Strona:Respha.pdf/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


miesiąc i drugi i początek czasu, gdy zawżdy deszcze się poczynają.
A Respha wciąż strzegła zczerniałe i jak przy ognisku uwędzone ciała. W dzień oganiała je od orłów i kruków; w nocy odstraszała zwierza roznieconem ogniskiem.
I co noc wracała ta sama gromada, w okrąg otaczała skałę z powieszonemi i wyła żałośnie: „My głodne, głodne, czemuż nam bronią trupów“.
Czasem zachodziły na skałę i blizko się podsuwały. Raz ujrzała Respha na krawędzi skały wygięty grzbiet jakiegoś nowego zwierza. Gdy skakał w rozpadlinę oświetlił go płomień ogniska; dojrzała rozsypane po rudawej szerści jego czarne okrągłe plamy. I wnet, gdzieś opodal, słyszeć się dał ryk lam parta pustyni.
Zrazu gniewała ją ta natrętna wygłodzona gromada. Czasem, chwyciwszy głownię porywała się od ogniska i sam a jak zwierz błyskając wyszczerzonemi zębami biegła na nich tak straszna, że wszystko to pierzchało daleko. I ledwie już dochodziło ich przycichłe, smutne, głodne wycie.
Ale po miesiącu jednym i drugim przywykła do nich. I jakby jakieś stanęło jej z niemi przymierze. Czy urzekła ich, czy coś im przyobiecała, bo czasem i ognisko zagasło i coraz się zwężał krąg świecących łakomie oczów — i ona była jak