Respha. Z tematów biblijnych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Respha. Z tematów biblijnych
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
RESPHA
Z tematów biblijnych.


I.

Pod niebem przepojonem jasnością poranka, śród pieściwych czarów wiosny szło dwu wędrowców. Na nagich do kolan nogach ich osiadła ciem na sadź, pyłu nie z jednej drogi zebranego. Obaj w pasterskiej odzieży, z kijmi grubemi w dłoniach i sum kami u boku szli zwolna, dobrze już umęczeni.
Jeden z nich był tęgim młodzieńcem za całą krasę mającym świeżość policzków i jędrność mięśni. Drugi, nieco starszy, był uderzająco piękny. Oracze w polach, winiarze w winnicach przystawali i dłonią od słońca oczy osłaniając długo patrzali za nim z uśmiechem zadowolenia, z jakim każdy człowiek ogląda jakiś niezwykły kwiat, gdzieś raz na lat sto rozkwitający. Z umiłowaniem nasadzić go musiała dłoń boska.
Nad prostem, miernie wydłużonem czołem wiły się czarne kędziory. Nos nieznacznie zgięty; niewielkie nozdrza, lekko rozdymające się gdy drażnił je mocny poranny aromat ziół; usta drobne; oko duże o ciemnej siatkówce i czystej głębi wejrzenia — wszystko zniewalało w tej twarzy harmonją i czarem wyrazu. Jak cyprys smukły, miał w ruchach umiar siły spokojnej, prawie niewidocznej w wdzięku i zgrabności jeleniej.
Przeszli okryte pachnącemi ziołami stoki gór Efraim, minęli ziemię Salisa i świeżą zielonością przybrane, umyte rosą winnice; po chłodnych, zagajonych dębami ścieżynach zapuścili się w doliny Salima.
Piękny wędrowiec chciwie pił okiem czar krajobrazu rozrzuconego śród przezroczy powietrza niezmącenie przejrzystego do najdalszych obrzeżyn widnokręgu. Towarzysz jego natomiast frasobliwie i pilnie poglądał dokoło po wzgórzach i polach.
Wreszcie pod cienistemi stropami cisów Jemini, rozpościerającemi nad głową nawisłe zwoje delikatnych zielonych koronek z igliwia — przystanęli ocierając uznojone czoła.
— Za dalekośmy odeszli — rzekł młodszy — i za długo bawim. Ojciec wasz bardziej o was, niż o zgubę swoją frasować się będzie. Oślice pognały może gdzie na południe i w jakiej zapadlinie skalnej, w chłodzie się kryją, nocą na trawę wychodząc. A może rozprawił się z niemi lew lub lampart z pustyni!
— Cóż zatem? Wracamy? — rzekł starszy. Nie żałuję żeśmy przebiegli tyle drogi. Cudny ranek, przecudne strony.
— My tuż granicy ziemi Suf — począł znów pierwszy, rozglądając się. Więc nadłóżmy jeszcze nieco drogi i wejdźmy do miasta. Tam jest mąż boży, który może powie nam o zgubie.
— Ale mężowie boży nie żywią się manną i nie chcą darmo proroczyć, a w mojej sumce nie widzę ani okruszyny chleba.
— Patrzcie, tom ja bogatszy bo i kęs mi został tyli, co wróblowi dwa razy dziobnąć, a nadto znalazłem czwartą część sykla srebrnego. Tem się zadowolić musi mąż boży; dodamy mu dobre życzenia gdy powie nam gdzie oślice.
I poszli rzeźko drogą ku wzgórzu i miastu w gaje oliwkowe wtulonemu.
... A szło ich teraz — troje, bo za niemi z jakiejś otchłani, może na granicy ziemi Suf naraz wypełzłe, cichą kradło się stopą — Nieszczęście, okiem niemigającem w dal dni przyszłych zapatrzone.
W stępując na wzgórze napotkali gromadę dziewcząt z świegotem jaskółek biegnących po wodę. Zapytane czy jest teraz w mieście starzec widzący, zakrzykły:
— Jest. Dziś lud na górze ofiary sprawuje, a on je błogosławić będzie. Wnijdźcie do miasta, znajdziecie go nim pójdzie na górę.
Weszli do miasta i starca napotkanego w bramie zapytali, gdzie jest dom widzącego.
— Jam jest widzący, rzekł.
Człowiek który mówił o syklu srebrnym pomyślał w chwili tej, że nawet czaszy złotej i złota pełnej nie śmiałby w zapłacie mężowi temu ofiarować. W brózdach jego twarzy, w fałdach ku ustom spływającym osiadła cierpka wzgardliwość, oczy zaś, czernią jakby przypalonych powiek okolone i głęboko zapadłe, patrzyły z pod chmurnie zwisłych brwi wzrokiem, który wchodził w dusze jak w bramy otwarte. On widział, siebie przejrzeć nie dając, i stał przed nimi jak stanie czasem na niebie chmura ciężka, mrokiem wydęta, o wzdętych płowych brzegach... To był ostatni z sędziów Izraela, Samuel.
Krył w sobie nawałnice.
Jeszcze tej nocy, do pierwszych rozbłysków dnia, zmagał się z sobą. W starczej piersi biły pioruny gniewu, łoskotały wzburzone fale żalów po gruzach jego nadziei, przeciągle wyły wichry ciężkich obaw i trosk o losy ludu. Trwał lud uparcie w tem by dano mu króla. Dosyć sędziów. Takich jak Samuel mało, skoro właśni jego synowie, którym spodziewał się godność swą w dziedzictwie przekazać — już przekupni. — W trosce o wolności ludu by jedynowładzca nogą ich nie przydeptał, przestrzegał Samuel, że król poczyni sobie niewolniki, synów ludu pobierze za jezdnych, oraczy ról swoich i żeńców swego żniwa, córki za służebne i dziesięcinami nękać będzie.
— Nic to wszystko — byle był nieustraszony i miał lwią dla wrogów paszczękę, byle imię jego echem łoskocząc śród skał, wzbudzało strach w Filistynach. Niech taki będzie — a my mu już damy i syny nasze za jezdnych i oraczy, i córki by mu wonne rzeczy gotowały, i co najlepsze z naszych winnic i oliwnie — odpowiadano mu.
Wzburzyły się w nim wnętrzności od gniewu i szedł po radę do Boga. A Bóg Samuelowy był dziwnie do niego sam ego podobny, jakby się wysnuł z oparów jego marzeń i był stężałą gdzieś w przestrzeni i na tronie niebios osadzoną myślą Samuela, równie — surowy, mściwy, obraźliwy, gniewny, popędliwy, z błyskawicą w oku, gromem w ustach, garścią piorunów w dłoni, rozognionem okiem wypatrujący gdzie i kto wyłamał się z karbów zakonu, kogo i co zdruzgotać. Izraelowi potrzebny był taki bóg i on to, w ciszy nocnej, szeptem gniewnym rozkazy swe Samuelowi podawał. Jakby Samuel w chmurę gromowładną stężały — Samuelowi w postaci ludzkiej...
I oto w przezornej swej mądrości wybór osoby króla zlecił wypadkowi. Kto z dalszych stron dziś pierwszy do miasta wkroczy — będzie królem. Któż zaś, o dnia zaraniu, wnijść by tu miał? Wieśniak ubogi, zabłąkany — nikt więcej. Taki zaś w ręku starca będzie woskiem, gliną.
Ciężkim, badawczym wzrokiem mierzył tego, kogo los zesłał.
— Któż wy i co was sprowadza? — zapytał.
Starszy odrzekł:
— Zowię się Saul, jestem synem Cysa z Gabaa, to zaś sługa domu naszego. Ojcu mojemu zginęły oślice. Szukamy ich próżno. Wskaż nam, mężu boży, drogę, której sami znaleźć nie umiemy.
Mowa jego tchnęła prostotą, a czyste oko nie umiało ukryć wieśniaczego zawstydzenia człowieka pól, mało do ludzi nawykłego.
Złagodniały oczy starca.
Położył rękę na ramieniu wieśniaka.
— Nie frasuj się o oślice, rzekł — ani o inny dobytek. Któż wie, azali wszystko, co najlepszego w Izraelu twojem nie będzie.
— Czemuż mi takie słowa mówisz? — odparł Saul — wszakżem ci ja z najmniejszego pokolenia izraelskiego i dom mój najpodlejszy między wszystkiemi domy mego pokolenia.
