Strona:Respha.pdf/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W nim czas największą uczynił zmianę. Srebrzyły się białe pasma śród czarnych kędziorów; w brózdy rozorana była blada twarz; mętnie patrzały oczy i gorzkość krzywiła usta.
Przycisnął ich wszystko troje do piersi w milczeniu; pogłaskał kędziorki chłopców i kazał im wyjść.
— Respho, — powiedział — zostawiłem swych zbrojnych pod wzgórzem i przybiegłem na moment jeden z tobą się pożegnać.
— W jakąż daleką drogę poseła cię, Saulu, nasz Pan zastępów?
— Droga blizka lecz powrotu z niej może nie być. Nasz obóz na Gielboa, a w Sunam Filistynowie. Dziś lub jutro stoczymy bitwę. Wielu synów izraelskich pożegna światłość dzienną aby jej więcej nie oglądać.
— Pan będzie walczył z tobą, — rzekła spokojnie — i przyda ci jedno jeszcze zwycięstwo do wielu twoich.
— Respho, ja będę zabity.
— Miły mój, czemu pozwalasz by czarne kruki przeczuć i próżnej trwogi szarpały ci serce. Zwyciężysz — ubłagam Pana — a za czasem i Dawid nie ujdzie rąk twoich.
— Dawid jutro obejmie królestwo izraelskie, na które zdawna pomazany. I mówię ci Respho dziś,