaleźli się na pokładzie, tłumacz polecił im ulokować się na przodzie. Usłuchali z wyjątkiem przywódcy, który doszedł do kapitana i zapytał:
— Czyś ty komendantem tego statku?
— Tak jest.
— W takim razie jesteś moim jeńcem. Gdy przybędziemy do Zeyli, każę cię surowo ukarać.
Kapitan popatrzył szyderczo w ciemną, wychudłą twarz Araba i rzekł:
— Nie bądź śmieszny! Jadę wprawdzie do Zeyli, lecz ochrania mnie bandera i nie zniosę żadnych represyj.
— Ach, płyniesz do Zeyli? Zdasz nam więc rachunek. Lecz naprzód musisz uratować mój statek.
— Widzę, że jesteś niepoprawny; będę musiał ci dowieść, że robię to, co mi się podoba. Może okręt twój da się uratować; ale niebezpieczeństwo grozi mojemu, dopóki będzie sprzęgnięty z twoim. Muszę się więc przedewszystkiem sam bronić przed stratą.
Po tych słowach kapitan ujął siekierę i przeciął linę, statek arabski zdając własnemu losowi. Arab podszedł do kapitana i zawołał z pianą na ustach:
— Jak śmiesz, psie? Poświęcasz mój okręt! Gdybym miał przy sobie strzelbę, zabiłbym cię, jak szakala. Ale nawet nóż mój pokaże ci, kto tutaj panem!
Arab wyciągnął nóż z za pasa, aliści w tejże chwili kapitan zwalił go na ziemię potężnem uderzeniem pięści. Gdy to ujrzeli Arabowie, zaczęli udawać, że chcą pomóc swemu przywódcy, lecz tłumacz zawołał do nich:
— Na proroka, bądźcie spokojni, inaczej zginiecie od armat, które są na was skierowane. Ten człowiek jest panem statku. Każdy jego rozkaz święty. Życie wasze w jego leży ręku.
Dopiero teraz zrozumieli Arabowie swe położenie i postanowili zrezygnować z wszelkiego oporu. Zabrawszy broń, wpakowano ich pod pokład, gdzie dodano im również trzech towarzyszy, którzy dotychczas umieszczeni byli na maszcie.
— Masz djabelską odwagę — rzekł tłumacz do kapitana. — Gubernator pociągnie cię naprawdę do odpowiedzialności.
— Mylisz się — odparł kapitan. — To ja pociągnę go do odpowiedzialności za to, że sługi jego działały wbrew prawu i obraziły mnie osobiście.
— Będziesz miał i tak wielką stratę, gdyby cię nawet nie ukarał gubernator. Zabroni ci handlować, sprzedawać towary.
— Zobaczymy. Jeżeli się poważy, znajdę sposób, aby sobie tę stratę powetować.
Kapitan postawił pod pokładem marynarza — wartownika do strzeżenia jeńców. Był spokojny; myśl o przyszłości nie nasuwała mu żadnych trosk. — —
Zeyla nie ma portu, okręty przybijają tam do pomostu; lądowanie z powodu skalistego wybrzeża nastręcza wiele niedogodności. Bryg przybył do Zeyli nocą; aby wylądować, musiał przeczekać do rana. Zarzuciwszy kotwicę, przywitał miasto strzałami armatniemi.
Zamieszkałe przez cztery tysiące mieszkańców miasteczko Zeyla miało wszystkiego może dwanaście wielkich, kamiennych, pięknie wybielonych domów oraz kilkaset chat, zbudowanych nader prymitywnie. Mury miasta wzniesiono z odłamków korali i mułu; nie miały ani strzelnic na lufy armatnie, ani armat; strawione przez czas, pozapadały się miejscami.
Miasteczko, leżące nad niską ławicą, nie sprawiało imponującego wrażenia, gdy je oglądano od morza. Mimo to było punktem zbornym i celem podróży licznych karawan, które przybywały tutaj z głębi kraju lub też zatrzymywały się na postój. Z pokładu widać było nieopodal miasta obozowisko ludzi, wielbłądów i koni. Rozłożyły się tu z pewnością karawany handlowe; kapitan zacierał więc ręce z radości, że porobi dobre interesy.
Po zarzuceniu kotwicy, zbliżyła się do okrętu łódź; wysiadł z niej jakiś Arab i z miną dostojną wszedł na pokład. Był to zarządca portu. Domagał się papierów okrętowych, by na ich podstawie zapytać gubernatora, czy pozwala, aby załoga okrętu wylądowała. Zapytał między innemi, skąd statek przybywa, jaki wiezie ładunek i czy spotkał okręt, wiozący zbiegłych jeńców. Kapitan udzielił informacyj i wręczył potrzebne papiery, nie wspominając nawet jednem słowem, że pod pokładem znajdują się jeńcy. Zarządca portu oddalił się z papierami, niczego nie podejrzewając. Wrócił dopiero po kilku godzinach z meldunkiem, że gubernator zgodził się, aby statek pozostał i rozpoczął handel, a żąda jedynie wzamian zwykłego podatku i cennego podarku.
— Gubernator — rzekł zarządca — przyśle wam kilku żołnierzy, aby was chronili przed ewentualnem niebezpieczeństwem. Żołnierzom tym będziecie płacić żołd; utrzymanie ich również do was należy.
— Nie są nam potrzebni, — rzekł kapitan — gdyby nam groziło istotne niebezpieczeństwo, i tak nie byliby w stanie nas obronić.
— Och, to ludzie bardzo odważni — odparł zarządca.
— Nie jestem tego zdania; zauważyłem nawet coś wręcz przeciwnego. Są bardzo zuchwali, lekkomyślni; przynieśliby nam więcej szkody, aniżeli korzyści.
— Skądże tak o nich możesz mówić? Powiedziałeś, że nigdy jeszcze tutaj nie byłeś.
— Dowiesz się wkrótce, skąd ich znam. Powiem gubernatorowi i udowodnię, że sam jestem dla siebie wystarczającą opieką.
Zarządcę portu ugoszczono; dano mu podarek, który go, zdaje się, zadowolił. Po jakimś czasie wrócił do miasta.
Kapitan polecił przyprowadzić jednego z jeńców.
— Przybiliśmy do Zeyli — rzekł przez tłumacza. — Zwracam ci wolność, ale pod warunkiem, że pójdziesz do gubernatora i powiesz, co zaszło. Niechaj sam przybędzie na pokład, by pomówić o losie twych towarzyszy. Powiedz mu, że jestem człowiekiem spokojnym, gotowym porozumieć się z nim dobrocią. Jeżeli nie dojdziemy do porozumienia, zabiorę jeńców i każę ich ukarać jak najsurowiej.
Jeniec nie dawał odpowiedzi, ale z oczu mu można było wyczytać, że raport będzie dla kapitana nieprzychylny. Wyszedł na pokład i zsunął się do łodzi, w której Arabowie wczoraj przywieźli linę na pokład. Usiadłszy, popłynął wolno ku miastu.
Tłumacz rzekł do kapitana:
— Prowadzisz grę niebezpieczną. Gubernator to potęga; będzie cię z pewnością uważał po tem oświadczeniu za wroga.
— Niech spróbuje!
Kapitan polecił marynarzom uzbroić się i zarzucić wokoło statku sieci z drutu, które niemal uniemożliwiają wrogowi dostęp na pokład.
Bryg zaopatrzony był w ten typ kotwicy, który w razie niebezpieczeństwa podnieść można każdej chwili. Wszystkie łodzie umocowano po bokach brygu; załoga czuwała wpogotowiu, aby, gdy zajdzie potrzeba, podnieść żagle i jak najprędzej statek uruchomić.
Dom, w którym mieszkał gubernator, widniał zdaleka. Kapitan poprosił tłumacza, który już był raz w Zeyli, aby mu go wskazał i postanowił obrać za cel pocisków, gdyby wynikł zatarg.
Nie wiedział, czy w Zeyli jest dużo armat; co do jednej nie było wątpliwości; umieszczona na plaży, odpowiedziała na salwę powitalną. Obcych okrętów nie było. W zatoce stało zaledwie dziesięć okrętów. Nie mogły budzić żadnych obaw, były bowiem małe i zbudowane podobnie, jak wczorajszy statek wywiadowczy, z którym tak łatwo się rozprawiono.
W bacznem oczekiwaniu przeszedł czas dłuższy. W pewnej chwili na wybrzeżu, u bramy północnej, prowadzącej ku morzu, zjawił się uzbrojony oddział; ludzie tego oddziału powsiadali do łodzi i zaczęli płynąć ku brygowi. Było ich około trzydziestu. Mieli strzelby, i dzidy, jatagany. W łódce, płynącej na przodzie, siedział komendant; reszta trzymała się w pewnej od niego odległości.
Gdy się pierwsza łódź zbliżyła do brygu, komendant wstał ze swego miejsca i zawołał:
— Czy to ty trzymasz w niewoli naszych towarzyszy?
— Tak — odparł kapitan przez tłumacza.
— Wydaj ich!
— Kim jesteś?
— Generałem wojsk tutejszych.
— Nie mam ochoty do pertraktowania z tobą. Będę mówić tylko z gubernatorem, jak to już zresztą oświadczyłem.
— Wsiądź do naszej łodzi; zawiozę cię do niego.
— Niech do mnie przyjdzie, jeżeli chce, abym uwolnił jego ludzi.
— Jeżeli ich nie wydasz, przyjdziemy na pokład; zabierzemy ich siłą. Wtedy zostaniesz naszym jeńcem, a statek twój przejdzie na naszą własność. Oto rozkaz gubernatora.
— Powiedziałem ci już przecież, że tylko z nim mówić będę. Atakowi potrafię się oprzeć.
Generał pytał dalej i groził. Nie było odpowiedzi. Skinął na jadących w łodziach ludzi, otoczyli jego łódź, zaczęli się naradzać. Generał bał się i brygu i gubernatora, którego rozkaz miał wykonać.
Wreszcie zbliżył się jeszcze bardziej i zawołał:
— Czy wydasz jeńców?
Nie było odpowiedzi.
— W takim razie weźmiemy ich sobie sami. Strzelajcie do tych niewiernych!
Arabowie skierowali lufy strzelb ku pokładowi. Padła salwa. Kule uderzyły w boki okrętu i w maszty, nikogo jednak nie trafiły. Kroki nieprzyjacielskie zostały rozpoczęte.
— Czy mamy odpowiedzieć? — zapytał sternik.
— Tak — odparł kapitan. — Ale nie strzelajcie jeszcze do tych łotrów; byliby zgubieni. Wyślijcie w kierunku domu gubernatora kilka strzałów; on jest sprawcą wszystkiego; niechaj ponosi konsekwencje.
Sternik podszedł do jednej z armat, wycelował, dał ognia. Obruszyły się mury domu gubernatora. Strzał był celny. Arabowie w łodziach podnieśli wielki krzyk i znowu dali salwę w kierunku statku.
— Doskonale, doskonale! — zawalał kapitan do sternika.
Sternik dał jeszcze kilka wystrzałów; żaden nie chybił. Po czwartym pocisku ukazała się w ścianie domu gubernatora wielka dziura.
W miasteczku rozległ się gwałt i lament. Karawany, które wpobliżu porozbijały namioty, zaczęły się w panice cofać na pewniejsze pozycje.
Otwarto bramę; wyszedł przez nią jakiś człowiek i dał znak ręką. Na znak ten, łodzie Arabów w szybkiem tempie odpłynęły zpowrotem.
— Czy mam im posłać jaką kulkę? — zapytał sternik, dumny ze swych artyleryjskich sukcesów. Walka go podnieciła; palił się do dalszych prób zręczności.
— Nie, narazie damy spokój — odparł kapitan. — Czy widzicie jednak ten budynek na prawo? To z pewnością meczet. Jeżeli zabierzemy się do świątyni tych muzułmanów, ogarnie ich trwoga jeszcze większa i prędzej zmiękną. Spróbujcie, czy uda się w meczet trafić?
— Niema obawy; przecież stoi przed nami wyraźny, jak na dłoni.
Wypowiedziawszy te słowa z uśmiechem zadowolenia, sternik nabił armatę bardzo starannie. Okazało się, że słowa jego nie były rzucone na wiatr. Dwa pierwsze strzały uszkodziły nieco świątynię, przy trzecim załamał się dach. Znowu się rozległy jęki i lamenty i znowu otwarto bramę. Wyszedł z niej naprzód żołnierz, powiewający na znak pokoju burnusem; po nim ukazała się lektyka, którą zaniesiono na brzeg. Wysiadł jakiś człowiek i pośpieszył ku łodzi generała, która już przybiła do brzegu. Po krótkiej chwili człowiek ten podpłynął pod statek w otoczeniu pozostałych łodzi.
Zatrzymał się w takiej odległości od brygu, by go można było słyszeć na pokładzie. Ognia chwilowo zaniechano, więc nieznajomy podniósł się w łodzi i zawołał:
— Dlaczego strzelacie w dom Allaha i w mój?
— A dlaczego wy strzelacie do mego statku?
— Ponieważ jesteście niewiernymi buntownikami, zdrajcami — i nie chcecie mnie słuchać.
— Kimże jesteś, że śmiesz żądać od nas posłuszeństwa?
— Jestem panem tego miasta, któremu winni posłuszeństwo wszyscy, znajdujący się tutaj.
— Jeżeli jesteś gubernatorem, chodź na pokład, a pomówimy.
— Zejdź nadół; więcej przecież znaczę, aniżeli ty!
— Jeżeli nie przyjdziesz, kule moje pokażą, kto więcej znaczy!
Gubernator odparł po krótkiej naradzie ze swoimi:
— Postępujesz, jak nasz wróg; nie mogę na tobie polegać.
— Zaręczam słowem, że ci się nic złego nie stanie.
— Zaręczasz również, że będę mógł opuścić twój statek, gdy tylko zechcę?
— Tak.
— Namyślę się, czy przyjść...
— Dobrze; daję dwie minuty czasu; gdy termin upłynie, rozpocznę palbę.
Gubernator znowu się naradzał; lufę jednej z armat skierował sternik na jego dom. Gdy po upływie dwóch minut Arab nie mógł się jeszcze zdecydować, kapitan rozkazał:
— Ognia!
Padł pocisk i znowu z domu gubernatora gruz posypał się na wszystkie strony. Podziałało to jak uderzenie pioruna. Widząc, że nie przelewki, Arab zawołał:
— Przestań, już idę! Biorę eskortę, aby mnie broniła.
— Przysięga moja powinna ci wystarczyć — odparł kapitan. — Wejdziesz sam na pokład okrętu; do każdego innego będę strzelał.
Kapitan postanowił odegrać swoją rolę bez kompromisów. Może kto inny na jego miejscu byłby ze względów handlowych pozwolił mahometanom na wiele; ale człowiek ten uważał za punkt honoru dla swej rasy europejskiej, dla swych marynarzy i siebie samego, — pokazać tym pyszałkom, że się ich nie ulęknie.
Gubernator musiał wreszcie ustąpić i, po usunięciu sieci kolczastych, przybył na pokład. Ponurem spojrzeniem obrzucił załogę. Kiedy się przekonał, że liczy zaledwie czternastu ludzi, zapytał, nie witając się z nikim:
— Czy to cała twoja załoga?
— Tak.
— I z taką garstką śmiesz mi się opierać?
— Widziałeś i doświadczyłeś na sobie, że stać mnie na to. Jesteśmy Europejczykami, a jeden Europejczyk da radę dwudziestu waszym.