Podobała się Samuelowi ta mowa. Ująwszy Saula za rękę wywiódł go i sługę jego na górę, dał im miejsce przedniejsze między zebranymi tam mężami — i cząstkę jadła, które dla nieznanego przybysza zachował, położył przed Saulem, mówiąc łagodnie:
— Jedz. Dla ciebie to zostawione było.
Nazajutrz gdy się poczęło rozedniewać wyszli wszyscy trzej z miasta. Na słonecznym stoku góry osychające z gęstej rosy nocnej tchnęły na nich cieniste ogrody cudną wonią poranku. Nakazawszy słudze by przyzostał za niemi zeszedł Samuel z Saulem z drogi w chłodne zacienie drzew i krzewów terebinty i tu słowo Boże długo synowi chłopskiemu opowiadał. Pouczył go słowy mocnemi, czego Bóg po nim wymaga — lud w zakonie utrzymać, sądem prawym go sądzić, od najazdów bronić. Ucichły na tę chwilę w sercu starca burze i złości i żadnej do człowieka, którego wolą swoją na szczyty wprowadzał, niechęci nie uczuwał; drżał mu głos w zruszeniem, które falą od morza ukochań jego — ludu i zakonu w piersi mu się podnosiło. Mowa jego zrazu pełna silnych akcentów nakazu, zwolna miękła i przeszła niemal w cichy szept prośby:
— Nie krzywdź, nie spętaj ich łańcuchem niewoli, przenigdy nie czyń z ludu podnożka nogom swoim.
Wziąwszy bańkę oliwy wylał na głowę Saula i ucałował go:
— Oto pomazał cię Pan nad dziedzictwem swojem za wodza.
Wyszli z zacieni gaju i na drodze, w słońcu, się pożegnali; na Saula, gdy pochylił się przed starcem, padł cień tej wyniosłej postaci i okrył go całego.

II.

Wracał Saul inną drogą, na Selsę, grób Racheli, dolinę Taboru i ów pagórek boży, gdzie spotkanie z gromadą proroków Samuel mu przepowiedział.
— I z niemi ty sam będziesz prorokował, a odmienisz się w innego męża.
On już się odmienił. Nie był to człowiek z dnia wczorajszego, drobnemi rzeczami sfrasowany, ale tęgi jakiś, w radosnej zadum ie nowe, a wielkie w sobie i dokoła światy widzący. Były one w nim, nie Samuel je tam nasadził, były jako rola pod śniegiem. Od słów Samuela zazieleniło się naraz w duszy saulowej, zakwitło; zaszumiały mu wiatry ożywcze i zapachniała jakaś nowa wiosna. Innym okiem patrzał i wszystko inne widział. Gdy droga go doliną u podnóża góry wiodła, niepohamowane pragnienie rączo go na jej szczyt pchnęło by stamtąd nowemi oczami ogarnąć kraj.
Patrzał zdumiony, przejęty, z łoskoczącem w piersi sercem...
W okręgu — cały Kanaan od niebieszczy morskiej na zachodzie do zwierciadlanej tafli jeziora słonego i zapadającej w nie długiej wstęgi Jordanu na wschodzie; od gór Gilead i falisto wygiętych zielonych wzgórzy północy do dolin na południu stopniowo w żarem afrykańskim spaloną pustynię zachodzących, a wszystko w tak przejrzystem powietrzu, że w oku stulały się rozległe przestrzenie, wszystko było blizkie, zda się — ująć to można i przycisnąć do piersi lub do ust ponieść, wypić i upoić się.
Kanaan! Jakby pierwszy raz to słowo słyszał! Dziedzictwo Boga, ziemia praojców, którą utracili i odzyskali po mękach, płaczu, tęsknotach, kajaniu się długiem. Ośrodkiem świata była dotąd dla Saula domowa zagroda, płowo-grzywe pola jęczmienne, winnica ojcowska, zielone pastwiska w okół niej. Teraz zagrał mu kraj, ojczyzna. Jakaż cudna! Kraj dolin i gór, jezior, potoków i źródeł, tryskających z chłodnych szczelin skalnych; kraj gdzie dęby i sosny północy witają się z palmą; kraj fig, migdałów, jabłoni i granatów, miodu daktylowego, winnic o jędrnych gronach i gajów oliwnych „gdzie nogi w oliwie się nurzają“; kraj co w uroczych oazach dla kontrastu zatulonych między poszarpane dzikie skały u pobrzeży morza Martwego wycieplał krzew balsamowy; kraj niepożytych cedrów — i zdrowych, jędrnych ludzi! Zanim go stworzył, musiał Bóg zapewne kraj ten wymarzyć wpierw w jakiemś słodkiem, wiośnianem widzeniu.
Dzwoniły Saulowi w pamięci słowa Samuela.
— Nie myśl, — mówił tam, nad drogą — że ta ziemia jest jak inne. Ona czuje, rozumiesz to? — widzi i słyszy, posiada wrażliwość ludzką, rozpoznanie zła i dobra. Cierpi i otrząsa się gdy dotknie jej stopa zabójcy, cudzołożnika lub bałwochwalcy. Bogata i szczodra, gdy zechce — zamknie swe spichrze, ogłodzi, umorzy suszą, utrapi szarańczą lub pochłonie jak Sodomę w czeluści wiecznego ognia. Trzeba być czystym by mieć prawo zmieszać się z jej świętym prochem bo w prochy jej iść nie znaczy to umierać; ma ona żywot niezniszczony i duch więcej niż ludzki.
Saul zasłonił dłońmi oczy przed zbyt rażącem słońcem południa. Weszedł w siebie. Czym że on był dotąd? Synem Cysa, wnukiem Abijela, członkiem pokolenia najmniejszego z izraelskich. Teraz lud cały w nim się odezwał. Lud Abrahamów, Jakóbów, Mojżeszów, Jozuych... Czuł się więcej niż sobą, rozrastał się i obejmował ogromy jakieś. Schodząc z góry mówił do siebie:
— Ziemio święta, kocham cię; ludu tej ziemi czuję cię w sobie. Te były nowe światy, co mu się zazieleniły.
A mając oczy na nie otwarte, nie dziw że zmieszany z gromadą proroków proroczył z niemi ku zdumieniu tych, co widzieli go dawniej, gdy za bydlętami chodził.
Lecz gdy wrócił do rodzinnego Gabaa i powiało nań zagrodą, domem; gdy szedł ścieżką swego pola głaszcząc dłonią falującą grzywę jęczmienia, a powitał go ryk bydląt i głosy domowników, wróciła mu wieśniaczość jego. Ręką dotknął czoła jakby z snu dziwnego zbudzony. Powitał żonę Achinoam, synów, córki.
Pytany, przemilczał o najważniejszem.
— Nie znalazłszy oślic — tyle powiedział — poszliśmy do Samuela.
— Cóż wam Samuel oznajmił?
— Oznajmił za pewne, że oślice się znalazły.
Pilno mu było wrócić do powszedniej pracy i uporać się z tem co zaległo. Nazajutrz, gdy dniało, podążył tam, gdzie zwykł słodycz wypoczynku znajdować.
Był ranek cichy, nieupalny i wonny. Nad idącym świegotały jaskółki. W pachnącej świeżością winnicy cieszyły go zawiązki gronek. Gdy przeszedł winnicę i gaik oliwny na wzgórzu już widział mały domek, ocieniony jabłoniami, które konary swoje nad płaskim dachem jego rozpostarły. Obfitość lilji w uroczej bieli, osypanej perełkami rosy wypełniała ogródek wonią swego dziewictwa nadmiernie słodką i do zawrotu głowy upajającą.
Jakie mu to wszystko miłe było. Przystawał, oddychał głęboko, cieszył się.
Zaczaił się przy oknie. Z izby dochodziły głosy jakby zebranej tam całej gromady jaskółek. Jak perły potrząsane dźwięczał czyjś młody śmiech, to głośny to cichnący, krótki, urywany, czasem przedrzeźniający, to znów czułością wezbrany. Tak śmieją się młode matki. Cudny śmiech co naraz milknie, gdy jej usta przylepią się do różowego ciałka dziecka; wtedy sypać się poczynają drobne perełki śmiechu dziecinnego. Czasem ta dźwięcząca uciecha zbiega się w jeden okrzyk matczyny, namiętny — to uścisk w jedno złączył ją z dzieckiem.
