Strona:Respha.pdf/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dawid zasłonił oczy. Nie przysiągł — że tam, na puszczy w Engaddy...
Lud mruczał:
— Za ojca niech będą wydani. Czas przebłagać Pana. Ziemia wyschła i piersi matek wyschły. Dzieci głodne, my głodni. Co tam król mówi?
Rzekli mężowie z Gabaonu:
— Wydaj nam siedmiu tylko z domu przeklętego, a powiesimy je Panu w Gabaa, które ongi było Saula. — Wydasz li je?
— Wydam — rzekł pobladły.
Było w nim złoto za oprawę drogim kamieniom, zaś królowi, co o życiu i śmierci, nagrodzie i pomście stanowić ma, bardziej granit przystoi.
I potoczyły się mrukliwe fale za pędzącą przodem gromadą dzikich gabaonickich niedźwiedzi, oblizujących się na smak krwi. Toczyły się płowogrzywemi ongi, dziś wypalonemi polami ku domowi, gdzie od suszy uwiędły jabłonie i pokładły się lilje zczerniałe.
Zdało się Resphie, że słyszy wołanie: „Saul, Saul“ jak niegdyś, gdy chciano go za króla, ale dziwnie złowrogim był teraz ten głos.
Wybiegła jak lwica dysząc ciężko.
— Daj nam syny przeklęte, wołano.
Głos uwiązł w jej gardle, lecz szarpnęła się i drzwi zastawiając sobą ręce rozwiodła szeroko, jak orlica nad orlęty.