Dumne te słowa, wypowiedziane tonem zarozumiałym, odniosły skutek. Gubernator kazał się zaprowadzić na pokład i spoczął na dywanie. Naprzeciw usiadł kapitan; po prawej stronie stanął sternik, po lewej tłumacz. Połowa załogi znajdowała się wpobliżu, reszta zaś przyglądała się bacznie nieprzyjacielskim statkom.
Arab i kapitan mierzyli się wzajem od stóp do głów. Bronzowa od wiatru i słońca twarz kapitana odbijała skromnemi, szczeremi rysami od obłudnej miny gubernatora. Był to człowiek niemłody; mimo wyrazu pewnego dostojeństwa, przezierała z twarzy chytrość szelmowska, właściwa Arabom — wyspiarzom.
— Przyszedłem, aby cię pociągnąć do odpowiedzialności. Uważam cię za zbrodniarza; będziesz musiał ponieść karę.
— Mylisz się — odparł kapitan. — To ja wezwałem ciebie, abyś przede mną zdał rachunek. Spełniłeś moją wolę i pojawiłeś się; wystarczający to dowód, że nie jestem zbrodniarzem. Aby cię jednak przekonać, że jestem sprawiedliwy, chętnie wysłucham twoich żalów.
— Usłyszysz bardzo wiele. Opierałeś się przeszukaniu statku, wziąłeś do niewoli moich ludzi; z twojej to winy straciłem statek. Zamiast prosić o przebaczenie, strzelasz do świątyni i do mego domu. Ukarzę cię surowo.
— Znowu się mylisz. Prawo do przeszukiwania statków mają tylko okręty wojenne państw, prawnie uznanych. Któż uznał twój statek? Jakiż prawdziwy marynarz byłby tak głupi, by uważać łódkę za okręt wojenny? Nie miał nawet flagi na maszcie; przypuszczam, iż o tem wiesz dobrze, że tylko okręty opatrzone banderą należy respektować.
— Dowódca powiedział, że statek do mnie należy i występował w mojem imieniu.
— To mnie nie obchodzi; nie jestem twym poddanym. Wziąłem do niewoli trzech twoich ludzi, ponieważ nazwali mnie psem. Byłbym cię zabił, gdybyś i ty na to się zdobył. Jak widzisz, mogę dać sobie radę z wami i nie zniosę żadnych obelg. Mimo to pozwoliłem komendantowi, występującemu w twojem imieniu, wziąć mój okręt na linę, choć wiedziałem, że popełnia istną niedorzeczność. To jego wina, że okręt zginął. Powinienem był pozwolić, aby razem ze swymi ludźmi poszedł na dno. Nie uczyniłem tego; przeciwnie, uratowałem jego i załogę. Zamiast dziękować, obraził mnie, nazwał łotrem. Wziąłem zuchwalca do niewoli, abyś go sam ukarał. Sądziłem, żeś dosyć roztropny, aby nie wszczynać wojny z kimś, kto ma przewagę nad tobą. Ale kazałeś strzelać do statku. Miałem więc prawo do obrony. Jeszcze nie popłynęła krew ludzka, ale oświadczam ci, że się stąd nie ruszę, dopóki nie otrzymam satysfakcji.
Gubernator, zdumiony tem przedstawieniem sprawy, zupełnie innem, aniżeli słyszał dotychczas, chciał coś odpowiedzieć, lecz kapitan nie pozwolił mu przyjść do słowa.
— Nie mam ochoty ani czasu do rzucania słów na wiatr. Słuchaj, co ci powiem. Tych z pośród swych ludzi, którzy mnie obrazili, ukarzesz. Pozwolisz mieszkańcom Zeyli i wszystkim ludziom, znajdującym się w mieście, na odwiedzenie mego statku i na nawiązanie stosunków handlowych ze mną; ponadto przeprosisz na piśmie za obelgi, które spotkały mnie, bądź słowne, bądź czynem wyrażone. Odchodzę teraz i pozostawiam cię ze sternikiem; możesz się z nim układać, ale zapewniam, że ani na jotę nie odstąpię od mych warunków. Jeżeli się nie zgodzisz w przeciągu kwadransu, zrównam Zeylę z ziemią. Widziałeś, że kule nasze nie chybiają. Ponadto skieruję lufy armat na twe okręty i zniszczę doszczętnie. Wreszcie jeńców każę ukarać, lub powieszę na masztach; to samo uczynię z każdym, kto się z bronią w ręku zbliży do mnie, lub do statku na odległość strzału. Pamiętaj, że to nie żarty.
Kapitan wstał i udał się do kajuty.
Po jakimś czasie powrócił na pokład. Gdy się dowiedział od sternika, że gubernator przystaje na wszystko, z wyjątkiem pisemnych przeprosin, dał rozkaz:
— Poślijcie pocisk każdemu domowi.
Sternik wstał, by wypełnić rozkaz, a kapitan usiadł w tej samej pozycji, co przedtem. Arab chciał coś powiedzieć przez tłumacza, lecz kapitan nie dał mu przyjść do słowa i rzekł:
— Podałem ci warunki; termin, który wyznaczyłem, minął. Nie stanie ci się nic złego; możesz opuścić okręt, ale patrz, co się dzieje.
Gubernator odwrócił się; w tejże chwili sternik dał ognia. Arab zatrząsł się na huk strzału, a skoro zobaczył jego straszliwe skutki, zawołał:
— Wstrzymaj się! Spełnię, czego zażądasz!
— Dobrze! — odparł kapitan. — Czy masz przy sobie papiery, które ci przyniósł ode mnie komendant portu?
— Tak.
— Wydaj je!
Gdy stało się zadość jego woli, kapitan ciągnął dalej:
— Zapłacę cło portowe, nic ponadto. Podarunków nie otrzymasz; straciłeś je dzięki swojej nieopatrzności. Każę zaraz przynieść papier, abyś mógł napisać przeprosiny.
— Napiszę u siebie w domu — rzekł chytrze Arab.
— Nie, napiszesz tutaj i dodasz, że nie uczynisz nic, co byłoby dla mnie zawadą, coby mi przeszkadzać mogło. Jeżeli nie dotrzymasz słowa, po całym świecie rozniosę, w jaki cię sposób ukarałem. Jeńców oddam dopiero przed odjazdem; zatrzymam ich jako zakładników, później będę obecny przy wymierzeniu kary.
Widząc, że sternik stoi przy nabitej armacie, musiał się gubernator, chcąc nie chcąc, zgodzić na warunki kapitana.
— Uczynię, czego żądasz, — rzekł — ale stwierdzam, że uniknęlibyśmy tego starcia, gdybyś pozwolił na przeszukanie statku, aczkolwiek nie jestem twoim władcą.
— Gdybym się na to zgodził, uznałbym cię tem samem za swego władcę. Czy nie wiesz, że to hańba, aby ktoś obcy przeszukiwał statek?
— Chodziło przecież tylko o przekonanie się, czy nie ukryli się na nim zbiegli niewolnicy.
— Czy niewolnicy ci byli tak cenni, że z ich powodu chciałeś się narazić na niebezpieczeństwo?
— Nie należą do mnie.
— Ach, tak! A więc do kogóż? Widocznie bardzo dbasz o własność tej osoby.
— Należeli do sułtana Harraru.
— Pah! Więc były to z pewnością bezwartościowe figury — rzekł kapitan bagatelizująco.
— Przeciwnie, to dwaj biali chrześcijanie i jedna młoda, piękna chrześcijanka, która ma być tak cudna, jak wierzchołek góry w blaskach jutrzenki.
Gubernator, opowiadając o białych niewolnikach, popełnił wielką nieostrożność; kapitan zwrócił na te słowa uwagę. Biali chrześcijanie, a więc Europejczycy! Może będzie tu można wykryć jakieś szelmostwo. Kapitan zapytał:
— Czy wiesz z jakiego kraju pochodzą ci ludzie?
— Tak. Nazywają go Espania.
Espania, a więc Hiszpanja! — Kapitan zaczął się utwierdzać w domysłach.
— A skąd pochodziła niewolnica?
— Tego sułtan nie wie.
— Jakim językiem mówiła?
— Tym samym, co jeden z jeńców. Związali sułtana i zrabowali jego skarbiec. Potem uprowadzili kilka wielbłądów i uciekli z dwoma Somali, którzy byli z pewnością ich przewodnikami i obrońcami. Następnego dnia służba znalazła sułtana i zwolniła go z więzów.
— Co uczynił później?
— Wysłał natychmiast w pościg wielką ilość wojowników.
— Dokąd?
— Na wybrzeże, gdyż zbiegowie mogli uciec tylko na znalezionym przy wybrzeżu statku. Sułtan wysłał swego wezyra do Berbery, sam zaś przybył do mnie, do Zeyli. Muszę słuchać życzeń tego możnego władcy, zemsta jego jest bowiem straszliwa.
— Czy zabrane skarby przedstawiają wielką wartość?
— Składają się z wielkiej ilości złota, pięknych sukien i miljonowych klejnotów. Można kupić za nie kraj cały.
— A niewolnicy zbiegli statkiem?
— Nie. Zabrali wprawdzie najlepsze i najszybsze wielbłądy i dotarli do wybrzeża szybciej, aniżeli pościg, ale wiemy doskonale, że w ostatnich czasach nie pokazał się żaden statek; na morzu hulał silny wiatr południowy, który jest tak groźny, że każdy statek unikać go musi. Zresztą, wysłałem znaczną część mojej floty, aby ich szukała. Znajdą zbiegów z pewnością.
Kapitan zamyślił się. Przeszła mu przez głowę pewna myśl: obydwaj mężczyźni byli Hiszpanami, dziewczyna z pewnością także. W jaki sposób dostali się wszyscy w ręce osławionego z okrucieństw sułtana Harraru? Musieli to być ludzie odważni i gotowi na wszystko, a więc z nieprzeciętnego pochodzący stanu. Znajdowali się bezwątpienia w fatalnem położeniu. Kapitan, chrześcijanin i dzielny marynarz, uważał za swój obowiązek spróbować, czy nie uda mu się zbiegom dopomóc. Dlatego zapytał napozór obojętnie.
— A czy nie dowiedzieliście się o nich niczego? Nie natrafiliście na ślad?
Twarz gubernatora nabrała złośliwego wyrazu; oczy zabłysły szyderczo. Odparł z dzikiem zadowoleniem:
— Natrafiliśmy nie na ślad, a na coś o wiele ważniejszego.
— Na cóż to takiego?
— Powiedz naprzód, że ich nie masz u siebie!
— Pierwszy raz o nich słyszę.
— Chcę ci wierzyć i powiem, że schwytaliśmy jednego z Somali, którzy byli przewodnikami zbiegów.
— Ach!
— Tak jest. Wysłałem mych wojowników, aby przeszukali całe wybrzeże. Wpobliżu góry Elmes, tam gdzie pochyla się ona ku morzu, znaleźli pewnego młodego Somali. Nie miał czasu uciekać i schwytano go, choć się bronił jak djabeł i zranił wielu moich wojowników. Zaczęli go wypytywać; milczał. Milczał uporczywie i wtedy, gdy go sprowadzili do mnie, do Zeyli.
— A więc nic nie wie o zbiegach?
— Owszem! Sułtan Harraru poznał go odrazu: jest to młodszy z pośród obydwóch Somali — ojca i syna.
— Ach, tak. Więc go trzeba wypytywać tak długo, aż mówić zacznie.
— Milczy jak zaklęty. Jutro weźmiemy go na takie męki, że będzie musiał mówić.
— A jeżeli będzie wolał umrzeć?
— W takim razie pójdzie do piekła.
— Nie schwytacie zbiegów, wasi wojownicy, wasze statki nic warte.
— Chcesz mnie obrazić?
— Nie. Ale widzisz, że mamy przewagę nad tobą i nad całą Zeylą, choć jest nas tylko czternastu ludzi. Jakże schwytacie zbiegów, jeżeli znaleźli okręt? Czy macie taką broń i takie armaty, jak ja? Czy macie taki statek jak mój, któryby żeglował tak szybko, aby przed nim zbieg nie mógł umknąć?
Gubernator utkwił wzrok w ziemię. Rozumowanie kapitana trafiło mu do przekonania. Doświadczył przecież na sobie, jak rozumnie, energicznie i przezornie człowiek ten umie postępować. Dlatego, zgadzając się z rozumowaniem kapitana, rzekł:
— Tak, gdybyśmy mieli taki statek, jak twój!
— Oczywiście, gdyby... — rzekł kapitan, przypatrując mu się z pod oka. — Idę o zakład, że udałoby mi się schwytać zbiegów, gdybym się zajął tą sprawą.
— Sułtan obiecał za ich odnalezienie wielką nagrodę w postaci dwudziestu wielbłądów, naładowanych kawą.
— Na Boga, przecież to bogactwo!
Na twarzy Araba pojawił się wyraz drapieżnej chciwości; uczucie to owładnęło nim do tego stopnia, że stracił panowanie nad sobą i całą rozwagę, której mu dotąd nie można było odmówić.
— Jakiej części nagrody zażądałbyś, gdyby ci się udało schwytać zbiegów?
Kapitan odparł z wyniosłą miną:
— Jestem bogatszy od ciebie; nie potrzeba mi wcale tej nagrody. Ale odszukiwanie zbiegów niezgorszą byłoby dla mnie zabawą.
— Uczyń to, uczyń! — wołał Arab, podniecony nadzieją, że zagarnie calutką nagrodę bez wysiłku.
— Niestety, — odparł kapitan z ubolewaniem — muszę tu pozostać, aby sprzedać swój towar.
— Sprzedasz wszystko w przeciągu kilku godzin, o ile tylko ja tego zechcę.
— Tak sądzisz?
— Są tu cztery wielkie karawany z Amhary, Szoa, Kaffy i Ogady. Sam wielu rzeczy potrzebuję, mieszkańcy Zeyli również; sułtan Harraru kupiłby cały statek, gdybyś mu tylko przyrzekł, że wyruszysz w pościg.
— Przypuszczam, że niema czem płacić. Przecież zrabowano mu skarby.
— Przywiózł dużo srebra, którego Hiszpanie nie zabrali. Oprócz tego odbiera mieszkańcom Harraru wszystkie pieniądze. Cokolwiek posiadają, uważa za swą własność.
— A w jaki sposób płacić będą karawany?
— Kością słoniową i masłem. My z Zeyli płacimy perłami, które łowimy na wybrzeżu. Jeżeli rozkażę, by od dziś ludność kupowała tylko u ciebie, wieczorem nie będziesz miał na pokładzie ani sztuki towaru.
Kapitan był zadowolony z tego obrotu rzeczy. Przedewszystkiem sprzedaż towaru w przeciągu jednego popołudnia, zamiast całych tygodni czekania, była wielką wygodą, ponadto unikał tułaczki od portu do portu. Był również zadowolony z postaci zapłaty, gdyż kość słoniowa i perły przedstawiały w Europie wielką wartość, a masło można było sprzedać we Wschodnich Indjach po wysokiej cenie. Dlatego też rzekł:
— Czy sułtan się zgodzi?
— Napewno, tylko musisz się z nim sam porozumieć. Polecę cię sułtanowi.
Dopiero teraz gubernator wpadł na myśl, która już przyjść winna była dawno. Zapytał z pewnem zakłopotaniem:
— Przecież jesteś takim samym chrześcijaninem jak ci Hiszpanie! Czy mieszkacie w jednym i tym samym kraju?
— Nie. Dzieli nas wielki szmat ziemi.
— Ale wyznajecie jedną religję, nieprawdaż?
— Nie; Wyznajemy różne wiary. To są katolicy, my zaś jesteśmy protestantami.