Saul uśmiechał się sam do siebie. Widział ich radosną duszą; słodkie ich wesele i w nim się zaperliło. Nasłuchiwał jak nieśmiały kochanek. Ile razy miał przekroczyć ten próg, zawsze mu się zdawało że to dziś dopiero pierwsze ją zapoznał, tę co tam się śmiała. I zawsze przypominał mu się powab pierwszego ich widzenia w porze, gdy deszcze zimowe przeszły, wysypały kwiaty, przyszedł czas śpiewania ptasząt, synogarlice nawoływać się poczęły, macice w inne rozkwitały wydając woń, a jabłonie wypuściły pączki. Czarem powiek długiemi rzęsami ocienionych i wstydliwie na ciemne tęczówki ócz i zabłękicone ich białka opadających zniewoliła wtedy Respha jego młode serce, wzięła je sobie. Weszła w niego jak wiośniana wonność i tak a w nim już została zawsze świeża i upajająca.
Ucałował w myśli to wspomnienie i w szedł rozpromieniony, słoneczny, w łunie radości jeszcze piękniejszy, bezwiednie królewski w ruchu, łagodnie wyciągając ręce, prężące się do uścisku.
Na łóżku zasłanem skromnemi kobiercami troje istot nieład uczyniło swą zabawą. Rozrzucono kobierce, pomięto wezgłowie, pozwlekano prześcieradła.
Zarumieniona porwała się ku niemu Respha. Była jak młodzieńcze marzenie, co w jakiś poranek wiosenny z upragnień miłosnych rozkwitło i z sadów i pól ukwieconych pobrało barwy, woń, świeżość, puchy pieszczoty i świegotliwość ptasząt.
Zawisła mu na szyi gibka, przełam ując się w jego ramionach, gdy porwał ją, uniósł całą i wtulił w siebie. Podała mu drobne, karmazynowe usteczka i zacałowana ledwie co wyrzec mogła.
— Wieki nie byłeś. Powiedz Saulu czy zbrzydłam za ten czas?
Ucałowawszy jej oczy pełne powabu utęsknień, osłonionych cieniem rzęs, rzekł:
— Oczy twoje jeszcze mi wypiękniały.
Odjąwszy usta od jej drobnych, rozedrganych nozdrzy powiedział:
— Jeszcze mi wonniejsze niż były.
— I wszystkaś mi piękna a pachniesz rozkwitłą jabłonią.
— A dzieci? — zawołała wyrywając mu się. A o dzieciach co powiesz?
Starszy miał dwa lata i zwał się Armoni. W białej koszulce przybiegł bosemi stopkami i odpychając matkę wspinał się ku rękom Saula. Na łóżku w zwojach pomiętej pościeli półroczny nagusek tłuściutki i różowy, z paluszkiem w wilgotnej buzi przyglądał się im, wymachując nożynami.
Matka porwała go na ręce i poczęła z nim kręcić się po izbie jak szalona. Podrzucała maleństwo jak jabłuszko, wreszcie posadziła je sobie na głowie i podbiegła z nim do Saula, który gonił ich oczami.
— A ty nie wiesz, co on już umie ten mądry Mefiboset! Powiedz mu — daj rączkę.
Saul wyciągnął obie dłonie a tłuścioszek począł w nie uderzać piąstkami.
Rozsiedli się wszyscy razem i spletli rękoma.
— Dobrze nam przy tobie nasz królu.
Saul popatrzył na nią.
— Czemu mię tak zowiesz?
— Alboś nie królem naszym, a my nie królestwo-ż twoje, a toż nie królewięta malutkie nasze?
Miękką dłonią powiodła po jego włosach, na których nieco jeszcze oliwnej tłustości zostało.
— A któż to cię umaścił — zawołała zazdrośnie, czy na drodze spotkałeś jedną z tych pięknych, co umyślnie osłaniają twarz by wzbudzić pożądliwość wędrowca, a gdy on tę ich uchyli zasłonę wabią go uśmiechem? Czy taka piękność tułacza namaściła mego Saula?
— Nie, złotko. One to ciernie a tyś lilija, — rzekł, przygarnął ją silniej i pijąc jej wejrzenie dodał — posłuchaj. Tobie-ć powiem, czegom nikomu nie oznajmił.
I powiedział jej wszystko. Jakby anioł jaki z palcem na ustach przeleciał, takie potem było milczenie — i jakoś się zasępiło w izdebce. W zacienionym jej kącie przywidziała się Resphie nieruchoma postać, okiem zimnem na nich i za nich, w dal, zapatrzona.
Zakryła oczy rękami, a gdy Saul je oderwał szepnęła:
— Boję się.
Gdzieś z oddali biegło i coraz się zbliżało wołanie:
— Saul, Saul — —
Saul się zachmurzył.
— Jeśli to wysłannicy Samuela, rzekł, powiedz im, Respho, że tu mnie niema. Niechaj mnie poniechają. Dobrze mi z wami i tak zostanie jak było.
— O miły mój, zawołała — ja ci za te słowa dłonie i nogi całować będę.
I rączo pobiegła. Słychać było spór jej z temi co go szukali a wierzyć nie chcieli by tu go nie było.
— Samuel i lud nakazuje — wołano, by Saul przyszedł na górę Micpa. Znaleźć go tedy musimy.
— A czy przyniewolicie go, gdy iść nie zechce? — zawołała hardo, wejście sobą zastawiając.
— Zaprawdę — odpowiedzieli wysłańcy — kazano nam prosić go uprzejmie, ale gdyby się krył i odmawiał, mamy wziąć go.
I wtłoczyli się do izby.
Poszedł z nimi chmurny.
Do okna izdebki zaglądały lilje w bieli, na której oschły już krople rosy, zato oczy Resphy zaszły rosą łez. Opadły płatki z białej lilji ich szczęścia.

III.

W ludzie wieśniaczym, w gromadzie polnej co z ziemią, jak z kim żywym przestaje, jest coś z ziemi, założenie w głębinach pokładów, których nie domyśla się oko, sił, które trącić tylko trzeba, by poczęły się prężyć, pełne świeżych, niespodzianych pierwiastków. Syn chłopski, o którym nic nadto powiedzieć nie było można, że jest urodziwy i głową wyższy nad wszystek lud, wyniesiony na tron — a mimo to nazajutrz za wołmi z pola idący, — w sprawach królestw a na wstępie zaraz poczynał sobie tak, jakby nigdy nic innego nie czynił tylko królował.
Zaganiał swe woły z pastw iska gdy doszły go narzekania wysłańców, mających go zawiadomić o najeździe Amonitów i pogróżkach Nachasza.
— Cóż się stało ludowi, że płacze? pytał, a dowiedziawszy się, rozrąbał wołów parę na sztuki, przez tychże posłów rozesłał po wszystkich granicach izraelskich i nakazał mówić: „Ktokolwiek nie wynijdzie za Saulem i za Samuelem, tak się stanie wołom jego“.
Był to pierwszy gest królewski, na który lud wyszedł jak mąż jeden.
Lud był zapalny. Po zwycięztwie wdzięczność, cześć i uwielbienie dla wodza wezbrały lawą. Uczcić go! Przypomniano sobie że na górze Micpa byli tacy, co nim wzgardzili. Wołano więc do Samuela:
— Wydaj nam męże te co Samuelem wzgardzili, pobijemy je.
I znów królewski gest szlachetności i miłosierdzia tego, co na górze Micpa udał że niechętnych nie widzi i nie słyszy.
— Nikt nie będzie zabit, albowiem Pan uczynił miłosierdzie nad Izraelem, — zawołał nie czekając co rzecze Samuel.
Starzec w zadumie pochylił głowę.
Widział zapał ludu, a w tym wieśniaku króla nie tylko z postawy i piękności. Widział że sądy i rząd zaprawdę przeszły w jego ręce, a czas Samuelowy wypełnił się, zachodzi i gaśnie. Powiódł przeto Saula i lud na górę Galgal by tam raz wtóry utwierdzić królestwo a samemu z ludem uroczyście się pożegnać.
