Strona:Respha.pdf/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bysza zachował, położył przed Saulem, mówiąc łagodnie:
— Jedz. Dla ciebie to zostawione było.
Nazajutrz gdy się poczęło rozedniewać wyszli wszyscy trzej z miasta. Na słonecznym stoku góry osychające z gęstej rosy nocnej tchnęły na nich cieniste ogrody cudną wonią poranku. Nakazawszy słudze by przyzostał za niemi zeszedł Samuel z Saulem z drogi w chłodne zacienie drzew i krzewów terebinty i tu słowo Boże długo synowi chłopskiemu opowiadał. Pouczył go słowy mocnemi, czego Bóg po nim wymaga — lud w zakonie utrzymać, sądem prawym go sądzić, od najazdów bronić. Ucichły na tę chwilę w sercu starca burze i złości i żadnej do człowieka, którego wolą swoją na szczyty wprowadzał, niechęci nie uczuwał; drżał mu głos w zruszeniem, które falą od morza ukochań jego — ludu i zakonu w piersi mu się podnosiło. Mowa jego zrazu pełna silnych akcentów nakazu, zwolna miękła i przeszła niemal w cichy szept prośby:
— Nie krzywdź, nie spętaj ich łańcuchem niewoli, przenigdy nie czyń z ludu podnożka nogom swoim.
Wziąwszy bańkę oliwy wylał na głowę Saula i ucałował go:
— Oto pomazał cię Pan nad dziedzictwem swojem za wodza.