— Co takiego?
Kapitan odpowiedział przez porównanie:
— Podobnie u was różnią się Sunnici od Szyitów.
— Ach, w takim razie nie powinienem mieć żadnych obaw — odparł uspokojony. — My, Sunnici, nienawidzimy Szyitów więcej aniżeli niewiernych, wy nienawidzicie się również wzajemnie, więc możemy być co do ciebie spokojni. Idę zaraz do sułtana.
— Dobrze, ale przedtem musisz podpisać list przepraszający.
Było to Arabowi bardzo nie na rękę.
— Czy nie zechcesz mnie zwolnić od tego?
— Teraz nie. Ale przyrzekam, że ci oddam pismo zpowrotem, jeżeli będę z ciebie zadowolony; przyrzekam również, że nie będą nalegał na ukaranie twej służby. Mam nadzieję, że się na tobie nie zawiodę.
Słowa te uradowały Araba. Podniecony nadto widokami na otrzymanie dwudziestu ładunków kawy i wielbłądów, zawołał:
— Jestem twym przyjacielem! Jak się nazywasz?
— Nazywam się Wagner — odparł zapytany.
— Nazwisko trudne do wymówienia, język skręca mi się przy niem, ale to nie powinno wpływać na nasze stosunki. Czy chcesz pojechać ze mną do Zeyli? Będziesz mógł sam pomówić z sułtanem Harraru.
— Czy gwarantujesz mi nietykalność?
— Przysięgam na Allaha, na brody proroków i wszystkich kalifów, że przybędziesz i wrócisz jako człowiek wolny i że każę zabić każdego, ktoby cię obraził. Możesz przenieść spokojnie towary do miasta i przystąpić do sprzedaży.
— Nie, tego nie uczynię; mógłbym napotkać mniej uczciwych kupców od ciebie. Każę zanieść skrzynie i paczki na pokład i otworzyć. Po dziesięciu ludzi będzie mogło oglądać towary, które sprzedawać będę tylko hurtowo. Poślę po papier, będziesz pisał, a ja tymczasem przygotuję się do wylądowania.
Kapitan dał sternikowi niezbędne zlecenia i wszedł do kajuty. Miał sporo roboty. Przedewszystkiem przebrał się i ponawieszał na siebie całą masę najróżniejszego rodzaju broni, chciał bowiem ujść za człowieka wybitnego stanowiska. Skończywszy z tem, zaczął przerzucać kartki słownika arabskiego, by móc kontrolować nieco tłumacza. Mruczał przytem:
— Któż ten język zrozumie! To djabelska mowa. Jak będzie po arabsku „ja“? Aha, jest — ana. A „jestem“? Tego jakoś nie widzę. Jest tylko eida, a to znaczy „także“; hm, chrześcijanin — nassrani; jeżeli więc powiem: Ana eida nassrani, będzie to znaczyło: jestem także chrześcijaninem, i Somali domyśli się natychmiast, że go chcę uratować. Ożywię w nim nadzieję. Jakże będzie „nadzieja“? Jest, amel. Jeżeli mi się uda, uwolnię go; ale stać się to może tylko w nocy. Nossf el leel znaczy „północ“. To sobie zapiszę, choć trudno mi będzie namalować te arabskie litery.
Na małej kartce wykaligrafował od prawej ku lewej: Ana eida nassra i — amel — nossf el leel.
— No tak! — mruknął z zadowoleniem. — Będzie te wszystko razem znaczyło: jestem także chrześcijaninem — miej nadzieję — przyjdę o północy. Jeżeli mi się uda wetknąć kartkę jeńcowi, zrozumie bezwątpienia. Oj, Wagnerze, Wagnerze, gdyby twoja stara wiedziała, że zaplątałeś się w tak niebezpieczny romans, byle tylko uwolnić przecudowną niewolnicę! Ale, jeżeli się ma dobre serce, nienajgorszą głowę i parę mocnych pięści, można osiągnąć, czego się chce.
Kapitan zwinął karteczkę, włożył do kieszeni i wrócił na pokład, gdzie oczekiwał go gubernator. Kazał sobie przeczytać i przetłumaczyć, co ten napisał; wysłuchawszy z zadowoleniem, wręczył pismo na przechowanie sternikowi. Sternik, który był mu bardziej przyjacielem, aniżeli podwładnym, rzekł z troską w głosie:
— Narażacie się na wielkie niebezpieczeństwo. Cóż będzie, jeżeli was wezmą do niewoli?
— To wykluczone. Gubernator przysiągł, a mahometanie nie łamią nigdy przysięgi.
— Dobrze. Jeżeli w przeciągu dwóch godzin nie wrócicie, zacznę ostrzeliwać miasto.
— O tem samem myślałem. A jeżeli, nie wróciłbym do wieczora, trzeba będzie powiesić jeńców, jednego obok drugiego.
— Czy nie zabierzecie eskorty?
— Nie. Zasada wschodu brzmi wprawdzie: — im większy orszak, tem dostojniejszy pan, ale nie chcę, aby te szelmy myślały, że się ich obawiam. Zresztą, marynarze są na statku bardziej potrzebni. Do sprzedaży będzie można jednak przystąpić dopiero po moim powrocie, muszę bowiem zabrać ze sobą tłumacza.
Wydawszy jeszcze kilka zarządzeń, kapitan wsiadł z gubernatorem i tłumaczem do łodzi.
Orszak gubernatora, który wciąż jeszcze płynął wpobliżu na łodziach, zdziwił się niepomiernie, ujrzawszy pośród siebie wroga, którego miał zniszczyć, i to bez żadnej eskorty. Nie rzekli jednak Arabowie ani słowa i podążyli za nimi.
Przed bramą północną stała lektyka, w której przywieziono gubernatora. Nie chcąc obrażać swego gościa, gubernator nie wsiadł do niej i pieszo puścił się w drogę przez brzydkie, niepozorne uliczki miasta.
Wszędzie stali ludzie, obrzucający obcego złemi spojrzeniami. Po bogatym stroju poznawali, że jest kapitanem statku, który zniszczył ich świątynię; w duchu miotali nań przekleństwa.
Dopiero, gdy się zbliżyli do budynku, w którym mieszkał gubernator, kapitan mógł dokładnie oszacować szkody, wyrządzone przez armaty. Tylko sutereny utrzymały się w dobrym stanie. Weszli do nich; gubernator zaprowadził kapitana do pokoju, obwieszonego dywanami. Kapitan siadł na sprzęcie, przypominającym krzesło.
Na rozkaz władcy przyniesiono fajki i kawę. Gubernator łapczywie smakował, kapitan zakłócił mu jednak siestę pytaniem:
— Kiedy będę mógł pomówić z sułtanem?
— Wtedy gdy sułtan będzie miał ochotę.
— Ach, gdy będzie miał ochotę? Niechaj ta ochota przyjdzie prędko, inaczej mógłbyś tego żałować.
— Dlaczego?
— Bo moi ludzie będą strzelać do miasta i powywieszają jeńców, o ile nie wrócę.
Podziałało to jak uderzenie pioruna. Gubernator zerwał się przerażony z dywanu, zaczął rozglądać, czy przypadkiem nie padają już kule:
— W twojm kraju noworodków kąpią w gorącej wodzie. Miej nieco cierpliwości! Pójdę do sułtana i opowiem mu o tobie.
Gubernator się oddalił. Tłumacz opróżnił filiżankę, spojrzał z podziwem na kapitana i rzekł:
— Nigdy w życiu nie spotkałem takiego jak ty człowieka. Czy nie wiesz, że się znajdujesz w jaskini lwa i że cała ludność aż pod niebo skakałaby z powodu twej śmierci, zniszczyłeś bowiem świątynię.
— Niebardzo groźnie wygląda mi ten lew!
— Poskromiłeś go, ale może w każdej chwili rozszaleć na nowo. A sułtan to istny tygrys.
— A więc za chwilę znajdę się w malowniczej menażerji: gubernator lew, sułtan tygrys, ty zaś jesteś zającem.
— Nie wolno mi oburzać się na twoje szyderstwa, jesteś bowiem władcą moim i płacisz mi za usługi. Ale i nade mną zawisło niebezpieczeństwo. Jako tłumacz będę musiał los twój podzielić.
— W takim razie bądź zadowolony; nic złego nam nie grozi.
Usługiwał im murzyn; napełnił filiżanki i podał fajki nabite powtórnie. Po pewnym czasie wrócił gubernator.
— Chodź ze mną, — rzekł — sułtan na ciebie czeka.
Weszli do większego pokoju. Na niewielkiem podjum, wysłanem cennemi dywanami, siedział sułtan i ćmił z długiej fajki. Obrzuciwszy kapitana badawczem spojrzeniem, rzekł do tłumacza.
— Klęknij, niewolniku, gdy z tobą mówię!
Był w Harrarze przyzwyczajony, że poddani mówili z nim, leżąc na brzuchu; jeśli pozwolił komu przemawiać do siebie w pozycji klęczącej, uważał to za dowód niezwykłej łaski. Tłumacz usłuchał i ukląkł. Kapitan nie zrozumiał rozmowy, prowadzonej po arabsku, wyczuł jednak związek jej z upokorzeniem tłumacza, więc zapytał:
— Dlaczego ukląkłeś?
— Sułtan mi rozkazał.
— Ach tak! A kto jest twym panem?
— Ty.
— Kogóż więc powinieneś słuchać?
— Ciebie.
— W takim razie rozkazuję ci wstać.
— Sułtan kazałby mnie zabić.
— Eh! Przedtem posłałbym mu kulkę w głowę. Wstań! Będę z nim mówił, siedząc, ty zaś pozostaniesz w pozycji stojącej; to dostateczny dowód szacunku.
Tłumacz podniósł się, ale cofnął o kilka kroków, aby go nie mógł dosięgnąć nóż sułtana. Sułtan obrzucił biedaka wściekłym wzrokiem, chwycił za broń i ryknął:
— Psie, dlaczego wstajesz? Klęknij w tej chwili, albo przebiję cię sztyletem!
Tłumacz trząsł się jak w febrze; rzucając przerażone spojrzenia w kierunku kapitana, szepnął:
— Zakłuje mnie, jeżeli nie uklęknę.
— Powiedz mu, że prędzej jego dosięgnie moja kula, aniżeli ciebie sztylet.
Po tych słowach kapitan wyciągnął rewolwer i wycelował w kierunku głowy sułtana. Ten zbladł, niewiadomo, ze strachu, czy ze wściekłości.
— Czego chce ten niewierny? — zapytał tłumacza.
— Powiada, że strzeli do ciebie, zanim sztylet zdążysz wyciągnąć.
Twarz sułtana nabrała dziwnego, trudnego do określenia wyrazu. Tak nie mówił z nim jeszcze nikt na świecie. Kapitan miał jednak tak stanowczą postawę, że sułtan cofnął rękę od pasa i po krótkiej pauzie zapytał:
— Dlaczego nie pozwalasz, aby ukląkł przede mną?
— Ponieważ to mój sługa, a nie twój, — odparł kapitan.
— Czy wiesz, kim jestem?
— Wiem, bo miano mnie zaprowadzić do sułtana Harraru.
— Oto mnie masz przed sobą w całej okazałości!
Słowa te wypowiedziane zostały takim tonem, jakby mówiący spodziewał się, że przybysz padnie przed nim na twarz w pokorze. Tymczasem kapitan odparł spokojnie:
— A ty, czy wiesz, kim ja jestem?
— Zameldowano mi kapitana statku, który odważył się ostrzeliwać Zeylę.
— Oto mnie masz przed sobą w całej okazałości!
Sułtan obrzucił kapitana zdumionym wzrokiem.
— Tyś jest marynarz, jam zaś sułtanem wielkiego kraju! — rzekł wreszcie.
Twój kraj niewielki — rzekł kapitan obojętnie. — Rozmawiałem z większymi i sławniejszymi ludźmi od ciebie. Jesteś władcą niewolników. O wiele większy zaszczyt przynosi władza nad wolnymi. Zabraniam memu słudze klękać przed tobą. Uszanujesz mój rozkaz, jeżeli nie chcesz, abym sobie szacunek wymusił siłą.
Powiedziawszy to, kapitan rozsiadł się jak najwygodniej obok sułtana i położył przed sobą obydwa rewolwery.
Gubernator stał dotychczas obok niego. Nie odważyłby się nigdy bez specjalnego wezwania usiąść tak blisko tyrana. Przykład kapitana podziałał jednak i na niego; usiadł, lecz w pewnej od obydwóch odległości.
Zdawało się, że sułtan stracił ze zdziwienia mowę. Nie wiedział, co ma począć ze sobą. Kapitan wywarł na nim silne wrażenie, zwłaszcza niepokoiły go rewolwery. Przecież człowiek, mogący ostrzeliwać całe miasto, potrafi z pewnością palnąć w łeb sąsiadowi, który mu nie będzie powolny. Odsunął się nieco i rzekł:
— Gdybyśmy byli w Harrarze, kazałbym cię zasztyletować.
— Gdybyś zaś był w mojej ojczyźnie, dawno odjętoby ci głowę — odparł Wagner. — W krajach zachodnich istnieje bowiem zwyczaj ścinania głów sułtanom, o ile nie podobają się ludowi.
Władca otworzył usta i oczy, jak człowiek, stojący pod stopniami gilotyny.
Czy bywałeś przy takich egzekucjach? — zapytał odruchowo.
— Nie; nie jestem przecież katem. Ale, palisz sobie wnajlepsze, wiedz jednak, że ja nie mam zwyczaju odmawiać sobie tego, co innym smakuje. Niech mi także dadzą fajkę!
Tłumacz jeszcze nigdy w życiu nie pośredniczył przy podobnej rozmowie. Z początku bał się o skórę swoją, ale nieustraszona odwaga kapitana uzbroiła go w siłę. Tłumaczył teraz słowa swego pana tak, jak były wypowiedziane, nie starając się ich łagodzić.
Gubernator klasnął w dłonie; murzynowi, który się zjawił, kazał przynieść kilka fajek. Kapitan zapalił i, zaciągając się z rozkoszą, rzekł do sułtana:
— Możesz zaczynać. Pomówimy o naszej sprawie.
Wpływ jego osoby i zachowania się był tak wielki, że sułtan stracił tupet i odparł:
— Gubernator poinformował mnie o twej prośbie.
— O mej prośbie? — zapytał Wagner z dobrze udanem zdumieniem. — Do nikogo nie zwracałem się z prośbą; z twoich ust spodziewałem się usłyszeć życzenie.
Taki obrót sprawy zaskoczył sułtana. Kapitan chwycił się odpowiedniej taktyki. Tyran ugina się tylko przed stanowczością, jest bowiem zwykle w gruncie rzeczy tchórzem. I władca Harraru odczuwał dla kapitana szacunek, wyrosły z trwogi, od którego niedaleko już było do zaufania; powiedział sobie w skrytości ducha, że właśnie tego rodzaju człowiek podołałby zadaniu, jakiemu inni nie potrafią sprostać. Dlatego odparł tonem niezwykle łagodnym:
— Mam jedno życzenie, ale nie wiem, czy je potrafisz spełnić.
— Spróbuj! — rzekł kapitan.
— Czy gubernator opowiedział ci wszystko?
— Tego nie wiem. Opowiedz raz jeszcze sam, o co ci chodzi.