W ciszy przedwieczornej, w którą góry Kanaanu i jego żywot zapadał, przemówił tak, że lud się zasłuchał i słuchały go winnice i oliwki po wzgórzach i słońce na zachodzie ku niebieszczy morskiej chylące się.
— Oto teraz król chodzi przed wami, — a jam się zestarzał i osiwiał, mówił.
Lecz i ja od młodości swojej aż do dnia tego chodziłem przed wami. Więc powiedzcie teraz przed Panem i jego pomazańcem — czylim kiedy ukrzywdził kogo z was, ucisnął, gwałt komu uczynił lub wziął z czyjej ręki dar a miał dziś przed kim kryć oczy?
— Świadczymy — wielki odpowiedział głos — nie ucisnąłeś nas, aniś nam gwałtu nie uczynił i czyste twoje ręce.
Tedy przypomniał im wszystko co Pan uczynił dla nich i dla ojców ich i nauczał drogi dobrej i prostej. „Służcie Panu w prawdzie ze wszystkiego serca waszego, a to upatrujcie, jako wielmożnie poczynał z wami“. Aleć, u końca wytknął im surowo, że żądając króla wielkiej się dopuścili złości, bo królem im dotąd był sam Pan.
Z nieba spochmurniałego nadciągnęła burza i grom załoskotał. Kajał się przeto lud przed Panem i Samuelem z tej złości swojej, jakiej się dopuścił króla sobie żądając.
I nie mogły być miłe Saulowi te słowa Samuela, a kto by bacznie patrzał, widział by jak owej chwili ręka czyjaś wznosi między niemi ścianę niechęci. Wszelako nie dał Saul do niej żadnego powodu; bezwolnie i bezwiednie prężyło się w nich obu coś, co spychało siebie, nie mogąc ścierpieć by szli razem. Zrazu było to dobre dla Saula bo zrodziło w nim poczucie, że na swojej tylko dzielności i sile oprzeć się winien, nie licząc na poparcie starca, który — mówił Saulowi o tem głuchy niepokój — za czasem przeciw niemu skałę swego ducha wystawi i zgnieść go zechce. Postanowił przeto granitem wróść w to miejsce, gdzie raz już stopę postawił.
Zrzucił skórę wieśniaka z siebie. Stanął śmiały i stanowczy, i poczynał sobie jak wojownik nieustraszony i wódz ludu przezorny i czujny. Zorganizował obronę kraju, wystaw ił stałe wojsko pod dobrem hetmaństwem. Rodzinne jego Gabaa, teraz już Gabaa-Saula zwane, nabrało cech stolicy, rojącej się od wojska i urzędników. Blask bił od jego osoby i lud się tem cieszył bo nie na to na tronie go posadzono by w zaniedbanej odzieży i nagiej izbie pośmiewiskiem miał być dla innych królów. Gdy drabantami otoczony jaśniał w drogiej szacie, uwydatniającej piękność jego i wspaniałość wrodzoną, goniły go oczy przystawających na drodze.
Lud z dumą mówił:
— I nas stać na króla! Niech mieszka z w naszej w pałacu, niech błyszczą na nim szmaragdy z ziemi etjopskiej, złoto Ofir, drogi Onychin i szafiry, niech żony jego przerzucają z garści do garści korale i perły. Będą wiedzieli książęta Filistyńskie że nie gorszy nasz Saul od nich i królów okolicznych.
Nie lubował się jednak w zbytkach i rozkoszach. Miał więcej niż jedną żonę lecz daleko mu było do dziesiątków żon Dawida lub Salomonowego tysiąca. Nie niewieściał i prawie nie pokładał miecza. Odnosząc zwycięztwa daleki był od tego by chlubę sobie tylko przypisywał. Swoje talenty wodza rozwijał w zespole z wojownikami, których kochał i szanował, sprawiedliwie męztwo cudze oceniając. W każdym calu król i rycerz „gdziekolwiek się obrócił, mężnie się sprawował“ i „gdziekolwiek widział Saul jakiego silnego i dzielnego męża przyjmował go do siebie“. Nie ubiegał się dla siebie o miano niezwyciężonego, lecz chciał stać na czele hufu niezwyciężonych.
„Chodzenie przed ludem“ wysoko pojmowała z pragnień osobistych jedno tylko całą duszą pieścił — pragnienie dziedzicznego przekazania królestwa synowi.
A nić tego pragnienia była w wyschłej dłoni Samuela. I sędzia ludu snuł kiedyś nić podobną dla swoich synów. Los mu ją urwał. Teraz zdawało się, że Samuel czeka tylko chwili by urwać nić Saulową.
Odszedł w swe zacisza, lecz czuwał. Z ubocza śledził każdy krok Saula, każdy czyn jego skrupulatnie ważył na wadze surowej formalistyki zakonu, pewny niemal, że król do żywiołu podobny prędzej czy później uwikła się w siatce nakazów formalnych.
I tak stało się.
Syn chłopski od ziemi wzięty, w której wszystko pnie się do życia i stawania się, nie mógł się nauczyć, by czyn podporządkowywać obrzędowi.
W trzydzieści tysięcy wozów i sześć tysięcy jezdnych i innego ludu „jako piasku, który jest na brzegu morskim“ nadciągnęli Filistynowie i położyli się obozem w Machmas. Padła trwoga na lud. Wielu pokryło się w jaskiniach i śród skał, w obronnych miejscach i wieżach. W Galgal, dokąd zbiegł się za nim lud wylękniony, czekał Saul na Samuela dni siedm. Bowiem nie należało przystąpić do walki nie przyniósłszy ofiary Panu, tę zaś sprawować miał starzec. Każda chwila zwłoki o losach bitwy rozstrzygnąć mogła. Wił się Saul z bólu niecierpliwości i gryzł swe ręce, skarane bezczynnością w takim momencie, gdy ziemia się pod nim paliła i wszystko nagliło, lud bowiem w podmuchach trwogi już chwiać się poczynał. Wielu się już rozbieżało. Minął w reszcie termin przez starca w skazany. Nie przyszedł. W nieobecności jego upatrując zezwolenie dla siebie Saul odwiecznym ludu zwyczajem, aby ubłagać twarz Pańską ofiarował sam całopalenie Bogu.
A w tedy jak burzą odęta chmura, czarny i posępny stanął przed nim starzec.
— Głupioś uczynił! Bo byłby Pan teraz królestwo twoje utwierdził na wieki, — rzekł, lecz skoro przykazanie Pana Boga twego przestąpiłeś, przeto znalazł sobie Pan innego męża według serca swego — i ten będzie wodzem ludu jego, godniejszy od ciebie.
Mogły się bary ugiąć pod takim kamieniem a rozum ogłupieć. Nie o siebie, ani o utwierdzenie swego królestwa troszczył się owej chwili Saul, lecz o wybawienie ludu, a toż miało by być Panu nie miłe! Ale nie wiedział Saul, gdzie Samuel gdzie Bóg — i brał ich za jedno. Więc słowo Samuela załopotało nad nim jakimś beznadziejnym wyrokiem — bo gdzież mu podejmować walkę z Panem...
Uczuł głuchą rozpacz. Ale słońce wschodzące nad Machmas ukazało mu zastępy napastników. Wróg warczał a lud błagał ratunku. Tu było prawo i obowiązek Saulowy, z którego Samuel uwolnić go nie mógł:
— Precz, widmo! — zawołał król za odchodzącym złowrogim prorokiem i począł liczyć swój lud, a ledwie było przy nim sześciu set mężów. Ale między nimi krew jego, lwię młode, Jonatan — jeden za tysiące. Ten z wyrostkiem co za nim broń nosił, poraził straż Filistyńską i popłoch rzucił na całe zastępy. Dzień zagasł w purpurowej zorzy nowego zwycięztwa...
A tego dnia złożył Saul dowód, że zakonu sobie nie lekceważył jak go o to Samuel obwiniał.
I co najmilsze oddać był gotów Panu. Bo gdy lud cały uszanował zakaz Saulowy kosztowania jadła póki pomsta nad nieprzyjaciółmi się nie dopełni i tylko Jonatan w nieświadomości zgrzeszył, nie wahał się ojciec jego wypełnić swe słowo śmiercią grożące występnym.
— Śmiercią umrzesz Jonatanie, — rzekł temu, co był mu jak prawa ręka i miły jak własna dusza.
