Strona:Respha.pdf/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ona nawet poweselała i na wybladłe liczko lekki powrócił jej rumieniec. Już nie zastawał jej w takiej martwej jak dawniej zadumie, kiedy nawet z kąta się nie ruszyła, nawet okiem po nim nie powiodła — gdy wracał. Teraz ledwie nogę za próg przełożył, porywała się od kołyski i, witając go przyjaźnie, ręce mu kładła na ramiona i patrzyła mu w oczy z takiem w swoich rozradowaniem, z taką roześmianą obietnicą, że w nim aż dech spierało i słodki szedł po nim dreszcz.
Ale gdy chciał zacząć rozmowę, kładła palec na ustach i wracała do kołyski, którą całą muślinem osłoniła — i z troską w nią zapatrzona znów kołysała, kołysała bez końca, przyśpiewując to ciszej, to głośniej; „Luli, luli...“
Chłop w milczeniu ze spuszczoną głową jadł wieczerzę, gdy zaś spojrzał w tamtą stronę i pomyślał, że pod muślinem wykołysuje się klocek dębowy — piołunem mu zachodziła strawa, kładł łyżkę i szedł do swego kąta. Ciężko jak kłoda walił się na posłanie — spać, spać, nie widzieć, nie słyszeć...
I nieraz, gdy w nocy się obudził — wciąż jeszcze słychać było miarowy stuk kołyski. Wtedy prawie strach go zdejmował. Przed ciemnym świętym jakimciś obrazem lampka się dopalała, knot skwierczał, coraz głębiej uchodząc w wodę; światło