Pieśń (Brodowski, 1920)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Pieśń
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ.


Przypomniały mi się dwie niegdyś słyszane rzeczy i radbym je opowiedzieć, ale nie potrafię tego uczynić w słowach, w jakich sam je słyszałem, bo było to już bardzo dawno, a powtóre — rzeczy te zbyt długo żyły we mnie, przełamały się w mojej duszy, oblepiły jej cząsteczkami — i dla tego dziś mogę je powtórzyć tylko „swojemi słowami”.
Pierwsza — to pieśń. Jej wątek tylko został mi w pamięci, strofy całej ani jednej. Śpiewała mi ją przed laty dziewczyna, ot — ladaco, niedobra dziewczyna. Nawet o cień tkliwych uczuć jej bym nie posądził, a przecież — gdy wyśpiewała mi to, w oczach jej były wielkie łzy, te najcudniejsze z brylantów, w których lubi przeglądać się Bóg. I choć je szybko otarła — wiedziałem już, że pod stwardniałą grudą błota, spodem gdzieś, w jej piersi szemrze czyste, nieskalane źródło tkliwości.
Jej pieśń i druga, dawniej jeszcze, już nie pamiętam od kogo zasłyszana bajka, którą potem z kolei opowiem, — mają wspólny motyw taki. Cierpienie jest pospolitym objawem; jest go tak wiele, że nikt, nawet Bóg nie może sobie zaprzątać głowy wszystkiemi, których coś boli. Ale czasem jest ono tak okropne, krzywda tak okrutna, że krzyk jej biegnie przez zaświaty i Bóg strwożony schodzi sam na ziemię, ukazuje się „w osobie“ i ze wzruszeniem wielkiem przytula do boskiej piersi swe nadmiernie zbolałe stworzenie.
Tak się oto dzieje i w pieśni i w bajce.
... Ożenił się chłop z wybraną swą dziewczyną... Byli oboje z tego ukontentowani, ale cóż — nie mieli dzieci. Lata mijały — nie było. Chłop się tem markocił, ale nie tak znów wiele. Kazano mu odprawić jakieś praktyki religijne — odprawił. Kazano mu pójść do znachora i posłuchać jego rady — posłuchał. Gdy nic to nie pomogło, przestał sobie głowę zbytnio tem zmartwieniem nabijać, na co zresztą i czasu nie miał — cały dzień za domem, w robocie. Ale z babą było gorzej.
Może nie tyle była zapracowana, może prędzej z domową robotą uporać się mogła, dość że miewała chwile zadumy — i choć brała wtedy wrzeciono, ale palce jej wprędce nieruchomiały, a głowa smutnie opadała na piersi. Cała wtedy uchodziła w ciche, tęskne, trwożne wsłuchanie się. W siebie się tak w słuchiwała czy nie dosłyszy pierwszego szmeru rodzącego się życia, czy nie wyczuje pierwszego upragnionego drgnienia.
Ale cisza była w jej łonie, tylko z ciszy tej jak opar się podnosiła i zasnuwała ją całą — coraz gęstsza, z dnia na dzień silniejsza tęsknota...
Szły lata — i ludzie, patrząc na chłopa, z politowaniem kiwali głowami: „Biedak, żonę ma warjatkę“. Bo nieswoja taka jakaś się stała, tak cała uszła w tę swoją tęsknotę, w sobie się zamknęła i tak nieochotnie i czasem nie do rzeczy odpowiadała... Więc myślano, że złe słabą jej głowinę obłąkało.
Chłopu bardzo jej żal było — i za nic najmniejszego nie czynił jej wyrzutu, choć widział, że i robota już jej się nie sporzy. Pewnego dnia do domu wróciwszy zastał ją przy kołysce, w której na posłaniu z siana klocek dębowy z gruba ociosany ułożyła i z dziecinnem na twarzy uradowaniem kołysała to drewniane dziecko. I wtedy nic jej nie rzekł.
Tylko usiadł gdzieś w kącie i twarz dłonią przysłonił, a choć chłop był twardy, spracowany, do czułości nieskłonny — coś mokrego między palcami mu się sączyło...
Teraz ona miała swą jedną zawsze rozrywkę, z niego zaś ludzie się śmieli. „Lepiej sprałbyś babę, a do roboty ją napędził, — mówiono — niż pozwalać jej na taką warjacką i nawet grzeszną zabawę“.
On na to ręką machał i słowem jej nie przymówił.
A ona nawet poweselała i na wybladłe liczko lekki powrócił jej rumieniec. Już nie zastawał jej w takiej martwej jak dawniej zadumie, kiedy nawet z kąta się nie ruszyła, nawet okiem po nim nie powiodła — gdy wracał. Teraz ledwie nogę za próg przełożył, porywała się od kołyski i, witając go przyjaźnie, ręce mu kładła na ramiona i patrzyła mu w oczy z takiem w swoich rozradowaniem, z taką roześmianą obietnicą, że w nim aż dech spierało i słodki szedł po nim dreszcz.