Ale lud, który czasem niemylnie wyczuwa istnienie praw, nie objętych przepisami lecz w słuszności swej głosem serca potwierdzonych, nie zezwolił na kaźn Jonatana, drugiego po Saulu rycerza bez zmazy.

IV.

Odpychał od siebie Saul cień starca i zatykał uszy przed napastującym go w ciszy nocnej głosem:
— Innego Pan obrał już sobie męża za wodza ludu!
Zdawało się że i Samuel, pogróżkę tylko rzuciwszy, swej złości poniechał.
Lecz on tylko nową gotował zasadzkę. Przybył do Saula jakby mu nigdy owych słów okrutnych nie powiedział i w imieniu Pana zastępów dał mu zlecenie — pobić Amalekity „od męża do niewiasty, od małego do ssącego, od wołu do owcy“.
A miał już wtedy Saul nie garsteczki jak dawniej lecz wielkie wojsko pod sobą. Gdy policzył je w Telaim było tam dwa kroć sto tysięcy pieszych i dziesięć tysięcy jezdnych. Przyciągnął tedy do miasta Amalek i zwiódł bitwę nad potokiem, zwycięzką jak wszystkie.
Ale był on wojownikiem i rycerzem nie zaś katem i oprawcą. W wojowniku drga zawsze miłosierdzie. Uczynił Saul miłosierdzie Cynejczykom, którzy byli pośród Amalekitów pomny, że „i oni uczynili miłosierdzie z wszystkimi syny izraelskimi, gdy ci szli z Egiptu“. Ulitował się też — po zwycięztwie — sędziwości króla amalekickiego i życie mu darował, a ludowi pozwolił część bydła przedniejszego, nie tępiąc je bezmyślnie, zachować na ofiarę całopalenia Bogu.
Czysty się czując w swem sercu stanął przed Samuelem i rzekł:
— Wypełniłem słowo Pańskie.
Starzec spiorunował go oczyma i zahuczał nad nim rykiem wzburzonych bałwanów morskich:
— Nie wypełniłeś! Wypełniłeś tylko miarę złości swoich, nieposłuszeństwa i buntu twego, i za toś przeklęty od Pana! A gdy ogłupiony tem uderzeniem maczugi, usiłując zebrać myśli pierzchające i przed tym starcem głąb serca odsłonić, uchwycił płaszcz Samuela, ten szarpnął się wściekły i została Saulowi w ręku poła oderwana.
— Tak oto oderwał Pan królestwo izraelskie od ciebie i dał je lepszemu niżeś ty, — zagrzmiał prorok.
A na ostatek — bo spotykać się więcej nie mieli — pouczył Saula jak należy zlecenia Pańskie pełnić. Kazał przywołać zachowanego przy życiu króla. Szedł Agag poważnie i losu nieświadomy przemówił z wdzięcznością:
— Oto uszedłem gorzkości śmierci i za to wam dzięki przynoszę.
— Nie uszedłeś! — zakrzyczał starzec. „I rozsiekał w kęsy Samuel Agaga przed obliczem Pańskiem w Galgal“.
... Opadły ręce Saulowi i cały zwolna osuwać się począł pod zacienia łopoczących nad nim czarnych skrzydeł melancholji. Rozumiał walką z czemś uchwytnem, co wystawia pierś i boryka się ramionami, lecz — z nieuchwytną, ciemną i głuchą na jego wołanie siłą, co przemawia tylko usty Samuela z przestworzy, gdzie nieugiętym rylcem wypisało się przeznaczenie — jakaż walka! Jednak i do niej rwał się jeszcze z uporną zaciekłością, w hardem o swej prawości przeświadczeniu.
W wirze spraw państwa, w głosie surm wojennych chciał znaleźć zapomnienie a jednocześnie szukał tego nieznanego, którego wyproroczył Samuel, nowego, gdzieś w tłum ie ukrytego pomazańca, który za sprawą starca ma odebrać synowi Saulowemu koronę. Szukał go rozognionem okiem pomsty i nienawiści.
I w tedy los tak misternemi uplątał go węzłami, że nic tu nie wydało się wypadkiem lecz wszystko uplanowanem szyderstwem jakiejś potęgi, świadomie czyniącej sobie z niego na każdym kroku igraszkę.
Wróg poszukiwany, dziedzic korony, wkroczył do domu Saula przez niego samego dla ukojenia cierpień przywołany, a był tak miły, tak wdzięcznych oczu, układny i „lisowaty“, że serce Saula do niego się rozchyliło.
Gdy młody pasterz z harfą ukląkł przed tronem Saulowym, król położył rękę na jasnych jego kędziorach i swemi sposępniałemi oczami, w których nieustannie teraz płonęła podejrzliwość, długo patrzył w krynice ócz młodzieńczych, lecz w dziecięco czystem ich przezroczu nic — ani cienia zdrady, ani zawiniętego rąbka jego tajemnicy nie dojrzał, a przecież nie oschła jeszcze na tych wijących się puklach włosów tłustość oliwna od pomazania Samuelowego.
Artysta z bożej łaski, poeta, śpiewak pachnący polem, dziecina jak mawiał o nim Saul, a odważny jak stary wojownik; pasterz co baranka lwu wydarł z paszczęki a niedźwiedzia ułapiwszy za gardło tłukł póki nie zabił; rycerz hardy choć miecza nigdy jeszcze nie przypasał, pancerza wdziać nie umiał ani przyłbicy miedzianej nosić; skromny jak dzieweczka, piękny że o nim by powiedzieć iż „wargi ma jako lilje wypuszczające mirrę ciekącą“ a policzki świeże i pachnące „jak zagonki ziół wonnych“ — oczarował wszystkich na dworze królewskim.
Ten co Jonatanowi koronę miał zabrać zaprzyjaźnił się z tym synem saulowym stokroć czulej, niż by bracią byli. „Spoiła się dusza Jonatanowa z duszą Dawida i uczynił Jonatan z Dawidem przymierze, bo umiłował go jak duszę swoją“.
I rozmiłowała się w nim bardziej niż w duszy swojej córka Saula, pachnąca szkarłatna różyczka sarońska Michol.
A gdy z strun harfy swojej wydobywał cudną pieśń, wiejącą uroczystym spokojem pól kanaańskich i winnic dojrzewających w słońcu, umęczona niepokojem dusza Saula dźwigała się orzeźwiona. Król oczy przymykał i płynął duchem w ciche, niezmącone zaświaty...
A to grał przed nim nowy pomazaniec.
I on sam drogą do tronu mu torował, hetm anem nad tysiącem uczynił, Micholę mu dał, do rodziny przybrał.
W reszcie los, złośliwie chichocząc, rozsunął zasłony. Saul przejrzał, zrozumiał — i zawył szaleńczym głosem. Przed nim wyniosły, olbrzymi stał cień Samuela i osłaniał Dawida, jemu zaś nieodwołalny i już się dopełniający wyrok odczytywał.
Jeszcze się nie upokorzył. Jak lew w sieci parskając i rycząc, rwał się, pienił i miotał.
Lecz wszyscy już byli przeciw niemu.
Wołał do syna:
— Synu złośliwy a upornej matki, azaż ni wiesz, że po wszystkie dni, których syn Isajego będzie żył na ziemi, nie będziesz umocniony ty i królestwo twoje!
A syn własną piersią osłania przed włócznią ojcowską tego, z którym spoił się duszą. I Michol — krew saulowa — oknem wypuszcza Dawida, kłamiąc jego chorobę. Wszyscy i wszystko go osłania, ludzie i rzeczy, swoi i obcy, ubodzy i możni, kapłani i książęta, milczące puszcze i dzikie skały — wszędzie znajdował schronienie, chleb i miłe przyjęcie.
Zaczął się dziki pościg, w ciągu którego los jakby za boki się ujął i pękał z śmiechu urągliwego. Oślepły widzącego gonił! Połą swego szczęścia okryty, nietykalny, nieuchwytny umykał Dawid, wyślizgiwał się z rąk, znikał by ukazać się w innem miejscu.
Był sam i bezbronny. Za zbrojnym Saulem ciągnął huf trzytysiączny — i Dawid nie dawał się ująć a Saul w ręce mu w padał i dwukrotnie miał od wroga żywot darowany.
Umarł ci już Samuel. Ale to tylko starcze ciało umarło, duch zaś w chmurę na niebie saulowym stężałą ugniatał go wciąż swą czernią posępną.
