Strona:Respha.pdf/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to przygasało, jakby zdławione zewsząd napierającym, zgęstniałym mrokiem, to wybuchało nagłą jasnością, od której cienie się rozlatywały, opuszczały w dół, kołysały po ścianach i łopoczącemi bezgłośnie skrzydłami muskały główkę nieruchomą, wspartą na ręku — cierpliwą, upartą, niezmorzoną...
Nieswoim jakimś wtedy głosem prosił:
— Andziu, a połóż-że się przecie...
Wreszcie doszło do tego, że ona od tej kołyski już wcale nie odchodziła. W oczach jej paliła się gorączka, na twarzy zastygło jakieś bezdennie trwożne oczekiwanie i niepokój.
Kołysze, kołysze, a naraz poderwie się i przypadnie głową do owego muślinem osłonionego drewna — i słucha, a słucha; dziwne ognie przebiegają jej po twarzy i w wejrzeniu coś dzikiego błyska. Toczy okiem dokoła niczem tygrysica strzegąca swych małych.
I znów kołysze, i znów przyśpiewuje — luli, a w śpiew jej wrywają się raz po raz przenikliwe jakieś akcenty — ni to tryumfu, ni to na trwogę.
Zmarniało im gospodarstwo i jedna tylko została krowina. Zwiedzieli się różne oszusty, że tam kulawo idzie i oto raz — gdy chłopa nie było — wsuwa się do izby ktoś z ryżą, śpiczastą bródką.
— Sprzedacie krowę, gospodyni?