Sułtan usłuchał i opowiedział, co się stało w Harrarze, oraz jakie kroki poczynił, aby — schwytać zbiegów. Przemilczał to, co, zdaniem jego, mogło mu zaszkodzić. Ale wściekłości ukryć nie potrafił i kapitan wyczuł, że byłby zdolny do najstraszniejszych okrucieństw, gdyby zbiegowie dostali się znowu w jego ręce. Kończąc, zapytał:
— Czy uważasz, że jeszcze można schwytać zbiegów?
— Tak.
— W jaki sposób? Czy za pośrednictwem przytrzymanego Somali?
— Nie. Ten Somali jest dzielnym człowiekiem i wiele zaryzykował. Zginie raczej, a nie zdradzi swego ojca.
— Będę go dręczył, wystawię na męki śmiertelne.
— To ci się nie uda, bo ten człowiek sam się zabije. Przynajmniej jabym tak postąpił na jego miejsce.
— Nie ma broni przy sobie.
— Można się życia pozbawić nawet bez broni. Bywali jeńcy, którym zabrano wszystko, aby nie mogli popełnić samobójstwa, a którzy jednak pozbawiali się życia. Czy wątpisz, że dokładnie porozumiał się ze swym ojcem i z tamtymi dwoma, zanim wyruszył na poszukiwanie statku? Żebyście go nie wiedzieć jak namawiali i dręczyli, będzie tylko tak czynił i postępował, jak się z tamtymi ułożył.
— Jakże, mianowicie?
— Tego nie wiem, nigdy go bowiem nie widziałem i nie znam zupełnie. Może ucieknie z więzienia? Może znajdzie sprzymierzeńców, którzy mu okażą pomoc? Czy są w mieście Somali? A może przyrzeknie, że cię zaprowadzi do zbiegów i po drodze ucieknie? Może przygotuje zasadzkę?
— Przecież to niemożliwe!
— Czy Hiszpanie nie posiadają twych skarbów? Czy nie potrafią zwerbować wystarczającej ilości ludzi, aby urządzili na ciebie napad?
Sułtan zadumał się i zamilkł na czas jakiś. Wreszcie odparł:
— O tem jeszcze nie myślałem. Jesteś taki przemyślny, że mógłbyś zostać wezyrem sułtana. Byłem pewien, iż wyczerpałem wszystkie środki.
— Nie zrobiłeś tego, co jest najprostsze, najłatwiejsze i najpewniejsze zarazem. Powiadasz, że ucieczka uda się tylko w tym wypadku, jeżeli zbiegowie znajdą na wybrzeżu statek, który weźmie ich na swój pokład. Dlaczegóż nie postarałeś się o taki statek?
Sułtan popatrzył na kapitana z najwyższem zdumieniem i rzekł:
— Oszalałeś? Ja, od którego uciekli, któremu zrabowali skarby, który ich ściga, któremu uprowadzili najpiękniejszą niewolnicę, ja miałbym pomagać im w dalszej ucieczce?
— Któż to powiedział? — uśmiechnął się kapitan wyniośle. — Czy naprawdę nie zrozumiałeś? Gdybym był na twojem miejscu, wsiadłbym na statek i popłynąłbym wzdłuż wybrzeża. Gdyby przyszli do mnie, prosząc, abym ich wziął na pokład — ukryłbym się. I dopiero, gdyby wraz ze skarbami wsiedli na okręt, zjawiłbym się i zawładnął nimi.
Sułtan skoczył na równe nogi i zawołał:
Allah il Allah! Na Allaha, masz rację! Jesteś mądrzejszy od nas wszystkich!
Gubernator również okazywał zgodę i podziw.
— Czy Allah odjął nam rozum, żeśmy nie wpadli na ten pomysł? — zawołał. — Tak, jesteś nietylko nieustraszony i dzielny, ale ponadto chytry i mądry.
— Jeszcze błąd nasz nadrobimy i to natychmiast! — zawołał sułtan.
— Nie tak prędko; zastanówcie się nad tem dokładnie — rzekł kapitan.
— Poco? Przecież masz zupełną rację. W ten sposób musimy ich schwytać.
— Mam wrażenie, że jest już prawie za późno. Wysłali młodego Somali jako gońca; ponieważ nie wrócił, są pewni, że został schwytany i będą bardzo ostrożni. Ponadto, zapewne spostrzegli wasze statki. Czy Somali znają statki gubernatora?
— Tak — odparł gubernator.
— W takim razie wiedzą z pewnością, że statki ich ścigają. Nie zbliżą się do żadnego z nich.
— Znowu masz rację — rzekł sułtan wzburzony. — Tak, jesteś mądry i przedsiębiorczy. Daj nam dobrą radę! Jeżeli to uczynisz, dostaniesz trzydzieści wielbłądów z pełnym ładunkiem kawy.
— Dam ci radę: musi ich szukać jakiś obcy statek, by się go nie bali; najlepiej niechaj to będzie statek europejski. Gdy go Hiszpanie zobaczą, będą mieli bezwzględne zaufanie.
— Rada twoja jest dobra. Ale gdzie znaleźć taki statek, poza twoim?
— Da ci swój — odparł gubernator, uśmiechając się.
— Czyżby to była prawda? — zapytał tyran.
— To prawda; ale stawiam warunki. Ponieważ nie możemy tracić ani chwili czasu, cały mój ładunek musi być sprzedany do wieczora.
— Moja w tem głowa, by się tak stało, — rzekł gubernator. — Przyrzekłem już, a słowa dotrzymam.
— Ja sam kupię od ciebie tyle, ile mi starczy złota i srebra, — zawołał władca Harraru, któremu nie pozwalała usiedzieć na miejscu myśl o skarbach i pięknej niewolnicy. — Jakie masz towary?
Kapitan wyliczył cały swój ładunek.
— Dobrze, ja kupię część, gubernator część, resztę karawany. Czy stawiasz jeszcze jakieś warunki?
— Tak. Z nagrody, którą przeznaczyłeś za schwytanie zbiegów, niczego nie żądam; niechaj całą otrzyma przyjaciel mój, gubernator. Dasz mi pisemne zobowiązanie, które mu daruję, skoro ich tylko schwytam.
Gubernator omal nie rzucił się na szyję swemu wielkodusznemu przyjacielowi. Sułtan zaś nie mógł wprost zrozumieć takiej bezinteresowności.
— Czy dobrze słyszałem? Powiedziałeś, że niczego nie żądasz?
— Niczego. Jeden chętnie poluje, drugi gra w karty, moją zaś pasją jest łapanie zbiegów. Radość, że połów się udaje, jest mi dostateczną nagrodą. Czy mogę zakomunikować mój ostatni warunek?
— Słucham.
— Muszę zobaczyć schwytanego Somali. Hiszpanie wyślą teraz jego ojca na zwiady. Podczas, gdy okręt mój płynąć będzie wzdłuż wybrzeża, przeszukam je przez lunetę i zobaczę starego z pewnością. Ojciec jest bezwątpienia podobny do syna. Gdy będę znał syna, ojca poznam z łatwością.
— Allah jest wielki, a mądrość twoja ogromna! — zawołał sułtan. — Zgadłeś; są do siebie podobni, jak dwie krople wody. Sam pokażę ci jeńca.
— Nie zaraz; przedewszystkiem musisz nam dać pisemne przyrzeczenie.
— Sporządzę je pod twojem dyktandem. Przynieście pergamin, atrament, lak i pióro. Będę pisać.
— Jeszcze chwila — rzekł kapitan. — Skąd weźmiesz kawę?
— Przyślę ją z Harraru.
— Jak długo trwa transport?
— Jeden obieg księżyca.
— Dobrze, pisz więc!
Sułtan posłusznie umaczał pióro i zaczął pisać pod dyktandem:

Ja, Ahmed ben Sultan Abubekr, emir i sułtan państwa Harraru, przyrzekam na Allaha i proroka jego, co następuje: prześlę Hadżi Szarmakayowi ben Ali Saleh, gubernatorowi miasta Zeyli, trzydzieści porcyj dobrej kawy wraz z wielbłądami w przeciągu jednego obiegu księżyca, skoro tylko w tym czasie kapitan Wagner schwyta mych zbiegów.

Podpisał, zdjął z szyi pieczęć i wycisnął ją w laku.
— Teraz jesteś zadowolony? — zapytał.
— Owszem — odparł kapitan, a zwracając się do gubernatora, dodał: — Powiedziałem, że pismo to otrzymasz dopiero później, abyś jednak miał dowód, iż mówię prawdę, weź je teraz.
Gubernator chwycił pergamin oburącz i zawołał rozpromieniony:
— To dowód dla mnie, że jesteś szlachetnym człowiekiem. Jesteś mi przyjacielem, jesteś, jedynym przyjacielem z pośród przyjaciół, jedynym dobroczyńcą z pośród dobroczyńców. Powiedz, co mam uczynić, abym sławił twe imię i dobroć?
— Żądam tylko, byś dotrzymał obietnicy.
— Co do sprzedaży towarów? Spełnię ją natychmiast.
Gubernator wyszedł szybkim krokiem. Gdy się oddalił, sułtan odłożył fajkę i rzekł.
— Chodź, pokażę ci jeńca.
— Jak się nazywa?
— Murad Hamsadi.
Tyran poszedł przodem. Minęli podwórze i dostali się na dziedziniec szerokości ośmiu metrów zaledwie i niemal zupełnie pusty, bo tylko pośrodku stał stary pleciony kosz.
— Tutaj! — rzekł sułtan. — Odsuń kosz.
Kapitan ku swemu przerażeniu ujrzał jeńca, tkwiącego w głębokim otworze; postawiono go w nim, potem zaś otwór zasypano w ten sposób, że widać było nad ziemią tylko głowę jeńca. Mimo tych tortur, Somali był przytomny; obrócił oczy na sułtana z wyrazem niesłychanej nienawiści i zkolei zmierzył Wagnera wzrokiem złej ciekawości.
Kapitan sięgnął do kieszeni i, nie zwracając uwagi sułtana, wyjął karteczkę, którą przygotował przedtem. Wiedział, że nie może jej wręczyć jeńcowi, gdyż biedak nie był w stanie rąk wyciągnąć; liczył się jednak z tem, że może przyjdzie chwila, w której będzie mógł kartkę pokazać. Oczywiście nie przyjdzie to z łatwością, gdyż oprócz sułtana obecny był jeszcze tłumacz. Bądź co bądź, Wagner postanowił spróbować. Skrawek papieru był taki mały, że dłoń pokryła go w zupełności.
— Przypatrz się dobrze temu psu — rzekł sułtan.
— Może spróbujesz, czy nie zechce czego powiedzieć? — zapytał Wagner.
— To niepotrzebne. Schwytasz ojca jego i pozostałych zbiegów, choćby nawet pary z ust nie puścił. Potem poniesie karę.
Czy nie może wydostać się z ziemi? Kiedy się porusza, podważa i roztrąca nasyp.
— To niemożliwe. Przywiązano go do pala.
— Naprawdę? Mam wrażenie, że pracował nad tem, by się wydostać.
Po tych słowach Wagner schylił się nad głową, Wystającą ponad ziemią i, udając, że lewą ręką szuka czegoś w piasku, prawą wskazał jeńcowi papier, który mógł przeczytać, o ile tylko czytać umiał. Sułtan, nie spostrzegając tego manewru, odpowiedział:
— Ziemia jest mocna; nie martw się o to.
— Ale jakże go możesz pozostawić beż wartownika?
— W dzień warta jest niepotrzebna, w nocy stoi obok jeden z wojowników, drugi, zaś tutaj, przy drzwiach. Żadną miarą nie może uciec.
 — W takim razie jestem spokojny; możemy iść.
Kapitan wypowiedział te słowa z wielkiem zadowoleniem, poznał bowiem po wzroku zakopanego, że odczytał i zrozumiał słowa, wypisane na kartce. Osiągnął swój cel; dodał jeńcowi nieco otuchy i nadziei.
Wróciwszy do pokoju, zastali gubernatora, który zameldował, że odpowiednie rozkazy zostały już wydane.
— Pójdę na statek — rzekł sułtan.
— Ja również — dodał władca Zeyli.
Obydwaj chcieli wybrać najlepsze towary i obawiali się, aby ich inni nie ubiegli.
— Śpieszcie się, bo czas nagli, — rzekł Wagner, spoglądając na zegarek.
Ledwie wypowiedział te słowa, padł strzał i rozległ się okropny huk.
Allah il A'lah, co to jest? — zawołał sułtan.
— Już strzelają — rzekł gubernator.
— Dlaczegóż to? — zapytał sułtan przerażony.
— Ponieważ czas, dany do namysłu, minął, sternik mój jest przekonany, iż przyjęto mnie nieprzyjaźnie. Śpieszę wywieść go z błędu.
— Śpiesz się, śpiesz; podążymy za tobą! — zawołał sułtan.
Kapitan opuścił dom w towarzystwie tłumacza. Na ulicach stali przerażeni ludzie; ujrzawszy przybyszów, chwycili za sztylety, ale nie śmieli się na nich targnąć. Kapitan doszedł do bramy, wyciągnął chustkę i zaczął powiewać; natychmiast rozległo się na statku głośne hura, w kilka zaś chwil potem podpłynęła szalupa, aby kapitana zabrać na pokład.
Kiedy przybiła do brzegu, jeden z marynarzy zapytał:
— Jakże wypadła rozmowa?
— Wszystko poszło dobrze — odparł Wagner. — Będzie do wieczora, a może i dłużej tęga robota; otrzymacie za to obfitszy niż zwykle wikt i podwójny żołd miesięczny, o ile wszystko się uda. No, można odbić od brzegu!
Hura, niech żyje kapitan Wagner! — zawołali chłopcy.
Szalupa rzuciła się na fale jak mewa. — —



IV
TYRAN OSZUKANY

Skoro Wagner przybył na pokład, powitał go sternik serdecznym uściskiem dłoni.
— Dzięki Bogu! — rzekł. — Myślałem już, że jesteście straceni.
— Rozpoczęliście kanonadę o calutkie dziesięć minut za wcześnie.
— Nic nie szkodzi. Przekonali się przynajmniej, że niema z nami żartów. A zresztą, gdyby źle było, możeby te dziesięć minut was uratowały. Jakże na brzegu?
— Świetnie. Opowiem wszystko później. Za chwilę rozpoczniemy sprzedaż. Jak z ładunkiem?
— Odwróćcie się i popatrzcie.
Sternik wypowiedział te słowa z wielką dumą i zadowoleniem; miał do tego prawo, cały bowiem pokład był zawalony skrzyniami i belami, które już zostały otwarte.
— Pracowaliście pilnie! — rzekł kapitan przyjaźnie. — Każcie przyrządzić grogu. Może do wieczora sprzedamy wszystko.
— Naprawdę?
— Ależ tak. Patrzcie na brzeg. Oto nadchodzi gubernator.
— Z kimże to idzie?
— Z sułtanem Harraru. Zechcą oczywiście kupić najlepsze towary. Podwyższamy wobec tego ceny o dwadzieścia procent i sprzedajemy tylko skrzyniami i belami. Pamiętajcie!
— Niech mnie licho porwie, jeśli to nie wymarzony interes!
Gdy obydwaj dostojnicy zjawili się na pokładzie, zaprowadzono ich przedewszystkiem do kajuty. Mieli się tam pokrzepić, ale odmówili prośbie kapitana, zbyt im bowiem było śpieszno do puszczenia statku na wodę. Sułtan przyniósł cały worek złotych dolarów, tudzież skrzynkę złotych naszyjników i branzolet, zabranych poddanym. Gubernator wypłacił się perłami, które z pewnością również w niezbyt legalny sposób dostał w swoje ręce; teraz można było przystąpić do interesu. Sułtan i gubernator chcieli obejrzeć najlepsze towary. Wybierali niedługo, niebardzo się również targując, kazali znosić zakupy do łodzi.