Zmęczyła się dusza Saula, zmęczyła już bardzo i taką gorzkością zaszła, której nic osłodzić nie może — jedna śmierć. Widział ją nad sobą — wszechlitosną i czuł, że dziwne zagadki jego życia ona mu rozwikła i jad ich gorzki ustam i swemi zbierze.
... I znów — jak przed laty — promieniał Kanaan pogodą rosistego ranka. Śród łanów dojrzewającego jęczmienia szedł polną ścieżyną samotny wędrowiec. Ptaszki mu dzwoniły pod cichem zasklepieniem nieba. Jaskółki przed nim leciały. Dłonią głaskał płową grzywą pola, które w lekuchnym podmuchu wiatru witało go szumem kłosów.
I zdała stary powitał go domek, śród jabłoni, które na płaski dach jego płatki kwiecia sypały. Białe lilje zazierały do okna.
Nic się nie zmieniło. Nie chciała Respha opuścić tych ścian, śród których wykołysała kiedyś swe szczęście, gdzie stały kołyski jej królewiąt i perłami dzwonił ich śmiech beztroski.
Tylko wnętrze dłoń królewska bogaciej przybrała. Domek został ten sam i serca w nim wierne. I nie uwiędła jeszcze piękność Resphy trochę bladością powleczona.
Zdało się Saulowi, że stargana przedwcześnie młodość w raca, bary mu prostuje i z serca zrzuca ciężar przeogromny.
Od progu jak niegdyś wyciągnął swe dłonie.
Ale mniej było okrzyków, mniej szumnej radości. Smutniej patrzały oczy Resphy i było w nich lękliwe pytanie, co go sprowadza pomyślność, czy udręczenie? Nieśmiało podeszli syny jego, w różowości zorzy lat chłopięcych — piękni jak był ojciec. W nim czas największą uczynił zmianę. Srebrzyły się białe pasma śród czarnych kędziorów; w brózdy rozorana była blada twarz; mętnie patrzały oczy i gorzkość krzywiła usta.
Przycisnął ich wszystko troje do piersi w milczeniu; pogłaskał kędziorki chłopców i kazał im wyjść.
— Respho, — powiedział — zostawiłem swych zbrojnych pod wzgórzem i przybiegłem na moment jeden z tobą się pożegnać.
— W jakąż daleką drogę poseła cię, Saulu, nasz Pan zastępów?
— Droga blizka lecz powrotu z niej może nie być. Nasz obóz na Gielboa, a w Sunam Filistynowie. Dziś lub jutro stoczymy bitwę. Wielu synów izraelskich pożegna światłość dzienną aby jej więcej nie oglądać.
— Pan będzie walczył z tobą, — rzekła spokojnie — i przyda ci jedno jeszcze zwycięstwo do wielu twoich.
— Respho, ja będę zabity.
— Miły mój, czemu pozwalasz by czarne kruki przeczuć i próżnej trwogi szarpały ci serce. Zwyciężysz — ubłagam Pana — a za czasem i Dawid nie ujdzie rąk twoich.
— Dawid jutro obejmie królestwo izraelskie, na które zdawna pomazany. I mówię ci Respho dziś, gdym świadom losu swego i Jonatana i na ziemię tę i wszystkie jej rzeczy patrzę jakbym już był od niej oderwany, — mówię ci, że godniejszego nad Dawida nie masz w Izraelu.
— Saulu mój, złe duchy kraczą nad tobą. Powiedz kto ci to wszystko oznajmił?
— Śmierć swoją czuję w sobie i rad jestem, że ochłodę mi przyniesie bo wszystko w mnie spalone jakieś i żar mam na ustach. A wczoraj duch Samuela, którego mi wieszczka z Endor wywiodła, potwierdził że dziś jeszcze ja i Jonatan z nim się połączymy. I temu rad jestem bo sprawę moją z Samuelem przed sądy boskie wyprowadzę.
— Przecz-że mi mówisz te wszystkie słowa, które sieką mi serce. Wziąłbyś włócznię i przebił mnie. Proszę cię o tę łaskę, niech nie wdziewam szat wdowich po tobie.
— Będziesz żyła Respho dla chłopiąt naszych.
— Nie mówisz prawdy. Jeśli Dawid królować ma, pierwsze co uczyni pomny twej nienawiści — to zgładzi syny twoje.
— Nie. Słuchaj Respho, bo to właśnie przyszedłem ci oznajmić. Było to nieopodal jaskini na puszczy Engaddy, gdzie Pan podał mnie w ręce Dawida a on przecież m nie nie zabił — i tam mi zaprzysiągł że nie wygubi nasienia mego po mnie i nie wytraci imienia mego z domu ojców moich. To przysiągł i tom ci miał oznajmić. Żegnaj Respho. Byłaś mi wonna jak snop mirry, miła jak lilije. Ostańcie z Panem.
Poszedł. Na usta jego zgorzkniałe, gdy raz ostatni obejrzał się za siebie, wydostał się uśmiech tego, co zbył rzeczy świata...
I tegoż dnia, gdy ukojny i cichy zapadał wieczór, z skalnych urwisk Gielboa widząc porażkę Izraela, przebił się Saul swym mieczem. By snać wrogowie „nie czynili igrzyska“ z niego...
Tak umierają królowie, których królestwo nie z pomazania tylko, lecz z własnego ich ducha wykwita, przeto hardzi do ostatka.

V.

Zasiadł na tronie król Dawid. I ten z pośród pasterzy, od ziemi wzięty lecz z innych jej pokładów.
Śmierć Saula i Jonatana pozwoliła mu odsłonić pomazane czoło i uwieńczyć je koroną. Na wieść tę ujął harfą i cieniom prześladowcy swego, oraz druhowi wyśpiewał cudny, natchniony hymn:
„O góry Gielboa! Niech rosa i deszcz nie upada na was, niech nigdy na stokach waszych nie zazielenią się pola, albowiem tam porzucona jest tarcz mocarza, tarcz Saulowa. Nad orły lekciejsi, nad lwy mocniejsi byli Saul i Jonatan; miłujący się za życia i po śmierci nie są rozłączeni. Bardzo mi cię żal bracie mój Jonatanie. Byłeś mi bardzo miłym. Więcej u mnie ważyła miłość twoja, niż miłość niewieścia“...
Saul był jak jeden odłam granitu. Ani spojeń, ani nitów, ani śladu jakiego cementu. Można go było zetrzeć na pył; można było ducha jego w obłęd wpędzić a ciało nasadzić na jego własną włócznię, ale nie można było ugiąć go, rzucić na kolana, wydobyć wołanie o łaskę i przebaczenie, nawet wtedy gdy w własnem jego mniemaniu walczył nie z człowiekiem tylko lecz z całą nieznaną, niezgłębioną potęgą niebios. I Samuel był skałą. Gdy więc starli się o swe miejsca opoczyste było to jak kataklizm jakiś w przyrodzie, jak bój żywiołów górami ciskających.
Artysta rzadko by był granitom podobny. Ziemia kładzie weń swe najprzedniejsze, bezcennie drogie kruszce i kamienie, ale tych ma niewiele, nie zdarza się przeto by człowiek odlał się w jednej bryle złota, jak niekiedy odłam uje się jednym złomem granitu.
W Dawidzie błyszczało z duszy ludu odkopane samorodne złoto poezji i sztuki, jaśniały djamenty najszlachetniejszych uczuć, tryskał zdrój mądrości dojrzałej, a — naraz — sypać się poczynał piasek lub uginała się pod ręką miękka glina. Stąd szczególne sprzeczności.
Odważny do zuchwalstwa, lecz nie do pogardy śmierci jak Jonatan i Saul, z wielu stron dawał przystęp trwodze. Zwycięzca Goliata tak się bał króla Achisa, u którego szukał schronienia, że udał szalonego „i puszczał śliny na brodę swoją“ — on, już pomazany na króla! Bał się ludu i łoskotu jego wzburzonej fali. Gdy płakał nad zwłokami miłego mu, choć wiarołomnego syna, przestrzeżono go że to się nie podoba ludowi, który w obronie króla przeciw synowi temu mężnie się potykał.