Ale gdy chciał zacząć rozmowę, kładła palec na ustach i wracała do kołyski, którą całą muślinem osłoniła — i z troską w nią zapatrzona znów kołysała, kołysała bez końca, przyśpiewując to ciszej, to głośniej; „Luli, luli...“
Chłop w milczeniu ze spuszczoną głową jadł wieczerzę, gdy zaś spojrzał w tamtą stronę i pomyślał, że pod muślinem wykołysuje się klocek dębowy — piołunem mu zachodziła strawa, kładł łyżkę i szedł do swego kąta. Ciężko jak kłoda walił się na posłanie — spać, spać, nie widzieć, nie słyszeć...
I nieraz, gdy w nocy się obudził — wciąż jeszcze słychać było miarowy stuk kołyski. Wtedy prawie strach go zdejmował. Przed ciemnym świętym jakimciś obrazem lampka się dopalała, knot skwierczał, coraz głębiej uchodząc w wodę; światło to przygasało, jakby zdławione zewsząd napierającym, zgęstniałym mrokiem, to wybuchało nagłą jasnością, od której cienie się rozlatywały, opuszczały w dół, kołysały po ścianach i łopoczącemi bezgłośnie skrzydłami muskały główkę nieruchomą, wspartą na ręku — cierpliwą, upartą, niezmorzoną...
Nieswoim jakimś wtedy głosem prosił:
— Andziu, a połóż-że się przecie...
Wreszcie doszło do tego, że ona od tej kołyski już wcale nie odchodziła. W oczach jej paliła się gorączka, na twarzy zastygło jakieś bezdennie trwożne oczekiwanie i niepokój.
Kołysze, kołysze, a naraz poderwie się i przypadnie głową do owego muślinem osłonionego drewna — i słucha, a słucha; dziwne ognie przebiegają jej po twarzy i w wejrzeniu coś dzikiego błyska. Toczy okiem dokoła niczem tygrysica strzegąca swych małych.
I znów kołysze, i znów przyśpiewuje — luli, a w śpiew jej wrywają się raz po raz przenikliwe jakieś akcenty — ni to tryumfu, ni to na trwogę.
Zmarniało im gospodarstwo i jedna tylko została krowina. Zwiedzieli się różne oszusty, że tam kulawo idzie i oto raz — gdy chłopa nie było — wsuwa się do izby ktoś z ryżą, śpiczastą bródką.
— Sprzedacie krowę, gospodyni?
Nic nie rzekła, ręką tylko machnęła żeby szedł sobie. Wyszedł, ale za chwilę już dwu ryżych było.
— Gospodyni, wy nam krowę sprzedacie, bo tak powiedział gospodarz. On nam powiedział, żeby my za nią zapłacili wam pięćdziesiąt rubli. Nie macie się co spierać bo to już targ skończony.
Szarpnęła się, żeby ich wypędzić, ale naraz coś do miejsca ją przykuło. Głowę przychyla do kołyski, słucha a cała krew jej uszła z lica. Dziko zamachała rękoma.
— Idźta, idźta ludzie, idźta precz!
— Już pójdziemy, już zaraz pójdziemy, gospodyni, tylko weźcie od nas te pieniądze. No, już weźta przecie... Ot, patrzajcie — gospodyni — my kładziem je tu, tu.
Coś wsunęli pod poduszkę.
I poszli — krowę z sobą powiedli.
Wpada chłop na odwieczerz, a ludzie mu już na drodze powiedzieli — że baba krowę sprzedała. Trząsł się, jak liść osiczyny.
— Gdzie krowa? huknął od progu.
A ona palec na usta swe kładzie, cichość jemu nakazuje.
— Gdzie krowa — suko ty zaprzepaszczona — gdzie pieniądze?
Rękami rozwiedła — pomieszana; na poduszkę wskazała.
Chłop sięga — tam brudnego papieru kawałek.
Uh — ryknie, jak nie chwyci siekierę i ciosem, co dębu by rozłupał, jak wytnie w nakryty muślinem pieniek...
I wtedy to ten straszny w zaświaty uderzył krzyk:
— Zabiłeś!
Szkarłatnym strumieniem krew z drewna trysnęła...
Runął chłop rozpaczą podcięty — i cisza nastała.
W tę zgrozę krwawą, rozpaczną — z przestworzy wywołany i sam pomieszany zeszedł wtedy Bóg. Matkę, ojca i to z cudu jej miłości już poczęte dziecko zgarnął w swe ramiona i — uchyliwszy pomoc aniołów, którzy służyć mu chcieli — ostrożnie i czule poniósł sam wszystko troje, do siebie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.