— Widzisz, dotrzymałem słowa, — rzekł gubernator, wskazując na brzeg. — Idą. Jeżeli będziesz doglądał porządku, wszystko pójdzie bardzo szybko.
Cały brzeg był zawalony ludźmi, tłoczącymi się dokoła łodzi; łodzie te miały przewieźć towary zamienne na statek. Wokoło brygu zebrało się ich sporo; nie mieli jednak odwagi wejść na pokład, na którym bawili jeszcze sułtan i gubernator. Strzał, dany przedtem przez sternika, przeraził ich wprawdzie, ale uspokoili się, widząc, że obydwaj władcy bez strachu wstępują na pomost statku.
— Kiedy będziemy mogli odpłynąć? — zapytał sułtan.
— Tego dokładnie nie wiem — odparł Wagner. — Muszę stosować się do wiatru i stanu fali. Czy mogę wysłać gońca, jeżeli w nocy nastanie łagodny wietrzyk?
— Dobrze. Będę oczekiwał i dam odźwiernemu rozkaz, aby go wpuścił.
Po tych słowach sułtan opuścił statek wraz z gubernatorem. Teraz dopiero przybyła reszta kupujących. Rozpoczął się zgiełk i hałas, jakiego nie bywało na pokładzie. Zwykle bowiem w tych okolicach przenosi się towary ze statku na brzeg; rozpoczyna się sprzedaż, trwająca tygodniami. A tu tłoczyć się jęli wszyscy na małym pokładzie, chcąc ukończyć interes przed nadejściem nocy. Tłumacz miał nawał pracy, reszta załogi również. Gdy się ściemniło i kupujący bryg opuścili, cała załoga była zachrypnięta od krzyku i przemęczenia. Ale trzeba było dalej pracować, aby otrzymane towary zamienne zabezpieczyć przed zmoknięciem i umieścić pod pokładem. Gdy i z tem się uporano, odesłano w ostatnich łodziach jeńców. —
Sternik wyszedł na pokład, by zaczerpnąć powietrza. Spotkał kapitana, który również chciał nieco odetchnąć.
— Ależ to było piekielne popołudnie — rzekł sternik.
— No i wieczór będzie wyjątkowy — odparł kapitan, wypuszczając z ust kłęby dymu od potężnego cygara. — Ale chcę pomówić o czemś innem.
— No, holujmy!
— Czy czytaliście kiedyś w życiu romans?
— Hm! — mruknął sternik zaaferowany. — O jakim myślicie?
— No o jakimkolwiek.
— Do djabła! Tego właśnie nie czytałem.
— A więc nie czytaliście żadnego?
— Żadnego. Na pokładzie jest co innego do roboty, aniżeli czytanie; na lądzie zaś szynk i wódka. Czytanie sprawiało mi zawsze ból głowy. Mózg mam zbyt delikatny.
— No, tego nie widać, — rzekł kapitan z uśmiechem. — A więc przeżyjemy dziś coś w rodzaju romansu. Czyście słyszeli, co rano opowiadał gubernator?
— O tych zbiegłych Hiszpanach i pięknej niewolnicy?
— Tak. Uratuję ją. Posłuchajcie.
Wagner opowiedział, jakie ma plany. Sternik słuchał uważnie. Gdy kapitan skończył, uderzył pięścią w ster i rzekł:
— Niechaj djabli porwą tych flejtuchów, sułtana, gubernatora! Ci Hiszpanie to z pewnością dzielni ludzie i szkoda ich, gdyby się dostali w ręce prześladowców. Pójdę o północy oswobodzić tego biedaka.
— Jeden z nas musi zostać na pokładzie.
— Tak, to niestety prawda. Pójdziecie wy, bo wiecie, gdzie się ten Somali znajduje, ją zaś tutaj zostanę.
— Wezmę ze sobą czterech chłopców. Okręcimy wiosła szmatami i nałożymy drogi, by wylądować poza miastem. Jeden będzie czekał przy łodzi, pozostali już odnajdą drogę.
— Czy potrzebne motyki i łopaty?
— Nie, tylko rydle. Motyki narobiłyby zbyt wiele hałasu.
— Sądzicie naprawdę, że zbiegowie znajdują się jeszcze na lądzie i nie znaleźli okrętu?
— Jestem o tem przekonany. Przygotujcie wszystko do rozpięcia żagli podczas, gdy ja się wyprawię na ląd. Reszta jakoś się załatwi. —
Nieco po dziesiątej, gdy już w przystani i mieście zapanowała najgłębsza cisza, łódź odbiła od statku. Nie słychać było uderzeń wioseł, ponieważ je obwiązano. Kapitan Wagner sam kierował sterem; łódź prowadził nie prosto ku miastu, lecz zataczając łuk. Dotarli do brzegu dopiero w jakie pół godziny; było ciemno i samotnie.
Nie zamieniono ani słowa. Jeden z marynarzy pozostał w łodzi, reszta wraz z kapitanem wysiadła i ruszyła ku murom miasta, do których dotarła w przeciągu kwadransa.
Zaczęli teraz iść wzdłuż murów, aż do wydrążonego, zapadłego miejsca. Wdrapali się tutaj ostrożnie do wnętrza miasta. Jakiś czas nasłuchiwali; nic, nawet najmniejszego szmeru. Zanim poczęli skradać się dalej, zdjęli buty. Zachowując najgłębszą ciszę, dotarli do domu gubernatora. Teraz musieli być bardzo ostrożni, sułtan zapowiedział bowiem, że spać nie będzie. Jeżeli czuwał jeszcze, nie spała również jego służba. Obeszli cały budynek i doszli do muru wielkiego podwórza. Tutaj silnie oparł stopy na ziemi jeden z marynarzy; towarzysze wdrapali mu się przez plecy, poczem wyciągnęli go za sobą.
Dotychczas wszystko poszło dobrze. Przy zeskakiwaniu jednak jeden z marynarzy uderzył rydlem o mur; rozległ się donośny dźwięk.
— Prędko, padnijcie jeden za drugim na ziemię, — szepnął kapitan.
Zaledwie rozkaz ten wykonali, rozległy się kroki. To nadchodził wartownik, który miał posterunek przy wejściu do małego podwórza. Nie zauważył nic i chciał wrócić. Nagle wyrósł przed nim kapitan i wymierzył pięścią potężne uderzenie w kark; wartownik zachwiał się i upadł.
— No, z tym sprawa załatwiona. A teraz dalej!
Zaczęli się cicho czołgać naprzód i doszli do wejścia małego podwórza, gdzie znajdował się jeniec. Kapitan natężył wzrok; usiłował wyłowić z mroku drugiego wartownika, który miał się tu wedle słów sułtana znajdować. Nagle usłyszał wypowiedziane w języku angielskim pytanie:
— Czy to pan, kapitanie?
— Kto to taki? Kto tu mówi po angielsku? Kto wie o tem, że jestem kapitanem? — przestraszył się Wagner, lecz zanim zdążył odpowiedzieć, niewidoczna postać szeptała dalej:
— Możecie mi zaufać. Jestem wartownikiem jeńca, ale zarazem jego przyjacielem.
Kapitan odważył się zapytać:
— Kim jesteście?
— Żołnierzem gubernatora. Pochodzę z Abisynji i nauczyłem się w Adenie mówić po angielsku. Gdybyście nie przybyli, byłbym dziś w nocy spróbował uciec z jeńcem.
— W takim razie nie traćmy czasu i odkopmy go.
Przystąpili do dzieła. Czekał ich wysiłek nielada, zwłaszcza, że trzeba było uważać, aby rydel nie robił hałasu. Jednakże pokonali trudności. Po upływie pół godziny Somali leżał na ziemi. Stać nie mógł, stracił bowiem władzę w nogach. Trzeba go było nieść.
— Idziecie z nami, co? — zapytał kapitan żołnierza.
— Oczywiście, o ile mnie zabierzecie.
— Bardzo chętnie. No, jazda, naprzód!
Silni marynarze bez trudu przetransportowali jeńca przez mur. Za murem zaś dwaj z pośród nich wzięli go na plecy; wracali tą samą drogą, którą przyszli.
Kiedy w pewnej odległości od muru poczuli się bezpieczni, kapitan zagadnął żołnierza.
— W jaki sposób wpadliście na myśl uwolnienia jeńca?
— Nie podoba mi się w Zeyli; zresztą, było mi go żal.
— Czy staliście przy nim na warcie?
— Tak, wczoraj. Jestem abisyńskim chrześcijaninem; nie mogłem patrzeć na jego męki. Zacząłem mówić do niego, oczywiście tak cicho, aby reszta warty nie usłyszała. Powiedział mi wszystko i zapewnił, że otrzymam od Hiszpan nagrodę, o ile go tylko uwolnię. Dziś w nocy byłbym z nim spróbował uciec. Kto wie, czy powiodłaby się ta próba, nie może przecież chodzić. Powiedział jeszcze przedtem, że jakiś chrześcijanin pokazał mu kartkę, na której było napisane, aby o północy miał nadzieję. Prosiłem, aby mi opisał człowieka, który mu tę kartkę pokazał.
— Tak, to wyjaśnia sprawę. Umiecie się więc z nim porozumiewać?
— Mówi nietylko językiem Somali, ale i po arabsku.
— To cudownie. Muszę z nim pomówić, lecz nie chcę wtajemniczać w tę całą sprawę mego tłumacza; obawiam się, by nas nie zdradził. Będziecie mi potrzebni. No, teraz musimy biec; szybko powinniśmy się dostać na pokład.
Biegiem przebyli przestrzeń, dzielącą ich od brzegu, przy którym leżała łódź. Tu okazało się, że Somali stać już może o własnych siłach; pod wpływem przebytej drogi krew w jego żyłach zaczęła żywiej krążyć. Weszli do łodzi i odbili. Wiosłowali energicznie; w przeciągu pół godziny dotarli do brygu. Przywitał ich sternik.
— Czy co zaszło? — zapytał kapitan.
— Nie — brzmiała odpowiedź.
— Gdzie jest tłumacz?
— Śpi. Nic nie zauważył.
— To dobrze. Niechaj natychmiast jeden z marynarzy odpłynie na małej łodzi i oświadczy sułtanowi, że musimy zaraz podnieść kotwicę.
— Macie jeńca, nieprawdaż? Czy nie lepiej tych kpów zostawić w Zeyli? Będą nam tylko ciężarem.
— Nie. Muszą ponieść karę.
Kapitan kazał sprowadzić Somali i żołnierza Abisyńczyka do kajuty; przylegała do niej komórka, w której można ich było ukryć bezpiecznie. Na pokładzie zapanowała cisza, jakgdyby nic się nie stało; słychać było tytko plusk wody pod wiosłami oddalającej się łodzi.
Kapitan wszedł do kajuty, poleciwszy przedtem kucharzowi przynieść nieco strawy, był bowiem przekonany, że Somali przymierał głodem w niewoli.
Za pośrednictwem żołnierza dowiedział się od Somali o przebiegu ucieczki, zresztą identycznem z przypuszczeniami gubernatora. Młodego Somali wysłano, aby rozejrzał się za jakimś statkiem; napadnięto go u źródła i, mimo zaciekłego oporu, zawleczono do Zeyli.
— O panie, jakże ci wdzięczni będą i ojciec mój, i pozostali za to, żeś mnie uratował!
— Gdzie obecnie przebywają?
— U stóp góry Elmes.
— Na Boga, może ich już odkryto? Przecież ciebie schwytano właśnie w tych stronach.
— Tak, opuściłem ich na chwilę, by napoić wielbłąda.
— W takim razie z pewnością szukano tam również twych towarzyszy. Nie ulega wątpliwości, że obmacano zakątek góry.
— A jednak nie znaleziono ich, schowali się bowiem w pewnej kryjówce, znanej tylko szczepowi ojca mego. Nikt z obcych nie słyszał o niej nigdy.
— Gdzież to jest? A może i mnie wiedzieć o niej nie wolno? — zapytał Wagner.
— Jesteś naszym zbawcą, więc powinieneś wiedzieć o wszystkiem. Przed wiekami mieszkał mój ród u wybrzeża. Żył z sąsiadami w niezgodzie, a ponieważ napadali nań często, więc praojcowie nasi urządzili sobie kryjówkę, w której czuć się mogli bezpieczni. W ścianie góry szczelina prowadziła do głębokiej, szerokiej pieczary; zamurowano ją, zostawiono tylko wejście u dołu i otwór u góry, aby powietrze miało dostęp. Mur pokryto ziemią, która zczasem porosła trawą i krzewami. Szczelina jest tak głęboka, że może pomieścić dziesięć wielbłądów i dziesięciu ludzi.
— I tam cię Hiszpanie oczekują?
— Tak. Z pewnością zmiarkowali, że zostałem schwytany; ale ułożyliśmy się, iż będą czekać na mnie pięć dni na wypadek, gdyby mi się stało coś złego.
— Czy mają pożywienie?
— Kupiliśmy po drodze daktyli. Przy źródle, nad którem mnie napadnięto, znajdą wodę dla siebie i wielbłądów. Źródło leży niedaleko.
— Czy znasz imiona Hiszpanów?
— Jeden nazywa drugiego don Fernando, sam zaś mieni się Mindrello.
— Czy kobieta jest również Hiszpanką?
— Nie. Pochodzi z kraju, zwanego Meksykiem; ją zaś nazywają sennorą Emmą.
Somali opowiedział kapitanowi pokrótce wszystko, co mu było wiadome o tej trójce; jeszcze nie skończył, gdy rozległ się dźwięk uderzanych mocno w wodę wioseł.
— Ach, sułtan przybywa z gubernatorem! — zawołał Abisyńczyk. — Jesteśmy zgubieni.
— Nie obawiajcie się — pocieszał kapitan. — Jesteście pod moją ochroną.
— Poznają mnie przecież.
— Nie przyjdą do komórki. A gdy zasną, będziecie mogli wyjść na pokład i zaczerpnąć powietrza.
— Więc pojadą z nami? — pytał żołnierz z większem jeszcze przerażeniem, niż przedtem.
— Tak. Chcą schwytać zbiegów; mam być przy tem pomocny. Ale nie bójcie się. Wziąłem ich na pokład tylko poto, aby widzieli, jak zostaną uratowani ci, których zguby pragną. Taką wymierzę im karę.
Kapitan udał się na pokład. Znajdowali się już na nim oczekiwani goście wraz ze służbą. Sułtan, który natychmiast poznał kapitana w świetle latarni okrętowej, podszedł do niego i zaczął coś mówić w najwyższem wzburzeniu. Wagner go nie zrozumiał. Dopiero tłumacz wyjaśnił, o co chodzi.
— Czy wiesz, co się stało? — zapytał władca Harraru. — Nasz jeniec uciekł!
— Ach! — zawołał Wagner, wrzekomo niemile zdziwiony.
— Tak. Miałeś dziś rano rację; nasyp był rozluźniony.
— Kiedy wykryłeś ucieczkę?
— Wysłałeś po nas gońca. Nie zrozumieliśmy wprawdzie, o co chodzi, ale po minach jego i ruchach można było poznać, że mamy przybyć na statek. Przed wyruszeniem chciałem jeszcze zobaczyć jeńca, tymczasem ten pies znikł. Jednego z wartowników omal nie położy? trupem, drugiego nie było, — uciekł zapewne ze strachu przed karą.
— Cóż uczyniłeś?