— Wstań, wynijdź a mów łagodnie do sług swoich, — rzekł doń Joab — boć przez Pana przysięgam, że gdy nie wynijdziesz, nie zostanie żaden z tobą tej nocy, a będzie ci to gorzej, niźli wszystkie zło, którekolwiek na cię przychodziło od młodości twojej aż dotąd.
Wstał tedy król i siadł w bramie i przyjemne uczynił dla ludu oblicze, choć płacz miał w piersi! Wrogów swych miłował i osłaniał. Człowieka zaś, który nic mu nie uczynił jedno że miał ładną żonę, skazał na śmierć, na zimno, podstępnie ułożywszy jego zabicie cudzemi rękami. Śród czystych ekstaz wlókł brudny sznur pospolitego grzechu, którym się opasał. Cały w swych psalmach, gdzie albo schlebia Panu by pogrom nieprzyjaciół a błogosławieństwo dla siebie wyjednać, albo kaja się w prochu.
Ale duszą poety on istotnie wyczuwał Boga, widział go, dotykał usty i duszą, otwierał przed nim wszelkie swe skrytości, opowiadał mu wszystko — do najdrobniejszych frasunków, cieszył się jak dziecko łaskawym uśmiechem, łkał gdy Pan się zasępił. „Boże, mój Boże — czemuś mnie opuścił“. I przecudne miał widzenie tej potęgi: „Któryś zasklepił na wodach pałace swoje, obłoków miast wozów używasz, na skrzydłach wiatrowych chodzisz...“ A Bóg to już wiele był łagodniejszy od Samuelowego. Znał litość „ojca nad dziatkami“ bo „zna, cośmy za ulepienie, pamięta żeśmy prochem“. Pełen troski tkliwej o wszystko, od zwierza polnego by miał gdzie ugasić pragnienie, do cedrów Libanu, które nasadził; dzikim kozom i królikom ten Pan dobrotliwy obmyśla ucieczkę; słyszy ryk głodnych lwiąt... Umiał król Dawid wielbić, prosić, przepraszać i dziękować, ale czasem zdolen był i bezinteresownie zatęsknić do ochłody czystych przybytków Pańskich. „Wszak ci i wróbel domek swój znajduje i jaskółka gniazdo swoje, gdzie ptaszęta pokłada — u ołtarzów twoich. Albowiem lepszy dzień w sieniach twoich, niż gdzie indziej tydzień“. Modlenie było w nim.
A tak samo — czy śpiewał, czy grał, czy pląsał — nie mógł inaczej czynić, bo to w nim coś gra, śpiewa, tańczy. Z weselem i trąbieniem prowadząc skrzynią Bożą z domu Obedodom a do swego — król skakał, pląsał, nucił i grał. A gdy córa Saulowa Michol wymawiała mu brak godności i powagi królewskiej, on tem bardzo był zdziwiony.
— Przed Panem grałem, zawołał — i będę grał przed Panem.
To sam o odpowiedziałaby jaskółka, konik polny, lub szumiące kłosy, które też dzwonią i szumią Panu. I ta bezpośredniość to był najcenniejszy w nim djament.
Ale spojeń w nim było wiele a w spojeniach kruchość.
...Już rok trzeci mdlała ziemia judzka w udręce suszy. Gorące podmuchy lata wyssały z niej resztki wilgoci. Nadszedł zwykły czas deszczów lecz ani jedna kropla dżdżu nie padła na wyschłą pierś Kanaanu. Pomdlały macice winne i rodzić przestały. Mdłe źdźbła jęczmionów wychyliły się z spiekłej roli i pożółkły nie zawiązawszy kłosów. Łań, co na polu porodziła, opuszczała z jękiem swe młode bo nigdzie trawy dla nich nie było. Osły, wystawając po wysokich miejscach, nozdrzami chwytały powietrze i wysuwały z pysków spiekłe języki. Błędnie, zdziczałem okiem, rozglądały się woły po pustkowiu, które pamiętały soczystem zielonem pastwiskiem. Zawarły się źródła skalne co dawały napój zwierzowi leśnemu i polnemu. Padało martwe ptactwo łagodne, a dzikie — orły, sępy i kruki — chciwie rwało je i piło krew gołębią. Jękiem głodu i pragnienia nabrzmiały pola i lasy usychające, pełne szkieletów drzew i padłego zwierza.
A szafiry nieba były wciąż niezmącenie czyste i pogodne. Promienność ich stawała się okrutną i pełną grozy; raziła oczy i dławiła duszę. Ziemia legła u stóp oschłych sklepień niebios jak schorzała, z ziejącemi żarem usty.
Ludzie biegli od cysterny do cysterny i wracali pomieszani, z próżnemi naczyniami. Oracz wychodził na pole, patrzał na spękaną, w kamień obróconą ziemię i powracał z opuszczonem i rękoma, w zawstydzeniu nakrywszy głowę. Ludzie nie śmieli patrzeć sobie w oczy, lub patrzyli podejrzliwie, szukając w kim jest ta wina, za którą tak są karani. Bowiem ziemia Kanaanu ma rozpoznanie zła i dobra i raczej cała uschnie lub zapadnie się w czeluście, niż pozwoli by deptała ją stopa zabójcy, cudzołożnika lub bałwochwalcy...
Zaczęto wyciągać stare urazy, dobywać zapomnianych krzywd, szukać zaschłych śladów krwi, dosłuchiwać się zbrodni...
Poszło szem ranie wielkie, zakłębiły się złości.
I doszedł ten pomruk do Dawida.
Stroskany pytał:
— Czyjaż więc wina? Czyj grzech dowiedziony, głośny, a bezkarny.
Odpowiedziano mu:
— Jak głodne z jaskiń wypędzone niedźwiedzie najgłośniej porykują Gabaonity, że bezkarną została krzywda, którą Saul im uczynił bo z gorliwości dla synów judzkich i izraelskich chciał z granic tej ziemi wyplenić Gabaonitów jako nie są oni z synów Izraela.
Przywołano ich. Stanęli przed królem mężowie z Gabaonu prawdziwie jak niedźwiedzie zgłodniałe, którym boki zapadły, a ślepia krwawo błyskają.
Dawid łagodnie do nich przemówił:
— Cóż mam wam uczynić, czem was ubłagać abyście przestali złorzeczyć tej ziemi, dziedzictwu Pańskiemu? Zostało saulowych bogactw wiele, mam-li wam je rozdać.
W dzikim uśmiechu obnażyły się ich zęby.
— Nie nasycim się, rzekli, ani pragnienia nie ugasimy złotem i srebrem Saula. My pomsty głodni. Chciał nas wyplenić, my chcemy jego nasienie wyplenić. Daj nam syny i wnuki Saula.
A przed domem Dawida, jak okiem zasięgnąć, wzgórza okryły się ludem.
Dawid zasłonił oczy. Nie przysiągł — że tam, na puszczy w Engaddy...
Lud mruczał:
— Za ojca niech będą wydani. Czas przebłagać Pana. Ziemia wyschła i piersi matek wyschły. Dzieci głodne, my głodni. Co tam król mówi?
Rzekli mężowie z Gabaonu:
— Wydaj nam siedmiu tylko z domu przeklętego, a powiesimy je Panu w Gabaa, które ongi było Saula. — Wydasz li je?
— Wydam — rzekł pobladły.
Było w nim złoto za oprawę drogim kamieniom, zaś królowi, co o życiu i śmierci, nagrodzie i pomście stanowić ma, bardziej granit przystoi.
I potoczyły się mrukliwe fale za pędzącą przodem gromadą dzikich gabaonickich niedźwiedzi, oblizujących się na smak krwi. Toczyły się płowogrzywemi ongi, dziś wypalonemi polami ku domowi, gdzie od suszy uwiędły jabłonie i pokładły się lilje zczerniałe.
Zdało się Resphie, że słyszy wołanie: „Saul, Saul“ jak niegdyś, gdy chciano go za króla, ale dziwnie złowrogim był teraz ten głos.
Wybiegła jak lwica dysząc ciężko.
— Daj nam syny przeklęte, wołano.
Głos uwiązł w jej gardle, lecz szarpnęła się i drzwi zastawiając sobą ręce rozwiodła szeroko, jak orlica nad orlęty.
— Daj syny.
W zdławionym gardle zacharczał jej głos:
— Przysiągł Dawid, że nietknięci będą. Pytajcie króla.
