Strona:Respha.pdf/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


hojny na razy zgoła niepotrzebne — ot tak, iż ręka bezczynna świerzbi a na sercu niewiadomo czemu niecierpliwość wzbiera — lecz z tem wszystkiem na pamięci mający, aby worek z obrokiem we właściwym czasie jemu podwiesić; baba, co mu wieczorem kubeł świeżo zaczerpniętej chłodnej, jak kryształ czystej wody podaje; — i starszy wyrostek co latem, nocą, oklep na nim gania na pastwisko, gotowy zawsze do swawoli, która i w koniu jakieś przypomnienie młodości budzi; i dziewczynka też do zbytków skora i — byle sposobna chwila już hyc! mu na grzbiet, próbuje jazdy, targając go za resztkę wypłowiałej grzywy — wszyscy oni nie byli to już jacyć tam pierwsi lepsi ludzie, lecz wybrani z mrowia obojętnych, kręcących się po świecie, i związani z nim tysiącem nici. Gdy rodzina się powiększyła, matka pewnego słonecznego popołudnia wyniosła na dwór otulone w jej chustę coś małego, różowego, ładnego i podetknęła mu to pod sam łeb.
— Pats i ty. Ucies się, bo to twój dziedzic!
I on to obwąchał, dotknął pyskiem różowego ciałka, parsknął i dostał porządnego klapsa. Być może jednak, iż tej właśnie chwili poczuł, że wszedł do rodziny.
Odtąd nie było to już przyzwyczajenie, lecz przywiązanie. A że w przywiązaniu tkwią zawsze pierwiastki troski i dbałości o los swoich i że każde