Strona:Respha.pdf/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tak, to wasza szkapa — potwierdza w duchu koń. Gdyby mógł przemówić, dodałby:
— Śpijcie z Bogiem.
...Cała ta skrom na pomyślność wisiała na jednej słabej nici — wątłych siłach starej szkapy i urwała się — jak się rwą nici — odrazu a nie w porę.
W niedzielę którąś — jak zwykle pojechano do kościoła i wrócono dobrze po południu, gdy już słońce opuszczać się zaczęło, — w liczniejszej kompanji, bo kilku kmotrów i kumoszek do chłopa się w odwiedziny wybrało. Powrót był wesoły, ludziska już utraktowani, a w domu nowy zaczął się częstunek. Aż wbiega roztargana dziewczyna:
— Tatu, śkapa zdycha!
Już w powrotnej drodze koń niezwykle bokami robił, ale na to nie zwrócono uwagi. W świecie złud, pow stających z oparów wódczanych, nie dostrzega się lub pomija dużo rzeczywistości.
Gromadką całą pobieżono i okazało się, że koń istotnie kończy życie. Jakąś godzinę spędzono koło niego, radząc, próbując postawić go na nogi, różne stosując środki. W reszcie ktoś zawyrokował:
— Nic z tego nie będzie. Ostawcie go — a lepiej zaciągnąć odrazu na górę, niech tu na oczach nie leży. I sami goście po miękkiej, zielonej miedzy zawlekli szkapę ku białemu cmentarzysku.