— Nie chcieliśmy opóźniać odjazdu twego statku. Dlatego wysłaliśmy jak najprędzej pościg; ma przeszukać południową stronę brzegu. Jeniec uciekł z pewnością w tym kierunku, bo tam znajdują się pozostali zbiegowie.
— Postąpiliście słusznie. Ale teraz rozgośćcie się tutaj. Tam, na przednim pomoście, kazałem urządzić namiot; skoro tylko dzień nastanie, będziecie mogli z niego zobaczyć całe wybrzeże. Za pośrednictwem tłumacza porozumiecie się z kucharzem; muszę was chwilowo opuścić, aby objąć komendę. Odpływamy za chwilę.
— Czy przepłyniesz nocą wśród raf?
— Mam nadzieję. Obejrzałem w dzień teren dokładnie, a zresztą na rufie statku stoi marynarz obserwator i w każdej chwili nas ostrzeże. Waszą łódź weźmiemy na linę.
Sułtan i gubernator weszli do namiotu; był dosyć obszerny, usłany matami do siedzenia i leżenia. Po chwili usłyszeli głos Wagnera.
Zajęczały łańcuchy, kotwica poszła wgórę. Podniesiono dolny żagiel; statek sunął wśród raf w wolnem tempie. Był czas odpływu. Człowiek, stojący na rufie okrętu, mimo ciemności, orjentował się, jak unikać miejsc niebezpiecznych. W krótkim czasie bryg ominął rafy; teraz naciągnięto górne żagle. Wiatr mocny zaczął w nie dmuchać i piękny okręt dumnie wypłynął na fale burzliwe. — —
Mniej więcej pośrodku obydwóch miast portowych Zeyli i Berbery wznosi się góra Elmes, o której uratowany Somali opowiedział kapitanowi. Niezbyt odległa od brzegu, tworzy coś w rodzaju toczonego, odciętego kręgla. Na południowej stronie leży miasteczko a raczej obóz koczowniczy, zwany Lamal. Miasteczko zawdzięcza swe powstanie małej rzeczce, która wypływa z góry i prędko gubi się w ławicach piasku.
Po drugiej stronie leży, zwrócone ku morzu, źródło, przy którem został schwytany nasz młody Somali.
Gdy hrabia Fernando szczęśliwie odbył ze swym orszakiem podróż z Harraru aż do góry Elmes, Somali zaprowadzili go do kryjówki, gdzie też postanowiono czekać na odpowiedni statek. Przeszedł cały dzień, a statku nie zauważono. Ponieważ w miasteczku Lamal mieszkał szczep, któremu nie można było ufać, postanowiono, aby młody Somali pojechał konno na północ i rozejrzał się za jakimś okrętem. Miał ominąć Zeylę i przebrać się do portu Tadszurra, dokąd z pewnością nie dotarł żaden goniec sułtana. Młody Somali opuścił kryjówkę; wsiadł na wielbłąda i odjechał.
Następnego dnia wieczorem zbiegowie zaprowadzili wielbłądy do źródła, by je napoić; znaleźli złamany łuk. Stary Somali wziął łuk do ręki i zaczął badać. Po chwili rzekł przerażony:
— Tu odbyła się walka.
— Skąd wiesz? — zapytał don Fernando.
— Ten łuk nie został złamany, a pocięty; stać się to mogło tylko podczas walki. Szukajmy dalej; może jeszcze co znajdziemy.
Było ciemno — szukali poomacku. Nagle natrafił Mindrello na sznur, na którym wisiało coś okrągłego.
— Znalazłem — powiedział.
— Pokaż! — rzekł Somali.
Badał przedmiot rękami; naraz skoczył na równe nogi i wydał okrzyk rozpaczy.
— Co się stało? — zapytał don Fernando.
— To talizman syna mego Murada Hamsadi — jęknął zapytany. — Napadnięto go tutaj.
— Mylisz się. Pojąc wielbłąda, zgubił talizman.
— Nie, nie gubi się talizmanu, zawieszonego na mocnym sznurze; poprostu zerwano mu z szyi. Schwytano go i zawleczono do Zeyli. Ten łuk należał do jednego z żołnierzy gubernatora; poznaję po kształcie broni.
Jęczał głośno; trudno go było uspokoić. Postanowiono obejrzeć raz jeszcze to miejsce w dzień, poczem powrócono wraz ze zwierzętami do kryjówki. Emma przeraziła się ogromnie otrzymanemi wiadomościami.
Noc przeszła bezsennie; już o świcie udali się wszyscy wraz z Emmą do źródła. Przedewszystkiem zwrócili uwagę na strzępek jakiejś materji. Somali podniósł go i zaczął oglądać dokładnie.
— Widzicie, miałem słuszność! — rzekł. — To rąbek szaty mego syna. Tu walczył i podczas walki zerwano mu skraj szaty.
Trudno opisać rozpacz starca. Minął smutny dzień. Od czasu do czasu wychodził ktoś na szczyt góry, aby zobaczyć, czy nie ukaże się jakiś statek; po morzu pływały tylko statki gubernatora, które przeszukiwać miały wybrzeże. Znał je Somali.
— Widzicie, zostaliśmy zdradzeni, — rzekł. — Gubernator kazał nas szukać. Musimy mieć się na baczności, inaczej — zginęliśmy.
Znowu upłynął dzień, — ten sam, w którym Wagner przybył na swym brygu do Zeyli. Noc minęła bez zdarzeń. Somali nie mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób wytrzyma jeszcze trzy długie doby. Pożerała go tęsknota za synem i rozpacz.
Po południu wszedł znowu na szczyt góry; usiadł i posyłał wdal tęskne spojrzenia. Widział tylko morze; nie zauważył oddziału jeźdźców, który zbliżał się od północy i już go dojrzał. Jeźdźcy zboczyli nieco wgłąb wybrzeża, aby nie rzucać się w oczy. Gdy Somali odwrócił głowę i zobaczył ich, byli już dosyć blisko. Zerwał się w jednej chwili; zbiegł z góry. Puścili się za nim pełnym galopem i dotarli do podnóża równocześnie z nim. Po stroju widzieli, że gonią kogoś ze szczepu Somali; nagle zginął im z oczu, jakby zapadł się pod ziemię.
Dotarł szczęśliwie do kryjówki i zawołał na towarzyszy:
— Gotujcie się do walki! Ciągnie za mną ośmiu jeźdźców gubernatora.
— Miną nas — rzekł don Fernando.
— Nie. Odkryli mnie niespodzianie. Nie miałem czasu ujść im z oczu; z pewnością zauważyli, gdzie się ukryłem.
— W takim razie musimy bronić naszego życia, swobody i tajemnicy kryjówki. Jeżeli ją odkryją, śmierć ponieść winni.
Don Fernando podniósł się i wziął broń do ręki. Mindrello również się nie ociągał. Usłyszeli teraz u wejścia głos:
— Tutaj zniknął. Widziałem wyraźnie.
— Jakże mógł zapaść się w ziemię? — odezwał się drugi. — To przecież niemożliwe.
— Może ziemia ma jakiś otwór, lub szczelinę? Zbadajmy, czy grunt dźwięczy głucho.
Kilkanaście nóg męskich uderzyło o ziemię. Jeden ze ścigających rzekł:
— Chodźcie; tutaj odezwał się głuchy dźwięk. To nie ziemia tak dźwięczy, a stok góry. Musi być jakiś otwór. Sprawdzę sztyletem.
Po tych słowach pojawiło się między młodemi palmami, tworzącemi drzwi szczeliny, ostrze sztyletu.
— Tak, to tutaj! Mój sztylet wchodzi aż po rękojeść — radował się żołnierz.
— Baczność! — rozkazał don Fernando. — Życie nasze wisi na włosku.
— Napastnicy odskoczyli z lękiem na widok głębokiej szczeliny, u której wejścia stało trzech dobrze uzbrojonych mężczyzn.
— Ognia! — zakomenderował hrabia.
W tejże chwili obydwie dubeltówki dały po dwa strzały. Somali strzelił również. Nie próżnowały i rewolwery. Zdawało się, że wszyscy prześladowcy, w liczbie ośmiu, nie żyją; gdy wszakże nasi Hiszpanie wyszli z kryjówki i zaczęli przeszukiwać leżących wrogów, stwierdzili, iż jeden jeszcze oddycha.
Kula rewolwerowa utkwiła mu w piersi; po wyrazie twarzy poznać było, że chwile jego policzone. Somali ukląkł przed nim i rzekł:
— Przybyliście z Zeyli? Mów prawdę, stoisz bowiem na moście śmierci, który prowadzi albo do raju, albo do piekła. — Czy schwytano wczoraj jakiegoś Somali?
— Tak — brzmiała cicha odpowiedź.
— Jak się ten człowiek nazywa?
— Murad Hamsadi.
— Gdzie jest teraz?
— Uciekł.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem. Wyruszyliśmy, by go odszukać.
Ta długa odpowiedź zbyt wiele wysiłku kosztowała umierającego. Krew rzuciła mu się ustami — zmarł. Somali zawołał z triumfem:
— Uciekł! Dzięki niechaj będą Allahowi. Żyje, wolny, zobaczę go! Ten zmarły przyniósł mi wieść radosną, niechaj więc nie idzie w drogę śmierci bez modlitwy wiernego.
Ukląkł obok trupa i zaczął się modlić. Potem jednego zabitego po drugim zaniósł ku morzu i oddał trupy falom. Konie, przerażone głośną salwą, pouciekały. — W ten sposób tajemnica kryjówki Somali została zachowana.
W serca zbiegów wstąpiła otucha, skoro się dowiedzieli, że goniec ich uciekł. Wierzyli znowu w swe: wybawienie i ze spokojem oczekiwali nocy, która przynieść miała wyzwolenie. — —
Wobec nieprzeniknionych ciemności, kapitan Wagner wypłynął na szerokie morze; do brzegu wrócili dopiero nad ranem. Nieprzychylny wiatr przeszkadzał szybkiemu kabotażowi; statek krążył — przez dzień cały wzdłuż wybrzeży tak, że dopiero z nastaniem wieczora kapitan dojrzał przez lunetę górę Elmes.
Powolność ta nie podobała się sułtanowi i gubernatorowi. Wyobrażali sobie kapitana zupełnie inaczej. Odkąd znajdowali się na pokładzie, mówił z nimi bardzo mało, a takim tonem, jakgdyby byli jego niewolnikami.
Z nastaniem mroku kapitan przeszedł obok ich namiotu. Zaczepił go sułtan w te słowa:
— Jeżeli sprawa tak pójdzie dalej, nie schwytamy nikogo. Widzieliśmy dzisiaj wybrzeże tylko przez kilka i krótkich chwil. Dotrzymujesz ładnie słowa!
— Cicho! — rozkazał kapitan za pośrednictwem tłumacza, który był zawsze wpobliżu. — Nie jesteś w Harrarze, podległym twej władzy. Dałem słowo, że schwytam zbiegów i dotrzymam go.
— Jakim tonem mówisz do nas? — huknął sułtan.
Kapitan wzruszył pogardliwie ramionami i zwrócił się do kucharza, wręczając mu zwitek papieru.
— Wsyp ten proszek do kawy, którą piją mahometanie.
Kucharz usłuchał; w godzinę potem goście spali jak susły. Wagner zszedł do kajuty i otworzył komórkę, w której ukryli się Abisyńczyk i Somali.
— Już czas — rzekł. — Zbliżamy się do góry; za jaki kwadrans będzie ją można zobaczyć przez mocną lunetę. Bądźcie gotowi.
— Na Allaha, a to się ucieszy mój ojciec! — rzekł Somali.
— Czy palą światło w kryjówce?
— Tak. Podczas drogi sporządziliśmy cienkie łuczywa z włókien daktylowych i dzikiego laku.
— Możemy wiec nie zabierać świec. Chodźcie!
Wagner wyszedł z nimi na pokład i przyłożył do oczu lunetę. Dłuższy czas oglądał wybrzeże, wreszcie podszedł do sternika.
Stop! — rzekł. — Tu zarzucimy kotwicę i spuścimy szalupy. Jesteśmy u celu.
Zwinięto żagle, zarzucono kotwicę, spuszczono łodzie wraz z załogą. Do jednej wsiedli Wagner i Somali. Kapitan wziął ze sobą naładowaną torbę.
Gdy łodzie przybiły do brzegu, kapitan i Somali skierowali się ku górze, spowitej w ciemności. Starał się tłumić odgłos kroków. Kapitan dał instrukcje towarzyszowi. Somali zatrzymali się, nachylił, zagłębił rękę w trawie, podważył grudę ziemi; utworzyła się szpara, przez którą padła smuga światła. Kapitan spojrzał przez tę szparę.
Wewnątrz, na posłaniu z liści, siedzieli zbiegowie. Don Fernando rozmawiał z sennorą Emmą. Twarz jego miała wyraz szlachetny; poznać było odrazu, ile ten człowiek wycierpiał. Przebrana za chłopca Emma wyglądała niezwykle wdzięcznie. Wagner umiał po hiszpańsku tyle, ile wystarczy dobremu kapitanowi morskiemu, dlatego rozumiał, o czem półgłosem mówiono.
— Chciałbym jeszcze zobaczyć ojczyznę, popatrzeć wrogom w oczy; później niechaj śmierć przychodzi — rzekł don Fernando.
— Zwycięży pan swych wrogów i będzie jeszcze żył długo — odpowiedziała z otuchą Emma. — Wierzę, że Bóg ześle nam zbawcę.
Naraz rozległo się głośne wołanie:
— Zbawca jest tutaj!
Schowani w szczelinie zbiegowie, skamienieli ze zgrozy i zdumienia. Drzwi się otwarły, stanął w nich Wagner. Oświetlał go blask pochodni; za nim stał Murad.
— Synu! — zawołał stary Somali, rzucając się ku Muradowi.
— Na Boga, kim jesteście? — zapytał don Fernando, drżącym głosem.
— Jestem kapitanem; pochodzę z Kolonji. Nazwisko moje Wagner. Statek mój zowie się „Syreną“. — Przychodzę was zabrać na pokład i zawieźć, dokąd zechcecie.
— Wielki Boże, nareszcie, nareszcie!
Hrabia ukląkł, szepcząc słowa podzięki; Emma nachyliła się, oplotła go ramionami, przytuliła głowę do jego głowy; płakali z radości i szczęścia.
Mindrello miał również łzy w oczach. Syn i ojciec trzymali się jeszcze w objęciach. Scena ta wzruszyła kapitana; i jemu oko mgłą zaszło. Pierwszy odzyskał równowagę hrabia. Wstał, podszedł do kapitana, wyciągnął obie ręce i rzekł:
— Jesteś aniołem, wysłannikiem Boga. Ale skąd dowiedzieliście się o nas?
— Dzięki Muradowi — rzekł Wagner, wskazując na młodego Somali.
Murad wyczuł, że o nim mowa.
— Oswobodził mnie z niewoli, narażając własne życie, — rzekł po arabsku. — Bombardował Zeylę, nie uląkł się samego sułtana Harraru. To bohater! Niechaj Allah go błogosławi, choć jest niewiernym.
Zaczęło się opowiadanie w języku arabskim i hiszpańskim. Po jakimś czasie, gdy wszyscy uspokoili się nieco, zapytał kapitan hrabiego:
— Jak mam pana nazywać?
Dopiero teraz przypomnieli sobie, iż kapitan nie wie, kim są. Gdy się dowiedział, że długoletni jeniec jest hrabią, osłupiał. Po chwili rzekł:
— Proszę mną rozporządzać. Zrobię wszystko, aby państwu pomóc. Pomówimy jeszcze o tem na pokładzie. Teraz pomyślmy o najważniejszem.
