Opowieść druga

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Opowieść druga
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
OPOWIEŚĆ DRUGA.


Innym znów razem było tak.
Miał chłop konia — starą strudzoną szkapą, z zapadniętemi bokami, skrzywionemi nogami, szerścią gdzieniegdzie powycieraną od niewygodnej uprzęży, śladami strasznej oparzeliny na zadnich nogach oblanych kiedyś kw asem siarczanym z spadłej z wozu butli. Długą a niewesołą historję opowiadały jej sterczące gnaty, blizny liczne, skaleczenia, narośle dziwne i smutek bezbrzeżnie łagodnych oczu.
W tej rodzinie chłopskiej lata długie już przebył i zżył się z nią. Jego przyjaźń i życzliwość dla niej wyrażała się w tem, że swoją niezmiernie ciężką służbę pełnił jakoś ochoczo. W pierwszych latach gdy los sprzągł go z nimi, pracował z poddaniem się biernem jak każda istota przyniewolona, do niczego z dobrej nie przykładając się woli. A z czasem — dobra wola właśnie coraz była wyraźniejsza.
Szło to zapewne — taką drogą. Najpierw do nich wszystkich się przyzwyczaił. Gospodarz — towarzysz jego przez dzień cały, prądki do bicia, hojny na razy zgoła niepotrzebne — ot tak, iż ręka bezczynna świerzbi a na sercu niewiadomo czemu niecierpliwość wzbiera — lecz z tem wszystkiem na pamięci mający, aby worek z obrokiem we właściwym czasie jemu podwiesić; baba, co mu wieczorem kubeł świeżo zaczerpniętej chłodnej, jak kryształ czystej wody podaje; — i starszy wyrostek co latem, nocą, oklep na nim gania na pastwisko, gotowy zawsze do swawoli, która i w koniu jakieś przypomnienie młodości budzi; i dziewczynka też do zbytków skora i — byle sposobna chwila już hyc! mu na grzbiet, próbuje jazdy, targając go za resztkę wypłowiałej grzywy — wszyscy oni nie byli to już jacyć tam pierwsi lepsi ludzie, lecz wybrani z mrowia obojętnych, kręcących się po świecie, i związani z nim tysiącem nici. Gdy rodzina się powiększyła, matka pewnego słonecznego popołudnia wyniosła na dwór otulone w jej chustę coś małego, różowego, ładnego i podetknęła mu to pod sam łeb.
— Pats i ty. Ucies się, bo to twój dziedzic!
I on to obwąchał, dotknął pyskiem różowego ciałka, parsknął i dostał porządnego klapsa. Być może jednak, iż tej właśnie chwili poczuł, że wszedł do rodziny.
Odtąd nie było to już przyzwyczajenie, lecz przywiązanie. A że w przywiązaniu tkwią zawsze pierwiastki troski i dbałości o los swoich i że każde uczucie czyni przenikliwszą głowę — więc łatwo już teraz uchwycił przyczynowość, istniejącą między jego ciężką pracą a dobrobytem tych, których pokochał.
Chłop siedział na małym bardzo nędznym kawałku roli. Długa wązka płóska tej ziemi zaczynała się górką oślepiająco wyiskrzonego białego piasku, która chyba do tego tylko służyć mogła, do czego służyła — za cmentarz zdechłych bydląt. Tu wyciągano ich zwłoki; spuszczone z łańcuchów psy nocą, dniem zaś wrony i kruki rozprawiały się z padliną; deszcz i słońce bieliło szkielety i od białości ich — póki sypki piasek nie wessał kości — jeszcze bardziej iskrzyło się bezpłodne wzgórze. Od górki ku chacie idąc, w długiej wstędze trafiały się kawałki nieco lepsze i znów nieco gorsze; dopiero za drogą był błogosławiony „dołek“, w którym ziemia czerniała i tam, gdy rok suchy, ładnie obradzały kartofle, no a w mokry gniły. Za mało było wszystkiego, żeby przekarmić rodzinę i konia.
Ratowało ich to, co zarobił chłop zwózką. Budowano stacyę w pobliżu, była fabryka jakaś, wynajmował się z furmanką i koniem — i żyli.
Z początku trudno było koniowi ustalić związek, jaki zachodzi pomiędzy tem, ile razy on — wożąc kamienie, zwir, cegłę lub żelastwo — obróci z furmanką od miejsca do miejsca — a nastrojem domowników, ale cały szereg faktów, które mu się wyżłobiły w pamięci, pouczył go, że im bardziej on się namęczy, tem ów nastrój jest weselszy; im mniej — tem cierpszy; gdy zaś się trafi, iż roboty niema, i cały dzień z gospodarzem przestoją bezczynnie, oczekując na zażądanie — to wszystko w domu chmurą zachodzi. Głodny głodnego zawsze przewącha; koń pojął, że chmurny nastrój bywa oznaką głodu. Wreszcie kiwnąwszy łbem powiedział sobie:
— Rozumiem o co idzie.
