Strona:Respha.pdf/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A któż to cię umaścił — zawołała zazdrośnie, czy na drodze spotkałeś jedną z tych pięknych, co umyślnie osłaniają twarz by wzbudzić pożądliwość wędrowca, a gdy on tę ich uchyli zasłonę wabią go uśmiechem? Czy taka piękność tułacza namaściła mego Saula?
— Nie, złotko. One to ciernie a tyś lilija, — rzekł, przygarnął ją silniej i pijąc jej wejrzenie dodał — posłuchaj. Tobie-ć powiem, czegom nikomu nie oznajmił.
I powiedział jej wszystko. Jakby anioł jaki z palcem na ustach przeleciał, takie potem było milczenie — i jakoś się zasępiło w izdebce. W zacienionym jej kącie przywidziała się Resphie nieruchoma postać, okiem zimnem na nich i za nich, w dal, zapatrzona.
Zakryła oczy rękami, a gdy Saul je oderwał szepnęła:
— Boję się.
Gdzieś z oddali biegło i coraz się zbliżało wołanie:
— Saul, Saul — —
Saul się zachmurzył.
— Jeśli to wysłannicy Samuela, rzekł, powiedz im, Respho, że tu mnie niema. Niechaj mnie poniechają. Dobrze mi z wami i tak zostanie jak było.