Wyciągnął torbę i wyjął kilka flaszek wina, szklanki oraz nieco wiktuałów. Podczas tej zaimprowizowanej uczty rozmawiano o zajściach w Zeyli i ustalono sposób postępowania w najbliższej przyszłości. Wagner przyrzekł zawieźć hrabiego, Mindrella i Emmę do Kalkuty. Obydwaj Somali i Abisyńczyk otrzymali ze skarbu sułtana bogate podarki. Postanowiono przewieźć ich do Adenu, gdzie będą bezpieczni przed gniewem władcy Harraru.
Przy tej sposobności zapytał hrabia kapitana:
— Czy sądzi pan, że powinienem zwrócić sułtanowi skarby?
— To już pańska sprawa — brzmiała odpowiedź.
— Może będzie mnie sennor uważał za złodzieja, jeżeli klejnotów nie oddam, jednak zatrzymam je jako zapłatę za posługi, które dokonywałem podczas niewoli.
— Na pańskiem miejscu postąpiłbym tak samo.
— Sułtan zasłużył na to. Zresztą, potrzebuję pokaźnej sumy na pewien cel, o którym teraz nie pora mówić. Dowie się pan o nim później i z pewnością zaaprobuje.
Kapitan stanął przy wyjściu i gwizdnął. Natychmiast zjawiło się kilku marynarzy i poczęli przenosić rzeczy na łodzie. Byli niemało zdumieni na widok szczeliny; podziw ich wzrósł jeszcze, gdy poczuli, że worki są niezwykle ciężkie. Nie przypuszczali wszakże, jakie skarby przesuwają się przez ich ręce.
Gdy przybyli na pokład, mahometanie jeszcze spali. Kucharz gotował tymczasem kajutę dla Emmy; dla hrabiego zbudowano na tylnym pokładzie prowizoryczny namiot. Postanowiono wypocząć do rana po wysiłku całego dnia. Sen trwał jednak krótko; wzruszenie nie pozwalało na spoczynek. Zbudzili się, gdy tylko słońce wychylać się zaczęło na wschodzie z za morza. Po krótkiem śniadaniu ukryto zbiegów i zbudzono mahometan. Ocknięci z narkotycznego snu, przeciągali się czas jakiś i ziewali, poczem poprosili o kawę. Podczas śniadania kapitan niby przypadkowo przeszedł obok namiotu sułtana. Władca zapytał:
— Czy będziemy dziś równie wolno żeglować, jak wczoraj?
— Być może.
— W takim razie nigdy nie schwytasz tych łotrów. Zawiedliśmy się na tobie.
— Masz rację, ale pod innym względem, aniżeli sądzisz. Wy śpicie, a ja pracuję. Złapałem zbiegów dziś w nocy.
Allah il Allah! Dziś w nocy?
— Tak. Nie brak nikogo, nawet niewolnicy. Ba, w towarzystwie tem jest również Somali, który uciekł z Abisyńczykiem.
— Na Allaha! Rozprawię ja się z nimi! Muszę wszystkich widzieć natychmiast, wszystkich, natychmiast! Słyszysz? Gdzie są, gdzie?
— Na brzegu. Każę spuścić dla was łódź. Weź ze sobą cały swój orszak. — Zkolei zwrócił się do gubernatora: — Ponieważ jestem zadowolony i otrzymałem satysfakcję, zwracam ci pismo przepraszające.
Słowa te ożywiły sułtana i gubernatora. Zaczęli biegać po statku, dawać swoim ludziom najsprzeczniejsze rozkazy; nie zauważyli wcale, co się działo na pokładzie. Łódź ich została mianowicie odciągnięta wtył i spuszczona na wodę. Na drugiej stronie statku łódź dla kapitana opuszczono tylko do połowy; przy sznurach i linach stało kilku ludzi, aby zamaskować, iż łódź została zatrzymana w powietrzu. Inni pochłonięci byli jakiemiś przygotowaniami. Wprawne oko przejrzałoby bez trudu, że załoga sposobi się do drogi.
Nareszcie mahometanie, skończywszy swe sprawy, zaczęli oglądać się za kapitanem.
— Wsiadać! — rozkazał Wagner, udając, że sam wsiada do drugiej łodzi.
Ledwie jednak ostatni służka sułtana znalazł się w szalupie, nasz kapitan był już zpowrotem na pokładzie. Na dany znak kotwica podniosła się; załopotały żagle. Kapitan przechylił się przez balustradę statku i, patrząc w stronę łodzi gubernatora, rzekł do sułtana:
— Możesz się przekonać, że dotrzymałem słowa i schwytałem wszystkich zbiegów. Który jest ci najcenniejszy?
— Biała niewolnica — odparł zapytany. — Ale dlaczego nie schodzisz do łodzi?
— Bo mogę ci ją pokazać tutaj. Patrz!
W tejże chwili zjawiła się obok kapitana Emma. Zobaczywszy ją, sułtan zawołał zdumiony:
Allah il Allah, to ona! Muszę wejść na pokład!
Wstał, by się dostać do liny, i wdrapać na statek. Kapitan dał znak jednemu z załogi. Marynarz wziął do ręki linę, przerzucił ją przez pokład statku do szalupy. Puszczona wolno, łódka chwiać się zaczęła pod szybkiemi krokami sułtana tak, że władca Harraru runął jak długi. Podniósł się jednak po chwili i zawołał:
— Co to znaczy? Dlaczego nas odwiązałeś? Muszę się dostać na pokład, muszę zabrać niewolnicę; ona jest moją własnością! A gdzież reszta?
— Tutaj.
Wagner wskazał na don Fernanda i Mindrella, którzy stanęli obok niego. Tłumacz pośredniczył przy rozmowie. Nie miał pojęcia o tem, że zbiegowie znajdują się na pokładzie. Skoro to jednak spostrzegł, szepnął kapitanowi w najwyższem przerażeniu:
— Cóżeś uczynił, o panie? I sobie, i mnie zgotowałeś zgubę. Sułtan i gubernator zemszczą się straszliwie.
— Nie boję się ich zemsty.
— Ale ja bywam często w Zeyli i w Berberze.
— Więc przestaniesz bywać.
— Poniosę w takim razie wielkie straty.
— Może cię wynagrodzę.
— Mimo to nie chcę w tej sprawie być tłumaczem.
— Nie jesteś potrzebny. Sam będę mówił.
Słowa te wypowiedział hrabia, który słyszał ostatnią rozmowę i podszedł bliżej do balustrady. Sułtan zobaczył go teraz zupełnie dokładnie i zawołał:
Allah! To oni! Rozkazuję wam wziąć mnie zpowrotem na pokład.
— Ani nam to w głowie! — rzekł hrabia z uśmiechem.
— Więc zejdźcie do mnie. Rozkazuję!
— Zwarjowałeś? Rozkazujesz? Jesteśmy wolnymi ludźmi.
— Jesteście łotrami! Gdzie moje pieniądze i skarby?
— Tutaj, na statku.
— Wydajcie je!
— Nie bądź śmieszny. Chrześcijański hrabia musiał ci służyć przez tyle lat, teraz ty musisz mu wypłacić odpowiednie honorarjum. Bądź zdrów i nie zapominaj nauczki, którą dziś otrzymałeś!
Wściekłość sułtana była tak wielka, że nie mógł wydobyć ze siebie słowa. Wyjąkał tylko kilka dźwięków; wyręczył go gubernator, wołając:
— Rozkazuję ci wziąć nas na pokład! A może was zmusić?
— Spróbuj! — uśmiechnął się hrabia.
— Sułtan wystawił mi pismo, w którem stwierdza, że otrzymam nagrodę.
— Weź ją od niego. Warunki zostały spełnione; miałeś ładunki kawy otrzymać w chwili, gdy dostaniemy się w ręce kapitana. Chwila ta nadeszła; żądaj nagrody.
— Psie! — zaklął gubernator. — Oszukaliście nas!
— Ale wy nas nie. Na to jesteście za głupi. Bądźcie zdrowi!
Gubernator rozkazał ludziom:
— Weźcie wiosła do rąk. Przybić do statku!
Spełnili rozkaz. Jednocześnie kapitan zakomenderował:
— Hola! Nastawić żagle, odwrócić ster!
Załoga wykonała rozkaz komendanta. Gdy łódź zbliżyła się do statku, dzięki nagłemu zwrotowi, nastąpiło zderzenie. Łódź przewróciła się; muzułmanie wpadli do wody. Widać było z pokładu, jak sułtan i Arabowie starają się dopłynąć do brzegu.
— Tyran pęka ze złości — rzekł hrabia. — Biada tym, na których wyładuje swój gniew!
— Spotka ich to samo, co mnie, gdy przybędę do Zeyli, — jęczał tłumacz. — Gubernator wtrąci mnie do więzienia.
— Najlepszym środkiem będzie, jeżeli nie pojedziesz więcej do Zeyli. Straty wynagrodzę ci w zupełności. — —



V
WYSPA WŚRÓD OCEANU

Okręt wypłynął wkrótce na pełne morze. Po jakimś czasie przybył do Adenu, gdzie wysadzono na ląd tłumacza, obydwóch Somali i Abisyńczyka, hojnie ich obdarowawszy. „Syrena“ płynęła teraz na wschód, ku Indjom, by w Kalkucie wysadzić na brzeg pozostałych pasażerów. Rozmawiano podczas podróży niewiele; każdy zajęty był własnemi myślami.
W okolicach, przez które płynęli, panowały szalone upały; to też dnie całe schodziły naszym podróżnym i załodze w półśnie, prowadzenie bowiem okrętu przy pomyślnym wietrze nie wymagało wysiłku. Wieczorami zbierali się wszyscy na pokładzie i snuli plany na przyszłość.
Wagner był prostym, poczciwym człowiekiem, o czułem dla bliźnich sercu; był w świetnym humorze, wyratował bowiem nieszczęsnych zbiegów i zrobił w Zeyli doskonały interes.
Hrabia uświadamiał sobie doskonale, że ratunek zawdzięcza kapitanowi; uważał, że dalsza pomoc Wagnera przyniesie jemu i towarzyszom nieocenione korzyści. Postanowił więc wtajemniczyć kapitana w przeżycia naszych bohaterów. Opowiedział Wagnerowi wszystko, co uważał za odpowiednie. Wagner słuchał z natężoną uwagą, nie przerywając. Częste, wściekłe wypluwanie tytoniu, który żuł bez przerwy, zdradzało tylko, że ziarna słów hrabiego padają na żyzny grunt. Gdy don Fernando skończył, Wagner przeszedł się kilkakrotnie po pokładzie, poczem rzekł:
— Niebywałe! Wstrętne! Straszne! Czy cała pańska istota nie woła: zemsty, zemsty?!
— Oczywiście. Z pewnością zemścimy się, jeżeli te łotry jeszcze żyją.
— Jeszcze żyją? Takie łotry, takie kanalje nie umierają łatwo, don Fernando. Idę o zakład, że się jeszcze nie smażą w piekle. Co pan zamierza uczynić, don Fernando?
— Chcemy się dostać do Kalkuty...
— Aby wynająć statek? — wtrącił Wagner.
— Albo kupić — odparł hrabia. — W tym celu zabrałem przecież skarby sułtana. Czy zna się pan, kapitanie, na prowadzeniu parowca?
— Spodziewam się! Główna rzecz to dobry maszynista, bo z maszyną ma kapitan niewiele do czynienia. Dlaczego pan postawił to pytanie?
— Ponieważ mam zaufanie do pana. Chciałbym, aby sennor zawiózł nas na wyspę.
— Ja? Ależ z całej duszy! — zawołał kapitan. — Wypowiedział pan, don Fernando, to, o czem myślałem. Jeżeli chce pan naprawdę skorzystać z usług starego wilka morskiego, mam nadzieję, że będzie pan ze mnie przy Boskiej pomocy zadowolony.
— A ten statek?
— Rzecz najważniejsza, zrobiłem świetny interes; wezmę tylko w Kalkucie ładunek, a mój sternik go zawiezie. To uczciwy człowiek. Usprawiedliwi mnie przed właścicielem.
— Świetnie! W takim razie wszystko w porządku?
— W porządku — odparł kapitan.
Wiatr dął pomyślny; statek był dobrym żaglowcem, przybył zatem do Kalkuty w jakie trzy tygodnie po wyruszeniu z pod góry Elmes. Kapitan znalazł odpowiedni ładunek; podczas, gdy jego ludzie zajęci byli ładowaniem towarów, rozpoczął poszukiwania parowca. Niestety, żaden statek nie był do sprzedania, wszystkie bowiem stojące w porcie okręty stanowiły własność rządu, lub towarzystw akcyjnych; komendanci nie mogli niemi dysponować. Wagner zwątpił już zupełnie, czy mu się uda cel swój osiągnąć, gdy na szczęście przybył do portu jakiś Anglik na własnym parowcu, który postanowił sprzedać.
Wagner skorzystał z nadarzającej się sposobności. Obejrzał okręt, skonstatował, że jest nowy i dobrze zbudowany; kupił też za wysoką cenę, pozostawiając całą załogę na dawnych stanowiskach.
Wobec niesłychanych bogactw, nagromadzonych w Kalkucie, wielkiego skupienia pieniędzy, ożywionego handlu klejnotami i perłami, uprawianego w tem mieście, hrabia z łatwością sprzedał część kosztowności za wysoką sumę.
Opłacono z niej cenę statku, który zaopatrzony został w węgiel, prowianty i wszystko, potrzebne do podróży. Podróżni nie zapomnieli oczywiście o sobie. Emma przywdziała znowu suknie kobiece; hrabia wyposażył siebie i wiernego Mindrella we wszystko, czego brak tak długo odczuwali. — Co do swych planów zachowywał zupełne milczenie. Zwierzył się tylko konsulowi hiszpańskiemu, który zaopatrzył go w dokumenty i potrzebne papiery, okazując chętnie pomoc we wszystkich sprawach.
Po jakimś czasie można było wreszcie pomyśleć o podniesieniu kotwicy. Rzeczą najważniejszą było oznaczenie, gdzie leży samotna wyspa. Emma określiła położenie wprawdzie w ten sam sposób, jak to uczynił Sternau, ale Sternau nie miał przecież przy sobie odpowiednich instrumentów, aby rzecz określić dokładnie, więc niezbyt można było na jego pomiarach polegać. Postanowili tedy szukać w wytkniętym kierunku tak długo, dopóki wyspy nie odnajdą.
Ponieważ wiał korzystny pasat, statek gnał szybko z podniesionemi żaglami. Nareszcie podpłynęli do wyspy Ducie, leżącej na wschodzie archipelagu wysp Paumotu.
O piętnaście stopni na południe i trzynaście na wschód, równolegle do wysp Wielkanocnych, powinna się była znajdować wyspa, według informacyj Sternaua. Kapitan Wagner zaczął tu kołować. Trwało to przez kilka dni, ale nie przyniosło żadnego rezultatu. Ze względu na podwodne rafy Wagner nocą zatrzymywał maszynę parową; parowiec wtedy poruszał się tylko pod podmuchem wiatru. W ten sposób osiągał kapitan podwójną korzyść: po pierwsze, zabezpieczał statek przed rafami, po drugie, oszczędzał na węglu, którego tylko niewielki zapas mógł się na statku pomieścić.