I stosownie do tego postępując, był istotnym rodziny całej żywicielem. Nie czuł się nieszczęśliwym. Ciężko bo ciężko, ale były przecież chwile ulgi i wypoczynku. Ot, słońce siada za borem, bydło wraca do domu — i oni z gospodarzem wracają. Ledwie między opłotkami zapach swojej wsi go obleci, znów odrobiną rzeźkości krzepi się jego niesłychanie zmęczone ciało. Powieki, co cały dzień ociężale opadały mu do pół oka — podnoszą się, wejrzenie już rzeźwiejsze, łbem potrząchuje z jakimś niezwykłym rozmachem.
Dom. Swój dom! Miło jest rozejrzeć się po obejściu i upewnić, że wszystko jest, jak być powinno — i nikogo nie brakuje ze swoich. Zdejmują uprząż. Dobra chwila. Otrząśnie się, jakby jednym zamachem chciał zrzucić brzemię mozołu i zmęczenia. Jest wolny, będzie sobie szczypał trawę koło domu, wytarza się na swoich śmieciach. Będzie się czuł przy swoich.
Lubił koń ciche, letnie, księżycowe noce. Nie zamykano go, bo miał czujną straż z zawziętego kundysa i zresztą ktoby się łaszczył!
Całą noc — krótką, jasną, pod świt pieszczącą chłodem — wałęsa się z miejsca na miejsce po całem obejściu. Kundys zaszczeka i ujadając pomknie dokądciś. I on za nim wolno stąpa, wyjdzie na drogę, rozejrzy się. Nic szczególnego. Droga pusta. Senny, srebrny świat. Spokój, który niewiadomo po co psy mącą.
Zawróci i pójdzie w drugi koniec, gdzie widać wielki obszar pól, pławiących się w rozpylonem, błękitnawem świetle; w dali bieleje cmentarzysko zwierząt. Uroczysta cisza, której słuchałoby się bez końca. I koń słucha długo.
Ale przypominają mu się swoi. Zaw raca ciężkim krokiem i podchodzi do domu; czasem przystanie kolo okiennicy, słucha, chrapliwie wciąga dech — jakby chciał się upewnić, że oni tam są; czasem zacznie się czochać o słup ganku. Z wnętrza zaspany głos pyta:
— Kto tam?
— Cichoj, głupi, to śkapa — strofuje ktoś drugi.
Tak, to wasza szkapa — potwierdza w duchu koń. Gdyby mógł przemówić, dodałby:
— Śpijcie z Bogiem.
...Cała ta skrom na pomyślność wisiała na jednej słabej nici — wątłych siłach starej szkapy i urwała się — jak się rwą nici — odrazu a nie w porę.
W niedzielę którąś — jak zwykle pojechano do kościoła i wrócono dobrze po południu, gdy już słońce opuszczać się zaczęło, — w liczniejszej kompanji, bo kilku kmotrów i kumoszek do chłopa się w odwiedziny wybrało. Powrót był wesoły, ludziska już utraktowani, a w domu nowy zaczął się częstunek. Aż wbiega roztargana dziewczyna:
— Tatu, śkapa zdycha!
Już w powrotnej drodze koń niezwykle bokami robił, ale na to nie zwrócono uwagi. W świecie złud, pow stających z oparów wódczanych, nie dostrzega się lub pomija dużo rzeczywistości.
Gromadką całą pobieżono i okazało się, że koń istotnie kończy życie. Jakąś godzinę spędzono koło niego, radząc, próbując postawić go na nogi, różne stosując środki. W reszcie ktoś zawyrokował:
— Nic z tego nie będzie. Ostawcie go — a lepiej zaciągnąć odrazu na górę, niech tu na oczach nie leży. I sami goście po miękkiej, zielonej miedzy zawlekli szkapę ku białemu cmentarzysku.
Szło już tylko o to, aby frasunek gospodarzy rozproszyć i humor ogólny przywrócić. Mdły, ułudny opar wódczany znów to sprawił, iż klin troski stał się niebolesnym. Późno w wieczór, gdy wielki księżyc już wzeszedł, niepewnie stąpająca kompanja odprowadziła kumotrów na koniec wsi.
...Tym czasem koń konał. Dręczyło go pragnienie, wyschły język nie znajdował odrobiny wilgoci, wysuwał się szukając jej nazewnątrz — i zamiast rosy zgarniał sypkie ziarna piasku. Dręczyło go niezrozumiałe jego osamotnienie. Okiem, w którem zbiegła się resztka życia — słał ku widniejącemu niedaleko domowi nieustanne, uporczywe przywoływanie. Wołał gospodarza, gospodyni, wołał wyrostka, dziewczyny, kundysa. Wszyscy swoi byli mu przytomni w myśli.
Noc kładła się wokół. Srebrna cisza zamknęła się nad nim w obojętnym, bezdennym przestworze. Coraz to bezsilniejszy łeb podnosił się jeszcze i okiem słał jedno i to samo przywoływanie. Aż cicho zajęczał i powiekę opuścił przed jakąś straszną, bezlitosną prawdą...
A wracali w tedy jego gospodarze miedzą dla skrócenia drogi i gdy byli kole górki, tknęło ich coś by zajrzeć do szkapy. Lecz gdy się zbliżyli w uroczystej ciszy nocnej — jakaś moc wstrzymała ich w miejscu.
Było to w chwili, gdy Bóg w widomej osobie pochylił się nad koniem, ujął łeb jego w swe ręce i boskiem okiem wchłonął ostatni, zachwycony, wdzięczny błysk gasnącego wejrzenia szkapy...

I ciche krzyki dolecą w zaświaty.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.