Strona:Respha.pdf/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Weszli do miasta i starca napotkanego w bramie zapytali, gdzie jest dom widzącego.
— Jam jest widzący, rzekł.
Człowiek który mówił o syklu srebrnym pomyślał w chwili tej, że nawet czaszy złotej i złota pełnej nie śmiałby w zapłacie mężowi temu ofiarować. W brózdach jego twarzy, w fałdach ku ustom spływającym osiadła cierpka wzgardliwość, oczy zaś, czernią jakby przypalonych powiek okolone i głęboko zapadłe, patrzyły z pod chmurnie zwisłych brwi wzrokiem, który wchodził w dusze jak w bramy otwarte. On widział, siebie przejrzeć nie dając, i stał przed nimi jak stanie czasem na niebie chmura ciężka, mrokiem wydęta, o wzdętych płowych brzegach... To był ostatni z sędziów Izraela, Samuel.
Krył w sobie nawałnice.
Jeszcze tej nocy, do pierwszych rozbłysków dnia, zmagał się z sobą. W starczej piersi biły pioruny gniewu, łoskotały wzburzone fale żalów po gruzach jego nadziei, przeciągle wyły wichry ciężkich obaw i trosk o losy ludu. Trwał lud uparcie w tem by dano mu króla. Dosyć sędziów. Takich jak Samuel mało, skoro właśni jego synowie, którym spodziewał się godność swą w dziedzictwie przekazać — już przekupni. — W trosce o wolności ludu by jedynowładzca nogą ich nie przydeptał, przestrzegał Samuel, że król poczyni sobie niewolniki, synów