— Król je wydał, głupia niewiasto — wrzaśli. Za zbrodnie twego Saula wydani są by lud nie był wygubiony. Pan żąda z nich ofiary.
Obalili ją. Przeszli po niej. Porwali młodzieńców, związali bijąc i wykręcając im dłonie, niecierpliwi chwili gdy krew popłynie. I ponieśli ich do Gabaa, dokąd przywiedziono i pięciu wnuków saulowych, synów Meroby. Do Gabaa — Saula, gdzie ojciec i dziad tych siedmiu chodził w koronie!
Śród skał, za miastem, umęczono ich i drgające w bólach konania ciała zawieszono na siedmiu słupach „na górze, przed Panem“.
By Pan widział i ulitował się nad ludem.
„I umarli oni siedmiu pospołu“, a było to na początku czasu, kiedy zazwyczaj żniwo się poczynało jęczmionów, lecz teraz żąć nie było co.
Rozchodząc się patrzył lud na niebo czy już nie nadciągają chmury deszczowe, bo wargi mieli spiekłe, a krew ich nie orzeźwiła.

I za ludem odeszło stąd do swej otchłani cicho stąpając widmo nieszczęścia bo wypełniła się ta przyszłość, w którą ongi zapatrzyły się jego zimne, nieruchome o czy...
V.

Zostali śród skał i urwisk — martwi.
I jak martwe, na kupie kamieni, w zapadlin góry rozciągnięte ciało Resphy.
Ale życie w niem było. Ciche jego drgania niepokoiły szakali, które gdy noc zapadła, zwolna jak cienie z ukryć skalnych następować poczęły.
Zawył jeden — i drugi po nim.
Zajęczała noc głosem wygłodniałego zwierza.
Gdzieś załopotały skrzydła obudzonege kruka czy orła.
Ocknęła się Respha i jak widmo stanęła na skale przed siedmiu słupami. Gdzieś w dole słychać było szmer czyniony przez spłoszone zwierzęta, a potem rozległo się ich chóralne, pełne jęków i skarg wycie. Podniosła Respha kamień i rzuciła go w tę jęczącą przepaść, potem z krzaku ułamała gałąź i pod słupem Armoniego usiadła skulona.
Tu rankiem zastało ją kilka niewiast z Gabaa, w których czasu tej suszy nie wyschła była jeszcze litość.
— Respho, pójdź do domu, prosiły. Nie gniewaj Pana by czasem nie odtrącił tej ofiary, którą dla ubłagania jego z synów twoich uczyniono.
— Dobrze mówicie — rzekła — i ja proszę Pana by za tę krew młodą dał deszcz ludowi. Lecz patrzcie jakie niebo pogodne. Gdyby wiatr strącił które ciało lub sznur przegnił i spadłoby, a szakale by je poszarpały i kruki oddziobały zanim chmury deszczowe nadejdą, to może i ofiara byłaby za nic. Więc będę strzegła te martwe. A was o jedno proszę, przynieście mi wór włosiany, abym miała czem za dnia od żaru się osłonić, zaś w nocy podesłać na skale.
A gdy przyniosły jej wór i nieco posiłku i czem ognisko rozpalić, rzekła:
— Jeszcze was o jedno proszę. Powiedzcie — proszę — Dawidowi, że nie odejdę stąd póki nie spadną deszcze i póki król nie nakaże martwe te pogrzebać z czcią jako synom królewskim przystało.
Poniesiono te słowa Dawidowi i bardzo jęczała dusza jego, a nie śmiał przyganić Resphie, bo istotnie było odwiecznym zwyczajem by trupy powieszonych tak długo zostawały na słupach, póki Pan nieda znaku, że dał się przebłagać. Lecz długo w noc bezsenną dręczył go obraz tej kobiety, co śród wycia psów i szakali strzeże powieszone syny. Gdy sen nie przybywał, ujął Dawid harfę i trącił o jękliwe jej struny.
„Zemdlałem i startym jest bardzo — śpiewał w psalmie.
„Kiedyż karać nas przestaniesz, Panie!“
Deszcz nie upadł ani nazajutrz, ani dnia trzeciego, ani siódmego, ani dziesiątego. Przeszedł miesiąc i drugi i początek czasu, gdy zawżdy deszcze się poczynają.
A Respha wciąż strzegła zczerniałe i jak przy ognisku uwędzone ciała. W dzień oganiała je od orłów i kruków; w nocy odstraszała zwierza roznieconem ogniskiem.
I co noc wracała ta sama gromada, w okrąg otaczała skałę z powieszonemi i wyła żałośnie: „My głodne, głodne, czemuż nam bronią trupów“.
Czasem zachodziły na skałę i blizko się podsuwały. Raz ujrzała Respha na krawędzi skały wygięty grzbiet jakiegoś nowego zwierza. Gdy skakał w rozpadlinę oświetlił go płomień ogniska; dojrzała rozsypane po rudawej szerści jego czarne okrągłe plamy. I wnet, gdzieś opodal, słyszeć się dał ryk lam parta pustyni.
Zrazu gniewała ją ta natrętna wygłodzona gromada. Czasem, chwyciwszy głownię porywała się od ogniska i sam a jak zwierz błyskając wyszczerzonemi zębami biegła na nich tak straszna, że wszystko to pierzchało daleko. I ledwie już dochodziło ich przycichłe, smutne, głodne wycie.
Ale po miesiącu jednym i drugim przywykła do nich. I jakby jakieś stanęło jej z niemi przymierze. Czy urzekła ich, czy coś im przyobiecała, bo czasem i ognisko zagasło i coraz się zwężał krąg świecących łakomie oczów — i ona była jak martwa i gdzieś blizko, jakby tuż za krawędzią skały odzywał się lam part i rozmaity zwierz zachodził i węszył zapadniętemi od głodu robiąc bokami, a ona była nietknięta. Co ranek słońce widziało ją na tem samem miejscu skuloną, wyschłą, czarną, w opadających łachmanach lecz żywą, cudną ongi Resphę Saulową.
Wreszcie upadł deszcz na spiekotę Kanaanu, na lud wynędzniały, upadł śród gniewnych błysków nieba i łoskotów gromów.
A gdy deszcz upadł powiedziano Dawidowi, że Respha z skały nie zeszła i strzeże powieszone.
Ruszył się tedy król Dawid, a przypomniawszy, że i kości Saula i Jonatana dotąd jeszcze do grobu ojców, na spokój wieczny nie były złożone, poszedł zabrać je z Jabes Galaadzkiego. Bo po bitwie pod Gielboe zacnych mężów kilkoro nocą, ukradkiem zdjęło obezgłowione zwłoki tych dwu — króla izraelskiego i jego syna, na ścianie Betsańskiej przez Filistynów, na urągowisko przybite, i pogrzebali je pod drzewem w Jabes Galaadzkiem. Zabrał je stamtąd Dawid, a również kazał wziąć z słupów szczątki siedmiu powieszonych na górze Gabaa przed Panem i kości te wszystkie społem z czcią pogrzebał w Sela, w grobie Cysa, ojca saulowego. Tak tedy prochy mężów tych i synów i wnucząt w jednym spoczęły miejscu, na cichą wieczność.
Ale — rzecz dziwna — choć z słupów wszystko zdjęto, w noc po pogrzebie jeszcze się tu zjawiła Respha. A nie miała nic w garści ani kija, ani nic do rozniecenia ognia. Na zwykłym miejscu usiadła skulona i czekała na towarzysze swoje. Z zacieni skalnych cicho powychodzili. Jedna i druga — i wiele par oczów, łakomie świecących w krąg, jak paciorki na nić nanizane, otoczyło ją posępnym różańcem.
Wtedy przemówiła do nich łagodnie, jakby rozumieć ją mogli:
— Otom uczyniła z wami przymierze i obiecałam wam, że gdy syny moje stąd wzięte będą i pogrzebione, ja was głodnych i o kość żebrzących nakarmię! Ale nic nie mam nad moje ciało wyschłe. Weźcie je tedy i pożywcie się.
A gdy żadne się z gromady nie ruszyło, osunęła się Respha na ziemię i przyległa cicho. I długo była cisza, a ona czy usnęła, czy duch z niej uleciał... Aż rozstąpiły się szakale, doskoczył zwierz królewski, lampart z pustyni i pierwszy na niej łapę położył.
...Nad światem przeleciało Westchnienie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.