Strona:Respha.pdf/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko zniewalało w tej twarzy harmonją i czarem wyrazu. Jak cyprys smukły, miał w ruchach umiar siły spokojnej, prawie niewidocznej w wdzięku i zgrabności jeleniej.
Przeszli okryte pachnącemi ziołami stoki gór Efraim, minęli ziemię Salisa i świeżą zielonością przybrane, umyte rosą winnice; po chłodnych, zagajonych dębami ścieżynach zapuścili się w doliny Salima.
Piękny wędrowiec chciwie pił okiem czar krajobrazu rozrzuconego śród przezroczy powietrza niezmącenie przejrzystego do najdalszych obrzeżyn widnokręgu. Towarzysz jego natomiast frasobliwie i pilnie poglądał dokoło po wzgórzach i polach.
Wreszcie pod cienistemi stropami cisów Jemini, rozpościerającemi nad głową nawisłe zwoje deikatnych zielonych koronek z igliwia — przystanęli ocierając uznojone czoła.
— Za dalekośmy odeszli — rzekł młodszy — i za długo bawim. Ojciec wasz bardziej o was, niż o zgubę swoją frasować się będzie. Oślice pognały może gdzie na południe i w jakiej zapadlinie skalnej, w chłodzie się kryją, nocą na trawę wychodząc. A może rozprawił się z niemi lew lub lampart z pustyni!
— Cóż zatem? Wracamy? — rzekł starszy Nie żałuję żeśmy przebiegli tyle drogi. Cudny ranek, przecudne strony.