Wagner sypiał jedynie w dzień po kilka godzin. Pewnej nocy czuwał na wysokim pomoście kapitańskim i wpatrywał się w zasiany błyszczącemi gwiazdami horyzont. Obok niego stał don Fernando z lunetą przy oku. W pewnej chwili kapitan trącił hrabiego ze słowami:
— Don Fernando, niech mi pan pozwoli na chwilę lunety.
— Oto jest. Czy pan co widzi? — zapytał hrabia, zaciekawiony.
— Tuż nad powierzchnią wody widzę gwiazdę o dziwnym blasku. Idę o zakład, że to nie gwiazda z firmamentu.
— A więc poprostu nie gwiazda?
— Nie, to światło sztuczne; jakiś płomień.
Wagner wziął lunetę, zaczął przez nią patrzeć. Wreszcie odłożył i odparł z całą stanowczością:
— To nie gwiazda.
— Może latarnia statku, który nam płynie naprzeciw?
— Nie. To blask ognia, płonącego na lądzie.
— Ach, więc się zbliżamy do wyspy?
— Przypuszczam. Moja luneta nie oszukała mnie jeszcze nigdy. Wprawdzie obliczyłem dokładnie, w jakim punkcie się znajdujemy; wiem, że niema tam żadnego lądu; dowodzi to jednak tylko, że zbliżamy się do nieznanej wyspy.
— Boże, gdyby to była wyspa, której szukamy! Czy mam zbudzić sennorę Emmę?
— Nie. jeszcze nie. Patrzcie! Zdaje się, że światło gaśnie.
Hrabia stwierdził również, że światło gasnąć zaczyna.
— Może to był meteor, a nie sztuczne światło? — rzekł smutnie.
— O nie, to był z pewnością ogień, zapalony ręką człowieka. Proszę patrzeć, zgasł zupełnie, a przed dwiema zaledwie minutami płonął wysoko i jasno. Co pan o tem powie, panie hrabio?
— Powiem, że materjał palny jest bardzo lekki.
— Słusznie. Toby się w zupełności zgadzało. Ogień, powstały z tęgich pni, lub z innego mocnego materjału, nie gaśnie tak szybko, a przecież sennora Emma powiedziała nam, że drzew na wyspie niema.
— Chciał pan powiedzieć, że tam, gdzie pan widział płomień, znajdują się teraz ludzie? Czy dojrzą nasze światła?
— Nie. Światło było, według moich obliczeń, odległe od nas o jakie trzy mile morskie. Płomień miało wysoki, tymczasem nasza latarnia daje blask mały, spokojny.
— Kiedy go ujrzą, będą sądzili, że to gwiazda?
— Bezwątpienia. Ale dam znak.
Wagner kazał rzucić kilka rakiet. Rozkaz wykonano, lecz sygnał ten minął bez echa.
— Nie zaważyli nas — rzekł kapitan. — Gdyby spostrzegli sygnał, w odpowiedzi na pewno rozpaliliby ognisko. Będziemy musieli zaczekać do jutra.
— Któż to wytrzyma? — zawołał hrabia niecierpliwie. — Czy nie możemy dopłynąć pełną parą, aby się zbliżyć nieco?
— Nie. Sennora Emma uprzedzała przecież, że wyspę otaczają niebezpieczne rafy, przed któremi strzec się musimy. Wieje teraz łagodny wietrzyk od zachodu ku wschodowi. Niechaj nas niesie, a o świcie zobaczymy, co będzie.
Hrabia uspokoił się na chwilę. Gdy uświadomił sobie jednak, że zapewne cel podróży został osiągnięty, zapytał:
— Czy nie damy strzału armatniego, kapitanie?
— Nie radziłbym — odparł Wagner. — Jeżeli to nie wyspa, której szukamy, w takim razie bardzo być może, że mieszkają tam dzicy. Gotowi ukryć się ze strachu przed strzałami. Gdy na nich o świcie spadniemy znienacka, może dowiemy się czegoś, co nam przyniesie korzyść.
— A jeżeli to wyspa, której szukamy?
— W takim razie strzelaniną zakłócimy tylko sen tych biedaków. —
Upływał kwadrans za kwadransem. Napróżno prosił Wagner hrabiego, aby się udał na spoczynek. Kroczył po pokładzie tam i zpowrotem. Minuty zdawały mu się godzinami, godziny dniami. Nad ranem obserwator statku ostrzegł:
— Rafy na prawo!
Statek skręcił na lewo, zostawiając po prawej stronie niebezpieczną rafę. Po jakimś czasie zaczęło szarzeć na wschodzie. W kilka chwil później rozpoznać można było niejasne zarysy wyspy, otoczonej rafami koralowemi, wśród których, jak się zdawało, prowadziła jedna tylko droga. Morze było tak spokojne, że przebyto je bez trudności. Teraz wyspa widniała dokładniej. Widać było zarośnięte krzewami wzgórze, ale ani śladu mieszkań ludzkich, choć krzewy stały w szeregach tak regularnie, jakby je posadzono sztucznie.
Hrabia wszedł na pomost komendanta i rzekł:
— I cóż, kapitanie, co pan sądzi? — Głos hrabiego drżał ze wzruszenia, którego nie mógł opanować.
Kapitan spojrzał na niego ze łzą w oku. Odparł:
— Jesteśmy u celu, don Fernando.
— Naprawdę? Pan tego pewien? — zawołał głośno.
— Pst! — rzekł Wagner. — Zbudzi mi pan sennorę.
— Dlaczegóż ma spać?
— Chcę jej sprawić niespodziankę. Niech zobaczy swych towarzyszy na pokładzie, skoro się obudzi.
— Na jakiej podstawie przypuszcza pan, że to poszukiwana przez nas wyspa?
— Wygląda tak, jak ją sennora Emma opisała. Zaczynam w doktorze Sternau cenić również żeglarza. Mimo braku instrumentów, podał położenie wyspy wcale dokładnie. Powinienem był odszukać ją wcześniej.
— Nie widzę mieszkań.
Kapitan wzruszył z uśmiechem ramionami:
— Leżą za wzgórzem, które je chroni przed burzami. Zarzućmy kotwicę i podpłyńmy łodzią. Mieszkańcy wysepki śpią jeszcze z pewnością.
Zbudzono połowę załogi, która spała jeszcze. Rozkazy kapitana wykonano, starając się zachować ciszę. Wagner wsiadł z hrabią i czterema wioślarzami do łodzi. Załoga znała cel podróży; marynarze byli ciekawi, czy istotnie przybijają do upragnionej wyspy. Łódź ruszyła, omijając rafy; dotarli szczęśliwie do brzegu. Tu szalupę przymocowano. Wioślarze pozostali, kapitan zaś i hrabia ruszyli ostrożnie naprzód.
Obszedłszy wzgórze, ujrzeli przedewszystkiem szereg niskich chat, zbudowanych z ziemi i gałęzi. Drzwi były zawieszone skórami; wokoło chat spostrzegli przedmioty, których przeznaczenie trzeba było zgadywać. Krzewy tutaj rosły mocniejsze, aniżeli na samym wzgórzu. Przeważnie były pozbawione gałęzi; wskazywało to, że mieszkańcy wyspy chcą sobie wyhodować mocne pnie, aby zbudować z nich tratwę.
Ale jeszcze coś zauważyli. Nawprost nich, tuż obok ostatnich krzewów, stał ktoś niezwykle wysoki, o bardzo szerokich barach. Bluza i spodnie, które miał na sobie, szyte były ze skórek króliczych. Nogi tkwiły w sandałach, głowę okrywał kapelusz, upleciony zapewne z jakiejś bardzo wysokiej trawy. Pełna, piękna broda sięgała mu daleko poza piersi. Ciemne włosy spływały z pleców. Twarz miał schłostaną przez burze, ale szlachetną; głębokie oczy skierowane z nabożeństwem ku wschodzącej jutrzence, świadczyły o wielkiej sile ducha. Był to Sternau.
O czem myślał ten człowiek? Jakie uczucia w nim się ważyły?
Tam na wschodzie, gdzie wstawała jutrzenka nowego dnia leżała Ameryka, a za nią, daleko, ojczyzna, w której mieszkali wszyscy drodzy, matka, siostra, żona. Czy żyją jeszcze ci, których tak kocha? Może umarli z rozpaczy i tęsknoty? Tutaj, na wyspie, pierwszy opuszczając co rana swą chatę, modlił się przez długie, długie lata. I teraz klęczał zatopiony w modlitwie.
Nie zauważył obydwóch przybyszów, którzy stali zboku, ukryci w zaroślach; nie mógł też zobaczyć statku, ponieważ zasłaniało go wzgórze. Zdjął kapelusz z głowy, złożył ręce i modlił się, nie przypuszczając nawet, że każde jego słowo słyszy dwóch ludzi:

Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,

Tobie śpiewa żywioł wszelki,
Bądź pochwalon, Boże wielki!

Mimo, że modlił się półszeptem, głos jego brzmiał dźwięcznie. Była w nim pokora, wiara i radosna nadzieja w łaskę Boga. Hrabiemu, gdy słuchał tej modlitwy, łzy stanęły w oczach; kapitan z trudem panował nad wzruszeniem. Fernando przerwać chciał modlitwę, lecz powstrzymał go kapitan. Sternau modlił się dalej:

Panie Boże, Ojcze wszystkich Twych dzieci, pociecho smutnych, nadziejo uciśnionych, Twoim jestem i na Tobie buduję. Tu, z pustkowia dalekich mórz, płynie ku Tobie ten głos, który jest krzykiem najgłębszej rozpaczy, wołaniem o łaskę i zlitowanie. Serce mi pęka, życie upływa w goryczy. Ratuj nas, Władco i Panie! Zabierz stąd, gdzie zalewają nas fale nędzy. Ześlij człowieka, który będzie Twoim aniołem i oswobodzi nas od zguby. Jeżeli jednak postanowiłeś, że mamy wytrwać tutaj aż do śmierci, zlituj się nad tymi, którzy w domu modlą się o wyzwolenie, daj im serca mocne, aby znieść mogli to, co przeznaczyłeś; daj duszom ich pociechę i pokój, osusz ich łzy, ukój rozpacz! Amen!

Powstał z kolan. Łzy spływały z policzków, ale wiara w Boga rozjaśniała mu rysy twarzy. Nagle wstrząsnął się cały z taką siłą, jakgdyby doznał ciężkiego uderzenia, ktoś bowiem położył mu rękę na ramieniu i rzekł w ojczystym języku:
— Modlitwa pańska została wysłuchana. Jestem zbawcą, który was oswobodzi.
Sternau odwrócił się i ujrzał kapitana, a za nim hrabiego. Zachwiał się i znowu padł na klęczki. Oczy miał szeroko otwarte; poruszał wargami, chciał coś mówić, ale nie mógł wydobyć ze siebie ani słowa. Sprawiał wrażenie niemal obłąkanego, sparaliżowanego pod wpływem okropnego przerażenia.
Kapitan zrozumiał, że popełnił błąd. Nie pomyślał o tem, iż radość również może zabić człowieka; była to wielka nieostrożność.
— Boże, co uczyniłem! — rzekł. — Niech się pan opamięta!
Nareszcie Sternau wyrzekł wolno i z namysłem.
— Och, — Boże, Boże! Czy to możliwe? Kim pan jest?
— Jestem pańskim rodakiem, kapitanem parowca, który was stąd zabierze. Okręt mój stoi za wzgórzem.
Miał wrażenie, że Sternau podniesie się z klęczek, lecz olbrzym jakby załamał się cały. Ramiona mu opadły, głowa pochyliła się. Padł bezwładnie na trawę. Obydwaj przybysze zobaczyli, że drży, i usłyszeli przeraźliwe łkanie, lecz nie zamącali mu tej chwili. Kapitan był pewien, że łzy złagodzą skutki nieostrożnego kroku — i nie mylił się.
Po chwili Sternau powoli wstał i, patrząc jeszcze ciągle na obydwóch z pewnem powątpieniem, zapytał:
— A więc to prawda? Ludzie są tutaj? Statek jakiś przybył? Boże, wielki Boże, co za szczęście! Dzięki ci za nie, choć omal mnie nie zabiło!
— Proszę wybaczyć — rzekł kapitan. — Byłem nieostrożny, ale opisano mi pana jako silnego człowieka, przed którym mogę się odważyć stanąć bez odpowiedniego przygotowania.
— Opisano mnie panu? Mnie? To być nie może.
— A jednak tak jest. I musiałbym bardzo się mylić, gdybym po pańskiej postaci nie poznał natychmiast doktora Sternaua.
— Więc pan mnie zna naprawdę. Dziwna zagadka. Kto panu o mnie mówił? Skąd pan przybywa?
— Wszystko, co wiem, zawdzięczam temu panu.
Wagner wskazał na hrabiego. Sternau przyglądał mu się uważnie. Po chwili rumieniec wystąpił na jego twarz; oczy dziwnie zajaśniały.
— Powiedział pan „temu panu“, ale chciał powiedzieć „temu sennorowi“, nieprawdaż? — zapytał.
Kapitan zdumiony potwierdził.
Sternau wyprostował się, odetchnął głęboko potężnemi piersiami i zawołał:
— Prosiłem pana, byś powiedział, skąd przybywacie, ale chcę...
— Przybywamy z... — zaczął kapitan.
— ...z Harraru — skończył Sternau.
— Tak, z Harraru, — odparł kapitan, jeszcze bardziej zdumiony, niż dotychczas.
— A to jest sennor don Fernando de Rodriganda y Sevilla — mówił dalej Sternau.
— Tak, to ja, — rzekł hrabia po hiszpańsku.
— Wielki Boże! Wyruszyłem na morze, aby pana ratować, a oto pan mnie ocala. Poznałem sennora po rysach twarzy; jest pan niezwykle podobny do don Manuela.
Sternau otworzył ramiona. Obydwaj nieznani sobie osobiście rozbitki, którzy tak wiele przecierpieli dla siebie wzajemnie, obejmowali się teraz, jakgdyby byli od dzieciństwa przyjaciółmi.
Uff! — rozległo się z chaty.
Po tym zaś okrzyku nastąpiło trzykrotne wołanie.
Uff, uff, uff!
Wódz Apaczów Niedźwiedzie Serce obudził się, i, na dźwięk głosu wyszedłszy z chaty, zaczął wydawać te okrzyki. W tej samej chwili odsunięto skórę u wejścia do sąsiedniej chaty i zjawił się Bawole Czoło, wódz Miksteków. Wzrok jego padł na obydwóch przybyszów — zatrzymał się na hrabi. Zbliżył się do niego potężnym susem i zawołał:
Uff! Don Fernando!
Widywali się dawniej na hacjendzie del Erina u Pedra Arbelleza, i teraz poznali natychmiast.
— Bawole Czoło! — zawołał hrabia.
Wypuścił z objęć Sternaua, a w następnej chwili już wódz leżał na jego piersi. Radość zrównała obydwóch: hiszpańskiego granda i półdzikiego Indjanina.
Obydwaj Indjanie krzyczeli tak głośno, że obudzili pozostałych mieszkańców wyspy. Zjawili się bracia Ungerowie, a za nimi Karja, córka Miksteków. Wszyscy byli ubrani podobnie jak Sternau; brakowało im tylko kapeluszy; a jednak nie wyglądali na dzikich.
Rozległy się głośne okrzyki radości; zaczęły padać dziesiątki zapytań. Wszyscy ściskali się nawzajem. Po chwili pobiegli na górę, aby zobaczyć statek; na widok jego nie umieli wprost opanować radości i zachwytu.
Tylko jeden z pośród towarzystwa, mimo że również był ucieszony, zachowywał się spokojniej od

Przypisy

  1. Lektyka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.