Strona:Respha.pdf/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nia. Jest wolny, będzie sobie szczypał trawę koło domu, wytarza się na swoich śmieciach. Będzie się czuł przy swoich.
Lubił koń ciche, letnie, księżycowe noce. Nie zamykano go, bo miał czujną straż z zawziętego kundysa i zresztą ktoby się łaszczył!
Całą noc — krótką, jasną, pod świt pieszczącą chłodem — wałęsa się z miejsca na miejsce po całem obejściu. Kundys zaszczeka i ujadając pomknie dokądciś. I on za nim wolno stąpa, wyjdzie na drogę, rozejrzy się. Nic szczególnego. Droga pusta. Senny, srebrny świat. Spokój, który niewiadomo po co psy mącą.
Zawróci i pójdzie w drugi koniec, gdzie widać wielki obszar pól, pławiących się w rozpylonem, błękitnawem świetle; w dali bieleje cmentarzysko zwierząt. Uroczysta cisza, której słuchałoby się bez końca. I koń słucha długo.
Ale przypominają mu się swoi. Zaw raca ciężkim krokiem i podchodzi do domu; czasem przystanie kolo okiennicy, słucha, chrapliwie wciąga dech — jakby chciał się upewnić, że oni tam są; czasem zacznie się czochać o słup ganku. Z wnętrza zaspany głos pyta:
— Kto tam?
— Cichoj, głupi, to śkapa — strofuje ktoś drugi.